Site icon NFL Blog

Hall of Fame, class 2021?

Co roku dokonywany jest wybór nowych członków Pro Football Hall of Fame (Galerii Sław Profesjonalnego Futbolu). Żeby zawodnik NFL mógł się w niej znaleźć i przymierzyć słynną złotą marynarkę, od zakończenia przez niego kariery musi minąć co najmniej pięć lat. Czy byliśmy świadkami skończenia kariery przez pięciu graczy, którzy już za pięć lat dostąpią takiego zaszczytu?

Peyton Manning, Charles Woodson, Calvin Johnson, Jared Allen, Marshawn Lynch (kolejność nieprzypadkowa). Tych pięciu graczy rozegrało już swój ostatni mecz w NFL. Każdy z nich odcisnął spore piętno na futbolu amerykańskim. Każdy ma na koncie wyczyny, które można oglądać w nieskończoność.

Jednak wybór do Hall of Fame w pierwszym głosowaniu to rzadki zaszczyt. Dostąpiły go tylko 73 osoby na 303 wybranych (w tym roku Brett Favre). Zdarza się, że w jednym roczniku jest ich dwóch. Czasem nawet trzech. Ale nigdy nie zdarzyło się, by w jednym roku było ich pięciu.

Którzy z tych pięciu zawodników mogą liczyć na wybór w pierwszym głosowaniu? I czy na pewno cała piątka zasłużyła na Hall of Fame?

 

Zaklepane miejsce w klasie 2021

Peyton Manning

Jeśli Manning nie znajdzie się w Hall of Fame w 2021 r., to znaczy, że nastąpiła zombie apokalipsa. Ewentualnie komitet selekcyjny wisi na najbliższej latarni, na której solidarnie obwieszą go wściekli dziennikarze i kibice. Trudno wyobrazić sobie zawodnika, który bardziej zasługuje na swoje miejsce w Galerii Sław i tylko wymóg owych pięciu lat sprawia, że Peyton nie zasiądzie tam już w przyszłym roku.

Od czego zacząć laudację Peytona Manninga? Od pięciu tytułów MVP sezonu zasadniczego? Od 10 wyborów do All Pro? Od 14 wyborów do Pro Bowl?

Peyton to bez wątpienia najlepszy QB w historii NFL w sezonie zasadniczym. Jest liderem w historii NFL pod względem ilości jardów podaniowych, przyłożeń podaniowych i zwycięstw w sezonie zasadniczym. Jego sezon 2004 do dziś pozostaje jednym z najlepszych sezonów wykonaniu quarterbacka w historii NFL. W tamtym roku niemal co dziesiąte jego podanie było przyłożeniem. A potem nadział się na Patriots.

Nie będę ściemniał. Nigdy mu nie kibicowałem. Zawsze życzyłem mu przegranej. Ale każda opowieść potrzebuje dobrego antagonisty i dla mnie w NFL takim czarnym charakterem był Peyton Manning. Był moim Darthem Vaderem, Hansem Landą i Agentem Smithem. Wrogiem tak doskonałym, że budził podziw i szacunek. Jednym z tych, których „kochamy nienawidzić”. Bez Peytona NFL bardzo wiele straci.

Przedsmak mieliśmy już w zeszłym roku, gdy po boisku poruszał się zombie w koszulce Manninga. Niby przegonił Bretta Favre’a na liście rozgrywających, którzy podali na najwięcej jardów w karierze, ale przykro było patrzeć na ledwo poruszający się wrak zawodnika. Statystycznie był jednym z najgorszych rozgrywających w lidze, a kiedy wrócił na playoffy po kontuzji udało mu się po prostu niczego nie zepsuć. Nie tak chciałbym go zapamiętać i na pewno nie tak go zapamiętam, podobnie jak zatarło się w mojej pamięci te kilka lat spędzone przez Michaela Jordana w barwach Washington Wizards.

Jednak dziedzictwo Peytona nie jest takie proste. Pewną skazą na jego koncie są playoffy. Długo czekał na pierścień, który zdobył w 2006 r. Jeszcze dłużej na drugi. O ironio zdobył go jako piąte koło u wozu dzięki doskonałej defensywie Broncos. Zdarzały mu się fatalne występy w playoffach, ale znacznie więcej winy ponoszą władze Colts, które rok za rokiem nie potrafiły zbudować wokół Manninga dobrej drużyny. Najlepszym dowodem na słabość Colts był sezon 2011, który Manning stracił po kontuzji szyi, a jego drużyna wygrała jedynie dwa spotkania.

Można mówić, że to winna Peytona, który, w przeciwieństwie do Toma Brady’ego, zawsze negocjował maksymalną pensję. Nie godził się na żadne zniżki, by w klubie zatrudniono mu lepszych kolegów. Tyle że Peyton nie ma żony supermodelki zarabiającej ciężkie pieniądze. Przez 18 lat zarobił co prawda ćwierć miliarda dolarów, ale to i tak tylko ułamek majątków, jakimi dysponują właściciele klubów NFL. A dla Manninga 18 lat kariery oznacza zrujnowane zdrowie, problemy motoryczne i neurologiczne, z którymi będzie się zmagał do końca życia. Zasłużył na każdy cent z tych 248,7 mln dolarów, które zarobił w swojej karierze.

