NFL przed sezonem 2016: NFC East

Przechodzimy do NFC, a na początek najsłabsza dywizja w konferencji. Nic nie wskazuje, by wiele w tej kwestii miało się zmienić, choć warto śledzić Nowy Jork, gdzie po raz pierwszy od 13 lat trenerem będzie kto inny niż Tom Coughlin.

Dziś dołącza do mnie największy polski fan New York Giants, @elimgrey, którego polecam śledzić na Twitterze.

 

Washington Redskins

NFL NFC EastCzy Kirk Cousins to faktycznie materiał na startowego quarterbacka, czy też jego sezon 2015 był jednorazowym wyskokiem? Obie te tezy dałoby się całkiem nieźle obronić, więc Redskins stwierdzili „pożyjemy, zobaczymy”. Na razie Cousins gra na rocznym franchise tagu, choć nie ma go co żałować, bo za ten sezon dostanie niecałe 20 mln dolarów (minus podatki).

Niezależnie jednak od dyspozycji Cousinsa, Czerwonoskórym ciężko będzie powtórzyć ubiegłoroczny sezon, gdy niespodziewanie wygrali dywizję.

Cousins będzie miał wsparcie całkiem sensownej linii ofensywnej, na czele z Trentem Williamsem, jednym z czołowych tackli ligi. Największą słabością tej formacji jest center. Redskins chcieli pozyskać Briana Storka, byłego startera Patriots, ale ten nie przeszedł badań lekarskich. (Nie wiadomo co było powodem, ale Stork miał liczne problemy ze wstrząśnieniami mózgu)

Największą siłą drużyny jest korpus reciverów. DeSean Jackson to największe zagrożenie na dalekich ścieżkach, a doświadczony Pierre Garcon na krótszych. Do tego Jamison Crowder, który nie jest znanym nazwiskiem, ale miał bardzo solidny debiutancki sezon i #22 tegorocznego draftu, Josh Doctson z TCU. Na pozycji TE gra Jordan Reed, którego 952 jardy przed rokiem były piątym wynikiem wśród tight endów, a 87 złapanych podań drugim wynikiem na tej pozycji.

Wśród odbierających Redskins mają spokój, za to nie bardzo wiadomo, kto ma biegać. Alfred Morris przeniósł się do rywala z dywizji z Dallas. W tej sytuacji na szczycie depth chart są Matt Jones, który zaliczał 3,4 jarda/bieg w debiutanckim sezonie oraz Chris Thompson, który przez dwa sezony w lidze przebiegł w sumie 228 jardów w 38 próbach.

Niewiele lepiej wygląda sytuacja we front seven. Przeglądając skład Redkskins nie mam pojęcia kto ma tam generować pass rush. Na dziś podstawowymi DE są Chris Baker (8 sacków w 7 sezonów, choć trzeba przyznać, że aż 6 w zeszłym roku) oraz Matt Jones (6 sacków w 2 lata).

W secondary niekwestionowaną gwiazdą będzie Josh Norman, który eksplodował talentem w zeszłym roku w barwach Panthers. Pytanie tylko na ile to systemowy gracz, dobrze wpasowany w system defensywny Panter, a na ile rzeczywisty CB #1. Jak na razie wieści z obozu Redskins nie są dla niego zbyt pomyślne, ale trudno oceniać jego grę, póki nie rozegra kilku meczów sezonu zasadniczego. Biorąc pod uwagę, że w stolicy płacą mu 15 mln dolarów rocznie, oczekiwania na pewno są duże.

Niewątpliwym upgradem na pozycji safety jest David Bruton, do tej pory rezerwowy w Broncos, choćby dlatego, że po Dashonie Goldsonie upgradem byłby nawet ściągnięty z emerytury Ed Reed.

Redkins pewnie znów będą plątać się w okolicy 50%, ale na więcej raczej ich nie stać. Chyba że „Kapitan Kirk” zrobi kolejny krok naprzód, czego nie można wykluczyć.

 

Philadelphia Eagles

W Philly trwa wielkie sprzątanie po Chipie Kellym. Jak na razie udało się Orłom pozbyć katastrofalnych kontraktów DeMarco Murraya i Brandona Maxwella i jeszcze coś na tym zarobić. Nowy trener Doug Pedrsen nie będzie miał łatwego zadania, bo dziedziczy zespół, w którym poza linią ofensywną niewiele jest mocnych punktów.

Na rozegraniu na razie opcją #1 jest Sam Bradford, który od lat regularnie zawodzi, najpierw w Rams, potem w Eagles. Offseason spędził ciężko obrażony, bo Orły ośmieliły się z #2 w tegorocznym drafcie wziąć Carsona Wentza. Zapewne zobaczymy go jako pierwszego QB Eagles jeszcze w tym roku, ale na razie nie jest na to gotowy.

Jak już wspomniałem, o-line to najlepsza formacja drużyny. Jason Peters i Lane Johnson to jeden z najlepszych duetów tackli, a choć Kelly dość skutecznie rozwalił środek, to teraz nowy GM Howie Rosman pozyskał C Stefana Wiśniewskiego z Jaguars i OG Brandona Brooksa z Texans, co powinno przywrócić formacji choć część dawnej świetności.

Poza tym niewiele dobrego da się powiedzieć o ofensywie Eagles. Trzech najlepszych reciverów to trzy niespełnione talenty: Nelson Agholor, Jordan Matthews i pozyskany z Giants Rueben Randle [EDIT: Eagles zwolnili już Randle’a]. Lepiej wygląda pozycja TE, gdzie Brent Celek i Zach Ertzt należą do solidnych ligowych starterów.

Nowym koordynatorem defensywy został Jim Schwartz, co powinno nieco podnieść wartość tej formacji. Tyle że właściwie jedyną gwiazdą w tej grupie jest Fletcher Cox, jeden z tych świetnych graczy, których reputacja cierpi przez kiepskich kolegów. Niezłe przebłyski jako pass rusher miewa Connor Baldwin, a dość solidnym safety jest Malcolm Jenkins. Jednak poza tym obrona Orłów to mniejsze lub większe znaki zapytania. Rodney McLeod i Leodis McKelvin przychodzą, by zastąpić znacznie bardziej znanych Waltera Thurmonda i Byrona Maxwella i zamiana powinna wyjść raczej na plus. Zobaczymy co złoży z tego Schwartz.

