NFL, tydzień 14: Sezon bez wybitnych drużyn

Wyrównany poziom to ciekawsze mecze. Ciekawsze mecze to większe zainteresowanie kibiców. A większe zainteresowanie kibiców to większe pieniądze. Nic dziwnego, że włodarze NFL już dawno porozumieli się ponad podziałami i w interesie wszystkich wprowadzili masę mechanizmów, które mają wyrównywać poziom drużyn. Tylko czy nie działają one za dobrze?

W 14. tygodniu rozgrywek NFL znów mieliśmy sporo niespodzianek. Zasadniczo to dobrze, bo ciekawie. Jednak gdzie jest granica między niespodziankami, a serią kompletnie losowych rozstrzygnięć? Na trzy mecze przed końcem sezonu tylko jedna drużyna może być pewna udziału w playoffach i są to Dallas Cowboys. Nawet Patriots wciąż teoretycznie mogą wypaść z postseson, choć wymagałoby to układu meczów graniczącego z absurdalnym.

Z drugiej strony jedynie sześć drużyn straciło matematyczne szanse na grę w styczniu. Mamy przy tym całą masę drużyn z bilansem w okolicach .500.

Football Outsiders mierzą siłą drużyny metryką zwaną DVOA. Nie wchodząc w szczegóły, formuła bierze pod uwagę grę drużyny w każdym snapie, waży siłą przeciwnika i podaje wynik w procentach, gdzie 0 to ligowa średnia. Od 1989 r. (czyli wszystkie sezony, dla których policzono DVOA) najlepsza drużyna w sezonie miała ponad 20%. Ba, rzadko zdarzało się, by miała poniżej 30%. Najczęściej kilka drużyn było powyżej 20%. W tym sezonie? Po 13 tygodniach (dane dla 14. tygodnia są jeszcze niedostępne, gdy piszę ten tekst), lider, Patriots, mają DVOA 19,9%.

Co więcej, brak zrównoważonych drużyn. Jedynie Steelers są w TOP10 w ofensywnym i defensywnym DVOA, w obu przypadkach na miejscu ósmym, ale za to dopiero na 18. jeśli chodzi o special teams. Przed rokiem lider DVOA (Seahawks) mieli pierwszy atak, czwartą obronę i trzecie special teams. A sześć innych drużyn (CIN, ARI, CAR, KC, NE, PIT) miało i atak i obronę w TOP10. Mistrzowie z Denver mieli nisko notowany atak, ale za to defensywę z kosmiczną przewagą nad resztą ligi.

Przyjrzyjmy się więc najlepszym drużynom w tym sezonie. Czy znajdziemy taką, na którą moglibyśmy bez wahania postawić jako na przyszłego mistrza NFL?

Lider DVOA, New England Patriots, mają świetny atak i Toma Brady’ego, który wrócił wkurzony po zawieszeniu i ma najlepsze wskaźniki w lidze (passer rating, QBR, ANY/A, stosunek TD/INT, INT%). W Monday Night Football spokojnie rozmontowali jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą, defensywę w tym roku – Baltimore Ravens. Tyle że grają bez Roba Gronkowskiego. W obronie Matt Patricia nawet przeciwko słabym atakom Rams i Ravens musiał uciekać się do wymyślnych schematów, żeby wygenerować pass rush, a special teams popełniają masę błędów. Kicker Stephen Gostkowski stracił gdzieś niebywałą skuteczność, a dwa z rzędu fumble przy akcjach powrotnych pozwoliły kompletnie rozbitym Ravens nagle wrócić do meczu.

Odkąd Brady wrócił do składu, Pats przegrali tylko jeden mecz. U siebie z Seahawks. Więc może Seattle zasługuje na tytuł wybitnej ekipy? Jeśli oglądaliście niedzielny mecz z Packers to już wiecie, że nie. Podania Wilsona przelatywały reciverom przez palce, linia ofensywna nie bardzo wiedziała co powinni robić w pass protection, a w defensywie bije po oczach brak Earla Thomasa. Wystarczyło, że Aaron Rodgers unikał podawania w pobliże Richarda Shermana i wykręcił passer rating 150.0, co nie udało mu się od października 2014. A złamana noga Thomasa w tym sezonie nie zdąży się zrosnąć.