Czy Peyton jest najwybitniejszym QB wszechczasów? A czy w ogóle można wskazać tego jednego najwybitniejszego? Na pewno jest w gronie tych największych, z Johnnym Unitasem, Joe Montaną i Tomem Bradym. I na pewno za pięć lat zobaczymy go w Hall of Fame.

NFL Films podsumowuje karierę Peytona Manninga

 

Może załapie się do klasy 2021

Charles Woodson

Woodson to prawdziwy ironman. W zeszłym sezonie w NFL grało tylko sześciu graczy wydraftowanych w XX wieku (siódmy, który zaczął karierę w ubiegłym stuleciu, Adam Vinatieri, nie został wydraftowany). Dwaj wychodzili na boisko kilka razy w meczu kopnąć piłkę (Sebastian Janikowski i Shane Lechler). Trzej należeli do kasty quarterbacków, z którymi przepisy każą obchodzić się jak z jajkiem (Peyton Manning, Tom Brady, Matt Hasselback). Tylko jeden był narażony na wszystkie ciosy, na każde nieczyste zagranie, a mimo to tydzień po tygodniu wybiegał na boisko. Charles Woodson.

Do NFL przyszedł w 1998 r., w tym samym drafcie co Peyton Manning. Rok wcześniej pokonał go w głosowaniu na Nagrodę Heismana. Z #4 wybrali go Oakland Raiders. Szybko stał się jednym z czołowych graczy NFL. W pierwszych czterech sezonach został defensywnym debiutantem roku, cztery razy wybrano go do Pro Bowl i trzy razy do All Pro. A potem przyszły playoffy 2002 i słynna Tuck Rule Game.

Czy gdyby to było fumble kariery Toma Brady’ego i Billa Belichicka potoczyłyby się ku ich własnemu pewnemu miejscu w Hall of Fame? Trudno powiedzieć, niemniej wydawało się, że ten mecz rzucił klątwę na Woodsona.

W kolejnych trzech sezonach DB cały czas leczył różne urazy, kłócił się z trenerem i po dwóch sezonach na franchise tagu został bez pracy w wieku 29 lat. Wydawało się, że jego kariera dobiega końca.

I wówczas zadzwonili Packers. GM Ted Thompson rozpoczął pracę nad odbudową drużyny. Był jedynym GM-em w NFL, który odważył się zaryzykować i wziąć na siebie zgorzkniałego, często kontuzjowanego weterana. A ten odpłacił mu sześcioma kapitalnymi sezonami, tytułem defensywnego gracza roku w 2009 r. i zwycięstwem w Super Bowl rok później.

Na koniec kariery wrócił jeszcze do Oakland, gdzie stał się liderem drużyny i jednym z nielicznych jasnych punktów w secondary. Po 18 latach jest piąty na liście wszechczasów w przechwytach i drugi w przyłożeniach po przechwytach. Jest najwyżej z DB, którzy grali większość kariery w XXI w., kiedy przepisy niemal absurdalnie faworyzują reciverów. Ile miałby przechwytów, gdyby grał trzydzieści lat temu? A tak skończył z 65, z których 11 zamienił na przyłożenia.

Woodson to bez wątpienia jeden z najlepszych DB XXI w i ma swoje miejsce w Hall of Fame. Czy zostanie wybrany w pierwszym głosowaniu? Ron Woodson, który  jest tuż przed Charlesem Woodsonem na liście najlepiej przechwytujących i liderem powrotów na TD po INT, został wybrany w 2009 r. w pierwszym głosowaniu. Może i Charlesowi się uda.

 

Hall of Fame? Może kiedyś

Calvin Johnson

Często wielcy mistrzowie nie wiedzą kiedy zejść ze sceny. Jednak Calvin Johnson zszedł z niej zdecydowanie za szybko. Grał zaledwie dziewięć sezonów, a w wieku 30 lat na pewno zostawił sporo paliwa w zbiorniku. Jednak można zrozumieć jego decyzję. Przez te dziewięć lat Lions zagrali tylko dwa mecze w playoffach, oba przegrali. W siedmiu sezonach nie potrafili wygrać nawet ośmiu meczów, a Johnson miał wątpliwą przyjemność znaleźć się w „Unperfect Team”, która w 2008 r. przegrała wszystkie 16 spotkań.

W ciągu swojej kariery Johnson zarobił prawie 114 mln dolarów, chyba mu wystarczy. Można zrozumieć, że nie miał ochoty narażać swojego zdrowia i katować swojego organizmu w barwach drużyny, która zapewne znów nie wygrałaby nawet połowy spotkań.