 

New York Giants

Autor: @elimgrey

Po 12 latach, 2 wygranych Super Bowl i 4 kolejnych sezonach bez playoffów w niebieskiej części Nowego Jorku zakończyła się era Toma Coughlina i nastał czas Bena McAdoo. Przejął on zespół z jednej strony z przyzwoitą – zbudowaną przez siebie – ofensywą, a z drugiej – z fatalną defensywą.

Obrona powinna być w tym roku lepsza – trudno by była jeszcze gorsza. W przerwie między sezonami Giants sporo zainwestowali  w poprawę jakości tej formacji – zarówno w drafcie (3 z 4 pierwszych wyborów to obrońcy) jak i – a może przede wszystkim – free agency. Nowojorczycy w bezprecedensowy dla siebie sposób otworzyli wiosną sakiewki i ściągnęli 3 wysoko cenionych (dosłownie) wolnych agentów: DE Oliviera Vernona, DT Damona „Snacksa” Harrisona i CB Janorisa Jenkinsa.

Gdy (lub jeśli) to wszystko się dobrze poskleja to Giants mają szansę mieć całkiem przyzwoitą defensywę gdzie moc jest z przodu (DL może być jedną z topowych w lidze) i tyłu (secondary to mieszanina doświadczenia i młodości i oprócz skrzydłowych, jedyna chyba pozycja, gdzie jest spora głębia składu). Piętą achillesową będzie pewnie korpus linebackerów, który Jerry Reese, menadżer nowojorczyków, jak to ma w zwyczaju niemal zupełnie zignorował (wydraftował co prawda w 4. rundzie BJ Goodsona, ILB na przyszłe lata).

Dużo mniej zamieszania było w tym offseason po drugiej stronie piłki. Poprzedni rok atak NYG zakończył na 6. miejscu w nfl w zdobytych punktach i 8. w jardach. W tym oczekiwania są jeszcze większe (studzone nieco przez występy w preseason) ale by je spełnić, Eli Manning i Odell Beckham Jr. potrzebować będą pomocy. Dużo szumu jest wokół wybranego w drugiej rundzie WR Sterlinga Sheparda. Jest jeden z najlepszych receiving backów w nfl Shane Vereen. Wrócić ma Victor Cruz. Wierzy się, że Eli nie miał wkoło siebie tyle talentu na pozycjach skill-players przynajmniej od roku 2011.

Może to jednak nie mieć znaczenia jeśli linia ofensywna sabotować będzie poczynania kolegów. Szczególnie niepokoi pozycja obydwu tackli, którzy w 2015 należeli do najgorszych w lidze. NYG są zdeterminowani by po lewej stronie zostawić Erecka Flowersa (ubiegłoroczny rookie), przez cały offseason próbowali jednak – nieskutecznie – wysłać na ławkę grającego po prawej stronie Marshalla Newhouse’a.

 

Dallas Cowboys

Chciałem ich typować jako drużynę, która powalczy z Giants o pierwsze miejsce w dywizji, ale kolejne złamane kości pleców Tony’ego Romo diametralnie zmieniają sytuację. Nie wiem czy Romo wróci w tym sezonie, ale prawdę mówiąc z troski o własne zdrowie powinien w ogóle odpuścić futbol. Wygląda na to, że drugi z rzędu sezon w Dallas zepsują kontuzje.

Miejsce Romo zajmie zapewne rookie Dak Prescott, który zrobił furorę w preseason. Wszystkich, którzy chcą go koronować na nowego Russella Wilsona ostrzegam, że preseason to zupełnie inne granie. Teraz Prescott będzie musiał sobie radzić z bardziej rozbudowanym playbookiem i bardziej skomplikowanymi, skrojonymi pod niego, ustawieniami defensyw. A do tego cały czas przeciwko starterom rywala.

Niemniej jednak ma do dyspozycji ciekawą ekipę wokół siebie, zaczynając od najlepszej o-line w lidze, która wraca w niezmienionym składzie po sezonie 2015. Rok temu dzięki tej linii Darren McFaden wyglądał jak gwiazda (a w 2014 r. DeMarco Muray został ofensywnym graczem roku). Pytanie jak będzie teraz, gdy na RB zagra #4 tegorocznego draftu, Ezekiel Elliott. Jak na razie z obozu przygotowawczego dochodzą wieści o problemach Elliotta z prawem i niedojrzałości młodego zawodnika, zobaczymy co będzie na boisku.

Prescotta wesprze też solidny korpus reciverów, zaczynając oczywiście od chimerycznego, ale momentami genialnego Deza Bryanta. Do tego niedoceniani Terrance Williams i Cole Beasley oraz niezawodny Jason Witten na TE.

W defensywie problemem jest brak głębi składu, który będzie szczególnie widać na początku sezonu. Rolando McClain został zawieszony na 10 meczów po drugiej wpadce na zabronionych substancjach, po cztery mecze zawieszenia dostali Randy Gregory i DeMarcus Lawrence za takie samo przewinienie. Do tego Sean Lee, kapitalny zawodnik, ale wykonany ze szkła. Front seven Cowboys w pełni składu to ponadprzeciętna grupa, ale gdy trzeba sięgać po rezerwy sytuacja wygląda znacznie gorzej.

Ci starterzy w secondary, którzy wracają, pozwolili przed rokiem na 14 przyłożeń przeciwnika i nie zaliczyli ani jednego INT. W Dallas pokładają nadzieję w Orlando Scandricku, ale jak pokazał przykład Tyranna Mathieau, nawet najlepsi DB potrzebują trochę czasu na powrót do formy po poważnym urazie kolana.

Kontuzje i problemy dyscyplinarne to kwestie, które od lat ciągną się za Cowboys. Nie wygląda na to, by Jerry Jones miał wyciągnąć wnioski.

 

Mój typ: Dywizja dla Giants, Redskins i Eagles powalczą o drugie miejsce z bilansem ok. 50%, a Cowboys znów z tyłu.

 

P.S. Na Facebooku już tylko kilku lajków brakuje do przekroczenia magicznej granicy tysiąca. Jeśli chcesz wesprzeć rozwój bloga, kopsnij lajka albo retweeta. Dzięki!