Zostańmy na moment przy NFC. Tam najlepszy bilans mają Dallas Cowboys, a ich o-line jest najbardziej dominującą formacją w tym sezonie. Tyle że defensywa ma wzloty i upadki, a solidna d-line potrafi skruszyć Wielki Mur Dallas, co już po raz drugi pokazali New York Giants. Do tego za centrem jest debiutant, co w niedzielę było widać jak nigdy wcześniej. Jakkolwiek Dak Prescott ma świetny debiutancki sezon, to wciąż rookie. Cowboys, stawiając na niego, inwestują w przyszłość i nie ma mowy, żeby stracił miejsce startera, ale zdrowy Tony Romo mógłby wyciągnąć drużynę z niedzielnych tarapatów. Prescott nie dał rady.

Czyżby Giants włączyli grudniową dominację? Nie tak szybko. Ich ofensywa nie przedstawiała się zbyt różowo. Na tle nowojorskiej o-line pass rush Dallas wyglądał momentami jak „nieblokowalni” Bears z 1985 r. co jak najgorzej świadczy o linii NYG. Gdyby nie błysk geniuszu Odella Beckhama, podopieczni Bena McAdoo mogliby nie wyciągnąć tego meczu.

Drugi najlepszy bilans w NFC mają Lions. Matt Stafford pobił już rekord NFL w liczbie comebacków w czwartej kwarcie w sezonie i coraz głośniej mówi się o nagrodzie MVP dla niego. Tyle że Lions to kwintesencja drużyny fartownej. Poza meczem z Saints muszą swoje zwycięstwa wyszarpywać w ostatnich sekundach. A tam wystarczy jedno lepsze tackle, jedno nieudane podanie, podmuch wiatru, po prostu łut szczęścia, żeby comeback się nie udał. To nie jest znak dominującej drużyny. Trudno bać się ekipy, która potrzebuje comebacku, żeby wygrać ze słabiutkimi Bears prowadzonymi przez rezerwowego QB.

Na północy NFC mamy świetną obronę i katastrofalny atak Vikings oraz Packers, którzy są groźni dopóty, dopóki mają w składzie Aarona Rodgersa. Tyle że wokół niego (meczu z Seahawks nie licząc) jakby pusto, a i sam Rodgers do naciągniętego podudzia lewej nogi dołożył kontuzję prawej łydki.

NFC South? Falcons mają najlepszy atak ligi, a w obronie straszy Vic Beasley. Tyle że wciąż nie mogą być pewni nawet wygranej w NFC South. Czekają na powrót do zdrowia Julio Jonesa, kontuzjowany jest Mohammed Sanu, a CB Desmond Trufant wylądował na liście kontuzjowanych, co sprawia, że jeśli Beasley nie dopadnie rozgrywającego, to trudno liczyć na skuteczną interwencję secondary.

Buccaneers jakimś cudem wygrali osiem spotkań, w tym pięć z rzędu. Podczas tej serii wygrali z Chiefs i Seahawks. Paradoksalnie mogą okazać się jedną z najcięższych drużyn do pokonania w końcówce sezonu, ale warto pamiętać, że to ekipa, która we wrześniu zdecydowanie uległa Rams i Cardinals, a ich wskaźniki są niemal w każdym parametrze są doskonale przeciętne. Poza kickerem wziętym w drugiej rundzie draftu, który jest bezdyskusyjnie najsłabszym kopaczem ligi.

Wróćmy na moment do AFC. AFC West jest w tym roku silna jako dywizja, ale trudno tu wskazać prawdziwą potęgę. Najbardziej niewygodnym rywalem są na pewno Chiefs, którzy wymuszają masę strat, a sami niemal w ogóle ich nie popełniają (chyba że jest czwartek). Tylko że to ekipa, która ma bardzo wąski margines błędu. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że Raiders nie potrafili wykorzystać trzech strat KC w ich czwartkowym spotkaniu. Alex Smith to mega efektywny game manager, ale nie wyobrażam sobie, by potrafił wyciągnąć zespół z tarapatów.

Raiders to najbardziej pozytywne zaskoczenie roku, ale czwartek był dla ich fanów zimnym prysznicem. Drużyna, która wymusza trzy straty więcej i przegrywa? Czyżby to uszkodzony palec Dereka Carra? Ofensywa szczyci się najlepszą pass blocking o-line w lidze i ma niemal nieograniczone możliwości generowania akcji na duży zysk jardowy, ale obrona za bardzo zależy od Khalila Macka.