Na początku tej dekady Johnson był uznawany za najlepszego wide recivera w NFL. W latach 2010-2013 cztery razy z rzędu wybierany był do All Pro. A sezon 2012 w jego wykonaniu to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, w historii na tej pozycji. Złapał podania na 1964 jardy, o prawie 120 jardów poprawiając rekord NFL należący do Jerry’ego Rice’a i do dziś jest to wynik niepobity. W 11 meczach tego sezonu przekroczył 100 jardów (również rekord). Wydawało się, że łapie wszystko, co Matt Stafford rzuci w jego okolicę. A mimo to Detroit wygrali tylko cztery spotkania.

Rok później, 27 października 2013 r. przeciwko Dallas Cowboys złapał podania na 329 jardów. Jest to drugi najlepszy wynik w historii NFL, najlepszy w meczu bez dogrywki i jedyny mecz na ponad 300 reciving yards w XXI wieku.

Ostatnie lata miał nieco słabsze. Wciąż był czołówką, ale już tak nie dominował. Przyplątały się urazy. Czy zasługuje na Hall of Fame? Na przeszkodzie może stanąć jego stosunkowo krótka kariera. Na liście wszechczasów pod względem złapanych jardów jest dopiero 27. i to w czasach, kiedy w NFL podaje się więcej niż kiedykolwiek. I choć pod względem średniej złapanych jardów na mecz w historii ustępuje tylko Julio Jonesowi, to jego wybór do Hall of Fame może trochę potrwać. Jednak prędzej czy później pewnie się tam znajdzie.

Top 10 momentów z kariery Calvina Johnsona według NFL Films

 

Jared Allen

136 sacków w karierze to dziewiąty wynik wszechczasów. Z ośmiu graczy przed nim siedmiu jest już w Hall of Fame, a ósmy, Jason Taylor, będzie mógł zostać wybrany po raz pierwszy dopiero za rok.

Jak na świetnego pass rushera Allen trafił do NFL wybrany dość nisko. W czwartej rundzie draftu wzięli go Kansas City Chiefs. Głównie dlatego, że studia spędził w Idaho State, który gra w FCS, a więc na niższym poziomie rywalizacji uniwersyteckiej.

W Chiefs Allen spędził cztery lata i zaliczył 43 sacki. Ostatni rok wykłócał się o pensję, został zawieszony na dwa spotkania za jazdę na podwójnym gazie, a mimo to zanotował 15,5 sacka i był liderem NFL w tej kategorii. Po sezonie Chiefs desygnowali go do franchise tagu, a potem oddali w wymianie do Vikings.

W Minnesocie Allen spędził najlepsze lata. W sześciu sezonach każdorazowo notował dwucyfrową liczbę sacków, a w 2011 r. tylko pół sacka zabrakło mu do wyrównania rekordu NFL (zaliczył 22). Przegrał wówczas głosowanie na defensywnego gracza roku z J.J. Wattem.

Robił tez takie rzeczy:

Ostatnie dwa lata spędził w Chicago i Carolinie. Nękany kontuzjami i coraz starszy zanotował tylko 7,5 sacka. Nic dziwnego, że po sezonie postanowił odjechać w stronę zachodzącego słońca. Prawie mu się udało.

Czy zobaczymy go w Hall of Fame? Zapewne, ale nie w 2021 r.

 

Hall of Fame? Za wysokie progi

Marshawn Lynch

Ci którzy widzą Lyncha w Hall of Fame pamiętają mu zapewne głównie „Beast Quake”.

Owszem, fenomenalna akcja. Nie da się też ukryć, że w latach 2011-2014 był jednym z ofensywnych liderów Seahawks, którzy w tym czasie dwukrotnie grali w Super Bowl i raz je wygrali. Jednak ogólny obraz jego kariery nie jest aż tak różowy.

Buffalo Bills wybrali go z #12 w drafcie 2007. Przez cztery kata w tej drużynie nie wyróżnił się niczym szczególnym. Ot, running back nieco powyżej przeciętnej. Jak na #12 w drafcie to spory zawód. W końcu stracił miejsce w składzie na rzecz niewydraftowanego Freda Jacksona. Straciłby je szybciej, ale trenerzy nie chcieli tak szybko zrezygnować z byłego pierwszorundowego wyboru.

W końcu został bez żalu oddany do Seattle. Wcześniej zdążył zbiec z miejsca stłuczki samochodowej i zostać skazanym za posiadanie zakrytej broni bez zezwolenia.

Czy w Seattle od razu został czołowym RB w NFL? Nie. Pierwszy sezon miał słaby, zaliczał zaledwie 3,5 jarda na bieg i miał problemy z fumblami. Podlinkowane wyżej „Beast Quake” było jednym z nielicznych jasnych punktów w kiepskim roku.

Przełom nastąpił w 2011 r. Lynch stał się czołowym RB w lidze, a jego siłowy, nieustępliwy styl budził entuzjazm fanów. Tylko czy cztery lata to wystarczająca przepustka do Hall of Fame? Moim zdaniem nie.

Exit mobile version