 

ZOBACZ TEŻ:

NFL przed sezonem 2016: AFC West

W przedsezonowym przeglądzie NFL dotarliśmy do końca AFC. Zachód to dywizja, która powinna być najciekawszą w tej konferencji. Obrońcy tytułu, nieprzewidywalni Chargers, zawsze niebezpieczni Cheifes i Raiders – czarny koń rozgrywek.

Dziś dołącza do mnie Kamil Słonka (polecam obserwować na Twitterze: @kamilslonka), redaktor serwisu Raider Nation Polska, który gościnnie napisał o swojej ulubionej drużynie.

 

Denver Broncos

NFL AFC WestUbiegłorocznym mistrzom będzie bardzo ciężko powtórzyć ten sukces. Ta drużyna od początku była budowana do wielkiej przebudowy w 2016 r. John Elway postanowił powstrzymać się od wielkiego czyszczenia weteranów i jeszcze raz powalczyć o najwyższe cele, ale wątpię, czy uda im się włączyć w walkę o mistrzostwo.

Trzon defensywy pozostał bez zmian. Tyle że nie sądzę, by obrona Broncos zagrała na podobnym poziomie co przed rokiem. Bez wątpienia będą w czołówce ligi, jednak historyczne sezony mają to do siebie, że się nie powtarzają. Wątpię też, czy uda im się kolejny sezon przejść bez poważniejszych kontuzji, a głębią składu nie zachwycają.

(Więcej na ten temat: Dynastia Denver Broncos?)

Z ekipy obrońców, która startowała w Super Bowl 2016 zabraknie tylko DT Malika Jacksona i LB Dany’ego Trevathana. Żaden z nich nie jest graczem nie do zastąpienia, choć obaj to solidni starterzy na swoich pozycjach. Nie do zastąpienia są za to Von Miller i DeMarcus Ware. Pytanie tylko, czy ten drugi, mający na karku już 34 lata i 11 lat w lidze, będzie w stanie grać na tak wysokim poziomie jak do tej pory.

Nietknięta pozostaje również kapitalna secondary, na czele z Aquibem Talibem i Chrisem Harrisem. To wszystko sprawia, że obrona Broncos powinna być w czołówce ligi.

Znacznie gorzej wygląda sytuacja po drugiej stronie piłki. Sytuacja na rozegraniu jest fatalna, choć nie gorsza niż w zeszłym roku. O miano pierwszego QB rywalizują Mark „Buttfumble” Sanchez, rookie Paxton Lynch i drugoroczniak Trevor Siemian (#250 draftu przed rokiem). Quarterbackiem przyszłości ma być Lynch, ale jeszcze nie nadaje się na startera. W tej sytuacji ten sezon będzie znów problematyczny.

Ktokolwiek będzie nowym QB, zastanie cięższą sytuację niż Manning i Osweiler przed rokiem. Końcówka zeszłego sezonu to nie tylko świetna postawa defensywy, ale i o-line (nie licząc meczu z Raiders, w którym Khalil Mack rozebrał ich na czynniki pierwsze). W tym roku jedynym powracającym starterem będzie center Matt Paradis. Na LT zapewne zobaczymy ex-startera Seahawks Russella Okunga. Tyle że Okung ma podobne problemy ze zdrowiem jak zwolniony z Denver Ryan Clady. Pozostałe trzy pozycje to otwarta rywalizacja na campie, co nie wróży dobrze ich zgraniu.

Demaryius Thomas i Emmmanuel Sanders mogą być najsilniejszym duetem reciverów w lidze, ale oprócz nich nie bardzo ma kto łapać piłki. Także pozycja TE wygląda bardzo źle, chyba że nagle przełomu dokona Jeff Heuerman, którego Broncos wzięli w drugiej rundzie draftu 2015. Póki co Heuerman ani razu nie wyszedł w NFL na boisko, ale w Denver zdarzały się i takie cuda (Julius Thomas).

Wszystko wskazuje na to, że w meczach Broncos będziemy obserwowali mało punktów i dużo sacków. I to po obu stronach.

 

Kansas City Chiefs

Poprzedni sezon Chiefs to niesamowita historia. Zaczęli od bilansu 1-5, by wygrać pozostałe 10 meczów sezonu zasadniczego, zakwalifikować się do playoffów i wygrać pierwszy mecz w styczniu od 1994 r. Od kilku lat polegają na solidnym Alexie Smithie w ataku oraz znakomitym pass rushu swojej defensywy.

Tyle że w tym roku w defensywie pojawiło się sporo znaków zapytania. W lutym najlepszy pass rusher Justin Houston przeszedł operację więzadła ACL i na dobrą sprawę nie wiadomo czy i kiedy wróci do gry. Drugi OLB, Tamba Hali, ma chroniczne problemy z kolanami. Safety Eric Berry długo odmawiał podpisania franchise tagu i dopiero w ten poniedziałek (29 sierpnia) pojawi się po raz pierwszy w tym sezonie na treningu.

Co gorsza, drużynę opuścił ich najlepszy CB Sean Smith. Drugoroczniack Marcus Peters ma za sobą imponujący sezon debiutancki. Zanotował najwięcej przechwytów w NFL, ale jednocześnie kryci przez niego reciverzy zaliczyli 1057 jarów i 8 przyłożeń (podaję za Pro Fotball Focus). Wszystko to składa się na mało optymistyczny obraz defensywy.

W ataku do gry powraca Jamaal Charles. Tyle że jestem sceptyczny co do jego rzeczywistej wartości dla drużyny. Imponująca zeszłoroczna seria Cheifes zaczęła się, gdy stracili Charlesa z powodu kontuzji. Poza tym dobiegający 30-tki RB po poważnym urazie to raczej nie jest charakterystyka dająca powody do optymizmu.

Nieciekawie wygląda sytuacja z o-line. Chiefs stracili obu starterów na OG i nie bardzo mają ich kim zastąpić. Z pozytywów udało im się pozyskać OT Mitchella Schwartza z Cleveland, ale drugim tacklem pozostaje permanentnie zawodzący Eric Fisher, #1 draftu 2013.

W tej sytuacji Alex Smith może mieć problemy ze swoją tradycyjnie wysoką skutecznością i małą liczbą strat. Co prawda ściągnięty przed poprzednim sezonem Jeremy Maclin poprawił sytuację na WR, a Travis Kelce pozostaje jednym z czołowych odbierających TE w lidze, ale ogólnie korpus reciverów należy do najsłabszych w NFL.