Zobacz: Jak odbudowano Oakland Raiders

Broncos? W zeszłym roku obrona przykryła słabą grę ataku. W tym sezonie defensywa wciąż jest dobra, ale to już nie ten historyczny poziom dominacji. Trevor Siemian zaczął nieźle, ale gdy koordynatorzy zdobyli trochę więcej filmu z jego grą, okazało się, że nie jest lepszy od Brocka Osweilera (choć niewątpliwie znacznie tańszy). Tym razem obrona ich nie uratuje, zwłaszcza że, jak pokazali Raiders i Titans, są bardzo wrażliwi na siłowe bieganie środkiem.

Nad AFC South spuśćmy zasłonę milczenia. W meczu o prowadzenie w tej dywizji Texans i Colts ze wszystkich sił udowadniali, że absolutnie nie zasługują na playoffy. Colts poszło minimalnie lepiej, głównie dlatego, że Jadeveon Clowney nie wiedzieć czemu postanowił grać dwie klasy wyżej od kolegów. Titans wydają się całkiem nieźli, dopóki nie dotrze do nas, że przegrali 3 z 4 meczów w swojej dywizji.

AFC North? W Pittsburghu raz wyglądają jak kandydaci do mistrzostwa, raz jak kompletnie przypadkowa zbieranina facetów. W lidze, gdzie w playoffach jest tylko jeden mecz, nie ma miejsca na słabsze dni. W Ravens defensywa jest nawet, nawet, ale Joe Flacco jest tylko cieniem MVP Super Bowl XLVII. Jednym rozgrywającym, który zaliczył podobny regres od tego czasu jest jego rywal z tego spotkania, Colin Kaepernick.

Brak drużyny, która miałaby ten czynnik „wow” może powodować narastającą w tym roku percepcję, że poziom gry spada. W rzeczywistości tak nie jest, ale kiedy brak dominujących drużyn można odnieść wrażenie, że wszyscy grają słabiej. Brak nawet solidnego kandydata do MVP. Tom Brady opuścił cztery mecze. Matt Ryan może nie zakwalifikować się do playoffów, podobnie jak Aaron Rodgers. Dak Prescott mocno zwolnił w ostatnich tygodniach, a Ezekiell Elliott to świetny RB, ale przynajmniej połowa jego produkcji to zasługa kapitalnej o-line. Stafford? Korzysta ze zmiany systemu ofensywnego, ale jego magia czwartej kwarty w dużej mierze wynika z niedostatków w trzech wcześniejszych.

Zapewne w przyszłym sezonie znów zobaczymy jakąś dominującą ekipę. Póki co przed sporą częścią ligi otwiera się niepowtarzalna szansa na zdobycie mistrzostwa. Drużyna z problemami, która złapie formę w styczniu, będzie miała łatwiejszą drogę niż w poprzednich latach. Przy Lombardi Trophy nie będzie żadnej gwiazdki. A już za kilka lat mało kto będzie pamiętał, że sezon 2016 był rokiem bez wybitnej drużyny.

 

Komu zależy na bezpieczeństwie graczy?

Bezpieczeństwo zawodników futbolu amerykańskiego to temat modny i powracający jak bumerang. W żadnym wypadku nie nowy. Już na początku XX w. prezydent Roosevelt zagroził, że jeśli nie zostaną zmienione przepisy, to zakaże futbolu w Stanach ze względu na zbyt dużą liczbę ofiar śmiertelnych (!) na boisku.

NFL kładzie ogromny nacisk na bezpieczeństwo graczy, przynajmniej oficjalnie. Masa procedur, niezależni neurolodzy, obserwator na koronie stadionu, który ma wypatrywać potencjalnie kontuzjowanych graczy. I wszystko fajnie, tylko czy komuś na prawdę zależy na bezpieczeństwie zawodników?

Przypadek nr 1: mecz Packers – Seahawks. W trzeciej kwarcie Richard Rodgers łapie podanie od Aarona Rodgersa i dostaje potężny cios w głowę. Flaga oczywiście poleciała, ale wyraźnie zamroczony Rodgers został w grze na kolejny snap. Że Richard nie wiedział co się dzieje, to mogę zrozumieć. Ale gdzie ci wszyscy obserwatorzy, trenerzy i wreszcie sędzia, który w tej sytuacji ma obowiązek odesłać zawodnika za linię boczną na concussion protocol?

Tylko jak chronić zawodników, skoro sami zawodnicy najwyraźniej nie mają szacunku dla zdrowia kolegów z innych drużyn?