Chiefs pozostaną niebezpieczną drużyną, ale ich awans do playoffów będzie niespodzianką.

 

Oakland Raiders

Autor: Kamil Słonka

Ostatni sezon Oakland Raiders można uznać za sezon przejściowy, zapowiadający dużo zmian. Włodarze drużyny z Kalifornii poświęcili 4 picki z 7 rund draftu 2016 na łatanie dziur w formacji defensywnej.  W pierwszej rundzie został wybrany safety z Zachodniej Wirginii, Karl Joseph, który już łapie dobre noty na kampach. W świetnej dyspozycji podczas preseasonu jest runningback George Atkinson III, który ma za zadanie uzupełnić korpus biegaczy.

Poprzedni sezon skupił się głównie na rozwoju Dereka Carra, Amariego Coopera oraz bestii z Oakland, Khalila Macka. Ten ostatni jest pierwszym zawodnikiem w historii NFL, który został wybrany do Pro-Bowl na dwie pozycje, linebackera oraz defensive enda. Nie lada wyczyn, patrząc na to, że obie pozycje opiewały w legendarnych graczy. Derek Carr spełnił oczekiwania i pomimo decyzji, podejmowanych bardzo często, pod presją można uznać, że ten sezon był dla niego udany. Amari Cooper natomiast nie spełnił oczekiwań, jednak nie można uznać go za bust ostatniego draftu.

Reggie McKenzie, GM Raiders, pozwolił sobie na wydanie dość sporej kupki pieniędzy podczas offseasonu. Sprowadził między innymi Seana Smitha, CB Chiefs, który jest ewidentnym wzmocnieniem korpusu ostatniej linii. Dodatkowo, udało się ściągnąć FS Reggiego Nelsona z Cincinatti Bengals. To wszystko razem z Karlem Josephem oraz przebłyskami Davida Amersona z poprzedniego sezonu daje nam dużo lepszą sytuację w secondary, pomimo straty przyszłego członka Hall of Fame – Charlesa Woodsona.

Na szczęście, McKenzie nie myśli jednoliniowo i nie skupił się całkowicie na upgradzie formacji defensywnej. Ważnym elementem jest uzbrojenie linii ofensywnej, która została wzmocniona przez Austina Howarda oraz Kelechiego Osemele. Nowi zawodnicy powodują, że znany portal profootballfocus.com ocenia o-line drużyny z pod znaku Tarczy jako drugą najlepszą w lidze. To świetna wiadomość. Derek Carr powinien mieć więcej czasu na szukanie receiverów, a korpus biegaczy, główne za sprawą umiejętności otwierania pola Kelechiego Osemele, powinien mieć dużo więcej okazji do zdobyczy jardowej niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Drużyna Oakland Raiders za sprawą kolejnego świetnego offseasonu wymieniana jest jako czarny koń rozgrywek NFL i chyba nikt trzeźwo myślący nie może temu zaprzeczyć. Rozwój młodych zawodników pod okiem weteranów, coraz lepiej spisujący się rozgrywający i w końcu trener, któremu nie można odmówić umiejętności powodują to, że Raiders pierwszy raz od 2002 roku mogą wskoczyć do play-offs.

 

San Diego Chargers

Zaledwie cztery zwycięstwa przed rokiem to fatalny wynik. Można się spodziewać, że San Diego zaliczą lepszy bilans w tym roku, choćby dlatego, że trudno o gorszy. Jednak władze Chargers podejmują jedną fatalną decyzję za drugą.

Najpierw nieudana próba przeprowadzki do Los Angeles. W LA zagrają ostatecznie Rams, a cała sytuacja mocno pogorszyła i tak już nadwątlone relacje z lokalnymi władzami i społecznością.

Potem pojawił się problem Joeya Bosy. Bosa, #3 tegorocznego draftu, wciąż nie ma podpisanego kontraktu. Sprawa rozchodzi się o kwestie gwarantowanej pensji w czwartym roku kontraktu (w uproszczeniu) oraz terminy wypłat signing bonus. Chrgers posuwają się do oświadczeń prasowych, dyskredytujących Bosę i jego obóz, a tymczasem coraz bliżej sytuacja, w której Bosa odmawia gry w tym roku i przystępuje do draftu 2017, a Chargers tracą tegoroczny #3.

Pass rusher Bosa na pewno przydałby się w San Diego, bo defensywa to ta słabsza formacja Chargers. W d-line Cory Liuget jest już zdrowy, a z Seattle przyszedł specjalista od obrony biegowej, Brandon Mebane. Secondary powinna być nieco mocniejsza, choćby dlatego, że mało prawdopodobna jest tak dramatyczna seria kontuzji drugi rok z rzędu. Dodatkowo z Packers dołączył świetny nickel corner, Casey Hayward.

W ataku do zdrowia wrócił Keenan Allen, który miał bardzo obiecujący początek sezonu 2015. Do San Diego, jako koordynator ofensywy, wraca Ken Wisenhunt. To dobra wiadomość dla Philipa Riversa, bo to pod jego wodzą w 2013 r. quarterback Chargers rozegrał swój najlepszy sezon w tej dekadzie.

Do grona reciverów dołączył Travis Benjamin z Browns. Na miejscu pozostaje TE Antonio Gates. Pytanie tylko, kiedy wiek zacznie dawać o sobie znać, bo Gates ma już na liczniku 36 lat.

To jednak nie pomoże, jeśli nie poprawi się gra o-line. Linia SD została przed rokiem oceniona jako najsłabsza w pass protection (wg Pro Football Focus) i druga najsłabsza w run blocking (wg Football Outsiders). We free agency Kalifornijczycy pozyskali Mata Slausona, byłego centra Bears, co powinno nieco poprawić grę tej formacji.

Chargers są nieprzewidywalni, zwłaszcza że dysponują najlepszym rozgrywającym w dywizji (Carrowi jeszcze trochę brakuje). Przy dobrym schemacie ofensywnym i reciverach, Rivers może odżyć jak w sezonie 2013.

 

Mój typ: Muszę przewidzieć jakieś niespodzianki, więc dywizja dla Raiders. Drugie miejsce i dzika karta dla Broncos. Trzecia lokata dla Chiefs, a Chargers znów na ostatnim miejscu w dywizji.

 

ZOBACZ TEŻ:

NFL przed sezonem 2016: AFC South

Południowa część AFC cieszyła się w zeszłym sezonie tytułem najsłabszej dywizji w NFL. Jednak Colts i Jaguars liczą, że sezon 2016 pozwoli wymazać wspomnienia o nieudanym ostatnim sezonie (czy kilku sezonach w przypadku Jags). Texans jak zwykle nie należą do faworytów, ale mogą być groźni. I tylko w Titans nie widać widoków na poprawę.

 

Houston Texans

NFL AFC SouthW zeszłym roku niespodziewanie wygrali dywizję, ale kompromitacja Hoyera w playoffach pokazała, że klub potrzebuje nowego rozgrywającego. Znalezienie QB w NFL to prawdziwie herkulesowe zadanie. Texans postawili niemałe pieniądze na Brocka Osweilera. Biorąc pod uwagę, że Brock stracił w zeszłym roku miejsce w składzie na rzecz starszego pana w koszulce Peytona Manninga, trudno o nadmiar optymizmu. Muszę jednak uczciwie przyznać, że była to najlepsza ze złych opcji, jakie mieli w swojej dyspozycji Teksańczycy.

Zadanie Osweilera będzie o tyle łatwiejsze, że drużyna Billa O’Briena dysponuje niezłym, wyrównanym składem. Ciekawie wygląda zwłaszcza grupa reciverów. DeAndre Hopkins miał ubiegły sezon nieco gorszy od Antonio Browna i Julio Jonesa, ale biorąc pod uwagę kto podawał tej trójce, to proste porównanie statystyk wygląda tu jak porównywanie kierowcy sportowego Ferrari z kierowcą rodzinnej Skody. Wokół Hopkinsa Texans budują ciekawą, młodą grupę reciverów (nie żeby 24-letni DeAndre miał zaraz kończyć karierę). W tym roku w pierwszej rundzie wzięli szybkiego Willa Fullera, a w trzeciej potężnego konwertowanego QB, Braxtona Millera. A w składzie jest jeszcze Cecil Shorts, który nie tak dawno ocierał się o 1000-jardowy sezon w barwach Jaguars.

Texans pożegnali swojego długoletniego RB, najlepszego gracza w niedługiej historii klubu na tej pozycji, Ariana Fostera. W zamian do drużyny trafił Lamar Miller z Dolphins. Był to jeden z lepszych ruchów w tym offseason. Co prawda 26 mln za 4 lata to dość sporo jak na biegacza, ale tak naprawdę mówimy o dwuletniej umowie na 14 mln z dwoma latami opcji dla klubu. W zamian do Houston trafił stosunkowo młody (25 lat), ale doświadczony zawodnik, podobny stylem gry do Fostera.

Kibice Texans uważnie obserwują poczynania Osweilera, ale jeszcze uważniej rehabilitację J.J. Watta. Najlepszy obrońca w NFL przeszedł wiosną kilka zabiegów, z których najpoważniejszy dotyczył jego pleców. Nie mam cienia wątpliwości, że Watt będzie gotowy na start sezonu, bo to facet, który grał już z połamanymi kościami i zagrałby pewnie bez jednej nogi i obu rąk. Niemniej Texans potrzebują Watta w jego najlepszej, nadludzkiej dyspozycji. Jeśli Watt okaże się śmiertelnikiem, reszta obrońców w Houston będzie miała znacznie utrudnioną robotę.

Na szczęście dla teksańczyków jest tam potencjał. Jadeveon Clowney wciąż nie gra na miarę #1 draftu 2014, ale po cichu się poprawia i jeśli zdrowie pozwoli może pokaże, czemu dwa lata temu był ceniony tak wysoko (wyżej niż Khalil Mack i Aaron Donald). Na razie jednak więcej można spodziewać się po OLB Whitneyu Mercilusie, który po cichu zaliczył całkiem efektywny sezon 2015 (12 sacków). Gdyby do formy sprzed kontuzji wrócił Brian Cushing, to Texans mieliby jeden z najlepszych front seven w lidze.

Za tym front seven czai się całkiem niezła secondary. Ze względu na J.J. Watta i spółkę nie są wystarczająco doceniani, ale jeśli wszystkie elementy tej układanki zaskoczą, to Texans mogą dysponować jedną z lepszych defensyw w lidze. A wtedy zajdą tak daleko, jak zdoła ich doprowadzić Osweiler. Co, obawiam się, nie będzie zbyt dalekim wypadem.

 

Indianapolis Colts

W Indianapolis nie nauczyli się niczego. Przez kilkanaście lat mieli problemy ze zbudowaniem solidnej drużyny wokół Peytona Manninga, który musiał wszystko dźwigać na własnych barkach. Teraz tę samą rolę pełni Andrew Luck, któremu również brak solidnego wsparcia, a nawet ochrony. Odkąd Luck dołączył do NFL jako #1 draftu 2012 jest najczęściej obijanym rozgrywającym w lidze. Przez trzy lata znosił to z godną podziwu odpornością, ale przed rokiem seria urazów przypieczętowana pękniętą nerką zmusiła go do opuszczenia części meczów i złożyła się na najgorszy sezon w jego karierze. Mimo to Colts wynagrodzili go nowym kontraktem, który w każdym możliwym wskaźniku czyni go najlepiej opłacanym graczem w historii NFL.

Poza Luckiem niewielu zawodników Colts ma potencjał, by znaleźć się choćby w Pro Bowl. Jednym z  wyjątków jest T.Y. Hilton, który zapewne znów będzie ulubionym celem Lucka. Tylko kto będzie #2? Donte Moncrief miał solidny sezon, ale to raczej dobry kandydat na recivera #3. Philip Dorsett w swoim debiutanckim sezonie więcej zmagał się z urazami niż grał. TE Coby Fleener odszedł do Saints, a Dwayne Allen po świetnym sezonie 2014 zanotował katastrofalny 2015.

Nieco lepiej powinno być na o-line, gdzie Colts zużyli #18 na centra Alabamy, Ryana Kelly’a. Centrzy rzadko są wybierani w pierwszej rundzie, ale jeśli już, to z reguły są to udane inwestycje (Mike Pouncey, Travis Frederick), a Kelly zbierał znakomite recenzje.