Przypadek nr 2: w meczu Titans – Broncos Harry Douglas usiłował złamać kolano Chrisa Harrisa. Co ciekawe sam blok był legalny, bo z przodu, bez chop blocku (to sytuacja, kiedy blokuje się poniżej pasa gracza, który już jest blokowany powyżej pasa), obrońca poruszał się w stronę piłki. Ale wykonanie tego zagrania wyraźnie wskazuje, że celem było kolano rywala.

Przypadek nr 3: Deshazor Everett z Redskins bezwzględnie „kasuje” Darrena Sprolesa z Eagles.

Znamienne, że ten cios w głowę wywołał dużo słabszą reakcję kolegów, niż atak w kolana Harrisa. Wielu zawodników mówi, że woli dostać w głowę niż w kolano. Atak na kolana to zagrożenie dla całej ich sportowej kariery. Tyle że atak w głowę to zagrożenie dla całej ich osobowości.

Przypadek nr 4: przynajmniej dwa razy gracze Seahawks próbowali „cheap shotów” na Packers. Nie były to zagrania tak niebezpieczne jak poprzednie, ale podobny atak na nieprzygotowanego rywala może mu zrobić naprawdę sporą krzywdę. Tutaj kompletnie niepotrzebne uderzenie przy „kolanku”:

A tutaj równie niepotrzebne uderzenie Shermana w plecy Devante Adamsa z dala od akcji:

Oczywiście można mówić, że chodzi o „ustalenie mentalności”, „fizyczność” i podobne bzdury. Ale póki sami zawodnicy nie zrozumieją, że muszą szanować się nawzajem, to żadne przepisy nie pomogą. Choć warto by było, żeby sędziowie i trenerzy mimo wszystko robili swoją robotę w tym zakresie.

 

Tydzień w NFL w skrócie:

1. Jakoś mnie to nie przekonuje…

2. Jeff Fisher zwolniony z Rams! Szefostwo nie dało mu wytrwać do końca sezonu i wyrzucili go tydzień po oficjalnym ogłoszeniu nowego kontraktu. Żałuję tylko, że Jeff Fisher nie zdołał samodzielnie zając pozycji #1 na liście trenerów, którzy przegrali najwięcej meczów w historii NFL. W tej chwili jest #1 ex-equo. Kto będzie jego następcą? Raczej nikt znany i pożądany. Rams są w kompletnej rozsypce, bez wielu talentów, nie mają wyboru w pierwszej rundzie tegorocznego draftu, a ich salary cap związana jest Tavonem Austinem i jego kontraktem. Tak więc słaba, niepoukładana drużyna bez widoków na szybki zastrzyk talentu. Jedyny atut to słońce Kalifornii i blask gwiazd Hollywood.

3. Przeciwko Bills Le’Veon Bell zaliczył 236 jardów po ziemi i 298 jardów w sumie. Oba te wyniki są rekordami Pittsburgh Steelers. Duże piwo należy mu się od Bena Roethlisbergera. Dzięki niesamowitym wyczynom Bella mało kto pamięta o trzech INT w wykonaniu rozgrywającego Steelers.

4. Anquan Boldin po cichu wskoczył do TOP 10 w liczbie złapanych podań w karierze.

5. Ryan Tannehill zakończył mecz przeciwko Cardinals z naderwanymi więzadłami w lewym kolanie. Na szczęście nie potwierdziła się początkowa diagnoza o zerwaniu ACL. Dolphins przebąkują nawet o powrocie ich rozgrywającego jeszcze w tym roku. A zanim uległ kontuzji, Tannehill w ulewnym deszczu zabawiał kibiców takimi nietypowymi zagraniami:

6. Matt Stafford może mieć problemy z kolejnymi heroicznymi comebackami, bo zerwał jedno ze ścięgien w prawej (rzucającej) dłoni. Z gry go to nie wyłączy, ale na pewno utrudni życie.

7. W pierwszym meczu playoffów fantasy wystawiłem Melvina Gordona (kontuzja w pierwszej kwarcie), Jareda Cooka (kontuzja w trakcie meczu), Andrew Lucka (2 INT), a żaden z moich graczy ofensywy nie zaliczył przyłożenia. Jak w takiej sytuacji wygrać? Mój przeciwnik miał w składzie Russella Wilsona :)

 

P.S. Przypominam, że choć NFLBlog jest i będzie bezpłatny, to przyjmuję dobrowolne darowizny na rozwój bloga w lajkach i retweetach.

Komentarze

NFL, tydzień 14: Sezon bez wybitnych drużyn — 1 komentarz

  1. Bilicić mógłby mieć następne sześć sezonów 0-16, a wciąż miałby większy procent zwycięstw niż Fisher.