Luck będzie miał sporo roboty także dlatego, że nie bardzo wiadomo kto ma biegać z piłką. Na szczycie depth chart wciąz siedzi 33-letni Frank Gore, który już w zeszłym sezonie pokazał, że sporo stracił od swoich najlepszych lat w San Francisco. Jeśli coś zmieni się w tym roku, to tylko na gorsze.

W defensywie najlepszą formacją jest d-line, może niezbyt spektakularna, ale solidna. Za ich plecami gra grupa linebackerów, których już tylko krok dzieli od emerytury. Robert Mathis, D’Qwell Jackson i Trent Cole mają w swoim dorobku naprawdę wybitne sezony, ale są już grubo po trzydziestce, a co gorsza nie bardzo widać następców.

W secondary gwiazdą może być Vontae Davis, o ile zagra jak w sezonie 2014, a nie jak przed rokiem. Solidnym wsparciem powinien być Patrick Robinson, który ubiegły sezon spędził w Chargers. Gorzej na pozycji safety, która może być piętą achillesową Colts, chyba że T.J. Green, #57 tegorocznego draftu, przekroczy wszystkie oczekiwania.

Dwa lata temu Luck niemal w pojedynkę doprowadził Colts do finału AFC. W tym roku wystarczy, żeby doprowadził ich do playoffów.

 

Jacksonville Jaguars

Jags to prawdziwa dzika karta tej dywizji. Młodzi, zdolni, wzmocnieni w offseason, ale czy stać ich na zrealizowanie tego potencjału?

Jaguars byli jednymi z najważniejszych graczy we free agency. Do drużyny dołaczyła grupa naprawdę solidnych graczy i choć na Florydzie zapewne przepłacili (taka natura free agency), to nie znaczy, że nie będą mieli pociechy z nowych nabytków. Do najważniejszych należą OT Kelvin Beachum (w zeszłym sezonie Steelers), DT Malik Jackson (aktualny mistrz NFL z Broncos), CB Prince Amukamara (Giants), S Tashaun Gipson (Browns) i RB Chris Ivory (Jets).

QB Blake Bortles zrobił w zeszłym roku duży postęp, ale jego statystyki były zdecydowanie lepsze niż gra. Spisywał się zbyt nierówno, a świetne momenty przeplatał prostymi błędami. Jeśli jednak będzie robił dalsze postępy, to ma potencjał na niezłego rozgrywającego.

Jego największym problemem jest słaba o-line. Kelvin Beachum powinien pomóc na LT, ale pozostaje jeszcze czterech innych starterów w tej formacji, co sprawia, że to największy znak zapytania w ofensywie Jacksonville.

Dla odmiany „skill positions” są obsadzone bardzo silnie. Młody duet WR-ów Allen Robinson i Allen Hurns miał kapitalny ubiegły sezon. Strach pomyśleć, że obaj zaczynają dopiero swój trzeci sezon w NFL. A jest jeszcze Julius Thomas, nominalny TE, choć w rzeczywistości raczej reciver, który ma nadzieję na powrót do statystyk z sezonu 2014 po słabym ubiegłym sezonie.

Na RB Chris Ivory dołącza do T.J. Yeldona i Dennarda Robinsona co sprawia, że backfield Jaguars należy do najlepszych w lidze. Ba, Robinson w tej sytuacji może się okazać niepotrzebny. Fizyczny Ivory i szybszy Yeldon mogą stworzyć naprawdę groźny duet.

Sporemu przeobrażeniu uległa obrona. Poza wspomnianymi wolnymi agentami do tej formacji dołącza grono utalentowanych młokosów. Jalen Ramsey (#5 tegorocznego draftu) powszechnie uznawany jest za najlepszego DB w swoim roczniku. LB Myles Jack spadł do drugiej rundy z powodu problemów zdrowotnych, ale ćwiczy już z drużyną, a zdrowy miał potencjał na Top 10 draftu. Zdrowy jest też DE Dante Fowler (#3 draftu 2015), który stracił cały debiutancki sezon z powodu kontuzji. Jeśli DC Todd Wash zdoła to poukładać, możemy się spodziewać niezłej defensywy ze strony Jaguars.

Królowie offseason rzadko są królami sezonu zasadniczego. Jednak projekt odbudowy Jaguars od kilku lat zmierza w dobrym kierunku. Ten rok to chyba za wcześnie, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w przyszłym sezonie Jags mogą być w czołówce.

 

Tennessee Titans

Drużyna z Nashville od lat nie jest w stanie nawiązać walki z czołówką. Przez ostatnie dwa sezony wygrali w sumie pięć spotkań (Jags wygrali pięć w poprzednim sezonie), od 2008 r. nie grali w playoffach, a ostatni mecz w playoffach wygrali, kiedy Marcus Mariota miał 10 lat.

W tym sezonie również nic nie wskazuje, żeby mieli dokonać jakiegoś przełomu. Teoretycznie ich najsilniejszą formacją jest o-line, w której aż roi się od gości wybranych w pierwszej rundzie kolejnych draftów, a w tym sezonie dołożyli jeszcze Jacka Conklina z #8. Podobny kapitał draftowy w swoją o-line zainwestowali ostatnio tylko Cowboys. O ile w Dallas osiągnęli satysfakcjonujący efekt, o tyle w Tennessee wygląda to jak zbieranina dość przypadkowych facetów.

Jest to o tyle istotne, że drugi rok za centrem będzie grał #2 draftu 2015 Marcus Mariota. W swoim debiutanckim sezonie, jak to rookie, miał nieco wzlotów i upadków, ale generalnie wypadł pozytywnie. Tyle że bez solidnej o-line i z fatalnym korpusem reciverów Mariota może mieć problemy z robieniem postępów. Właściwie jedynym wartościowym celem jest TE Delanie Walker. W offseason ściągnęli Risharda Matthewsa z Dolphins, ale jeśli nie słyszeliście nigdy o tym facecie, to nie ma się co stresować, bo przez cztery lata złapał podania na niecałe 1400 jardów.

Największe inwestycje Titans poczynili na RB. Przejęli katastrofalny kontrakt DeMarco Murraya z Eagles i wzięli Derricka Henry’ego z Alabamy w drugiej rundzie draftu. Murray dwa lata temu został ofensywnym graczem roku, a Henry w 2015 r. zdobył Nagrodę Heismana i przebiegł ponad 2,2 tys. jardów w sezonie. Tylko czy linia ofensywna zdoła wygenerować im jakieś miejsce?

Na defensywą najlepiej spuścić zasłonę milczenia. Liderem tej formacji jest CB Jason McCourty, znany głownie z brata bliźniaka, który jest startowym safety w New England Patriots. Brian Orakpo miewa niezłe chwile jako pass rusher, ale co drugi sezon kończy na liście kontuzjowanych i nigdy w karierze nie przekroczył 10 sacków w sezonie.

 

Mój typ: Dywizja dla Colts. Jaguars na drugim miejscu, ale poza playoffami. Obiecujący sezon Texans zepsują problemy zdrowotne Watta, który będzie grał na poziomie dostępnym dla śmiertelników oraz Osweiler, który okaże się równie chybionym pomysłem jak Hoyer. Titans ponownie z dwucyfrową liczbą porażek.

 

ZOBACZ TEŻ:

NFL przed sezonem 2016: AFC North

AFC North to od lat jedna z najciekawszych i najbardziej wyrównanych dywizji w lidze, choć od wprowadzenia nowego układu dywizji w sezonie 2002 tylko trzy z czterech drużyn wygrywały AFC North. W tym sezonie raczej nie ma co liczyć na nagłe przebudzenie Browns, ale jeśli Ravens pozostaną zdrowi, to znów możemy mieć trójstronną rywalizację na szczycie.

 

Cincinnati Bengals

NFL AFC NorthW zeszłym sezonie ogromny krok naprzód uczynił Andy Dalton i gdyby nie jego kontuzja w końcówce sezonu, Bengals mogliby wreszcie wygrać pierwszy mecz playoffów od 1988 r. W Cincinnati mają nadzieję, że zeszłoroczna dyspozycja ich rudowłosego rozgrywającego nie była dziełem przypadku, tylko stałym trendem. Jednak sporo czynników działa na niekorzyść Daltona.

Po pierwsze w Bengals nie ma już OC Hue Jacksona, który podjął się straceńczej misji prowadzenia Browns. Zastąpił go Ken Zampese, który przez ostatnich 12 lat był trenerem quarterbacków w klubie. Trudno powiedzieć jak spisze się jako koordynator, ale przynajmniej świetnie zna Daltona.

Nie można tego samego powiedzieć o korpusie reciverów. Z klubem pożegnali się Marvin Jones i Mohammed Sanu, czyli WR #2 i #3. Pozostał oczywiście fenomenalny A.J. Green, ale sam nie może łapać wszystkich piłek. Głównym kandydatem do pozycji recivera #2 jest Brandon LaFell, który dwa ostatnie sezony spędził w Nowej Anglii. Poza tym w składzie jest Brandon Tate, od zawsze raczej returner niż reciver oraz debiutant z drugiej rundy, Taylor Boyd.

Na pozycji TE dobrze spisywał się Tyler Eiffert, póki nie uległ kontuzji. Teraz, po majowej operacji kostki, dopiero ostrożnie zaczyna wracać do treningów. Jeśli będzie grał na takim poziomie jak na początku sezonu 2015, to zapewne stanie się drugim ulubionym celem Daltona.

Na plus rozgrywający Bengal może zapisać swoją linię ofensywną, która pozostała nietknięta od zeszłego roku. W poprzednim sezonie utrzymywali presję z dala od swojego QB, a Dalton, jak mało który rozgrywający w NFL, ma problemy z podawaniem pod presją. Na RB pozostaje duet Giovani Bernard i Jeremy Hill, który co roku lepiej wygląda na papierze niż na boisku.

W defensywie nie zaszły wielkie zmiany. CB Leon Hall po dziewięciu sezonach przeniósł się do New York Giants, a zastąpić ma go rookie William Jackson. Póki co secondary Bengals ma dwóch sprawdzonych weteranów: Adama Jonesa (tyle że ten ma już 32 lata) i George’a Ilokę. Reszta to mniejsze lub większe znaki zapytania.

Znacznie lepiej jest z przodu, gdzie Geno Atkins powinien dominować na linii wznowienia akcji, jeśli zdrowie pozwoli. Tyle że reszta linii defensywnej odstaje od niego poziomem na minus. Problemem może okazać się zwłaszcza pass rush. Lepiej jest w drugiej linii, gdzie Rey Maualuga i Vontaze Burflict tworzą bardzo solidny duet, choć ostatni rok mieli nieco słabszy.

Bengals weszli do playoffów w sześciu z ostatnich siedmiu sezonów. Czy to wreszcie ten rok, kiedy po raz pierwszy od niemal trzech dekad wygrają mecz w styczniu?

 

Pittsburgh Steelers

Przez lata Steelers byli synonimem świetnej defensywy. „Stalowa kurtyna” dominowała w latach 70-tych, a obrona Dicka LeBeau z Troyem Polamalu w ubiegłej dekadzie. LeBeau nie ma już w klubie, podobnie jak Polamalu, a siła dzisiejszych Steelers tkwi w ofensywie, a nie obronie pełnej znaków zapytania.

Pytanie numer 1: ile meczów zagra Ben Roethlisberger? Potężny rozgrywający to znany twardziel, bardzo trudny do obalenia, ale jego styl gry powoduje liczne urazy. Nigdy nie miał kontuzji, która wyeliminowałaby go z gry na dłużej, ale w 9 na 12 sezonów stracił kilka spotkań z powodu drobniejszych problemów zdrowotnych. Big Ben to obecnie jeden z pięciu najlepszych QB w NFL (umieściłbym go nawet w TOP 3, za Rodgersem i Bradym, ale to kwestia do dyskusji). Każdy mecz bez niego to spory spadek wartości Steelers.

Zdrowie Big Bena w dużej mierze zależy od jego o-line. Środek wygląda bardzo solidnie. Pytanie tylko w jakiej formie będzie center Maurkice Pouncey, który musiał przejść aż siedem operacji złamanej przed poprzednim sezonem nogi. Gorzej wygląda sytuacja z tacklami. Ryan Harris to ciekawy, budżetowy nabytek, ale jako LT przed rokiem w Broncos zbierał mieszane recenzje.

Roethlisberger ma do dyspozycji dwóch elitarnych, może nawet najlepszych na swoich pozycjach graczy: Antonio Browna na WR i Le’Veona Bella na RB. Zmiennikiem Bella jest solidny DeAngelo Williams, ale dalej jest gorzej. Heath Miller, wieloletni TE Stalowych skończył karierę, a zakontraktowany w jego miejsce Ladarius Green zmaga się z urazami. Poza Brownem trudno mówić o dobrych WR. Martevius Bryant został zawieszony na cały sezon po zawalonym teście narkotykowym, a Markus Wheaton i Darius Heyward-Bay nie są graczami, którzy budziliby lęk czy choćby szacunek w secondary przeciwnika.

Steelers dojdą tak daleko, jak zaprowadzi ich ofensywa, bo obrona wygląda kiepsko. Cameron Hayward i nieśmiertelny James Harrison to najjaśniejsze punkty front seven. Ryan Shazier ma kolosalny potencjał, ale zbyt często pudłuje w próbach tacklowania. Secondary to kompletnie bezbarwna grupa. Steelers wzięli w pierwszej rundzie draftu cornerbacka Artie Burnesa, a w drugiej safety Seana Daviesa, ale gracze z tych pozycji rzadko stają się istotnym wzmocnieniem już w pierwszym sezonie gry.

Jeśli Steelers pozostaną zdrowi, to możemy być świadkami rekordowych występów ich ofensywy. Podobnie jak ofensyw rywali.

 

Baltimore Ravens

O sezonie 2015 w Baltimore na pewno wszyscy będą chcieli zapomnieć. Złe zarządzanie salary cap przez GM-a Ozziego Newsoma wymusiło kilka trudnych ruchów i skróciło ławkę rezerwowych. Mało która drużyna zniosłaby urazy podstawowego rozgrywającego, skrzydłowego i runing backa, ale Ravens byli na to wyjątkowo źle przygotowani. Efektem był najgorszy sezon za kadencji Johna Harbaugha i szósty pick w drafcie 2016.

Ciekawostka: Z tym szóstym pickiem Ravens wzięli OT Ronniego Stanleya, który ma najwyższy ranking w nowym Maddenie ze wszystkich debiutantów :)

Newsome jak zwykle lubi kumulować wybory w drafcie, więc w tegorocznym naborze Ravens wzięli aż 11 graczy, co pomoże nieco połatać dziury w składzie, ale i tak trudno się spodziewać, by zdołali nawiązać do mistrzowskiej drużyny sprzed czterech sezonów.

Jak w większości drużyn wszystko zaczyna się od rozgrywającego. Joe Flacco stracił większość zeszłego sezonu z powodu kontuzji, ale i przed urazem nie grał dobrego futbolu. Na pewno duży na to wpływ miała miałkość jego korpusu reciverów. Najlepszy jest 37-letni Steve Smith. Trudno facetowi odmówić wielkiego serca do gry i w trzech z pięciu meczów zeszłego sezonu zaliczył ponad 100 jardów, ale potem zerwał ścięgno Achillesa. A nie jest w wieku, kiedy takie urazy łatwo się goją. Sporym atutem mógłby być TE Denis Pitta, gdyby tylko nie okupował wiecznie listy kontuzjowanych. Jego miejsce zajmie zapewne Ben Watson, który w wieku 34 lat nagle zanotował najlepszy sezon w karierze w Nowym Orleanie. W tej sytuacji dużo zależeć będzie od Kamara Aikena, który w zeszłym sezonie niespodziewanie stał się liderem WR-ów w Ravens i złapał 75 piłek na 944 jardy.

Pod sporym znakiem zapytania stoi gra biegowa. Ravens mają cały komitet biegaczy, ale kluczem będzie postawa o-line. Wciąż dominuje tam Marshal Yanda, najlepszy OG w NFL, ale reszta nie jest już taka pewna. Dużo zależy od debiutanta Stanleya, bo wszystko wskazuje na to, że obejmie on newralgiczną pozycję LT.

W defensywie Ravens będą musieli polegać na pass rushu, głównie dlatego, że poza Terellem Suggsem i Elvisem Dumervilem nie mają za wiele atutów po tej stronie piłki. Niestety Suggs to kolejny ważny zawodnik tej drużyny, który miał problemy zdrowotne w zeszłym sezonie. Wielkie nadzieje wiązano z LB C.J. Mosleyem, ale po imponującym debiutanckim sezonie nieco obniżył loty przed rokiem.

Problemem może być również secondary. Nieźle wygląda sytuacja na safety, gdzie zagra pozyskany z Chargers Eric Weddle oraz konwertowany z cornerbacka Lardarius Webb. Znacznie gorzej wygląda sytuacja na CB, gdzie Jimmy Smith to kolejny z graczy, którego wielki potencjał pozostaje niespełniony przez kolejne urazy.

Ravens powinni poprawić się w tym sezonie, choćby dlatego, że szósty bilans od końca to nisko zawieszona poprzeczka. Ale póki defensywa nie przypomni sobie czasów Raya Lewisa, walka o playoffy to maks na co stać tę ekipę i to tylko pod warunkiem, że uda się uniknąć kontuzji kluczowych graczy.

 

Cleveland Browns

Klątwa Cleveland została przerwana, gdy Cavaliers w niesamowitym stylu zdobyli mistrzostwo NBA. Niestety w Browns nie widać żadnego zbawcy na miarę LeBrona Jamesa.

Przed rokiem Browns skończyli z najgorszym bilansem w lidze i #2 w drafcie. Zamienili to na naprawdę imponujący kapitał draftowy: 14 wyborów w tegorocznym drafcie i kilka wartościowych picków w dwóch kolejnych sezonach. Najlepszym sposobem na wygranie na loterii draftu jest kupienie więcej losów i Browns wywiązali się z tego zadania znakomicie. Niestety dla ich kibiców oznacza to masę graczy o nikłym doświadczeniu w NFL i sezon właściwie stracony na ogrywanie młokosów. Co nie byłoby takie złe, gdyby właściciel Jimmy Haslam nie miał w zwyczaju kompletnie rozwalać drużyny co kilkanaście miesięcy.

Na ławce trenerskiej w Browns zasiądzie ex-OC Bengals, Hue Jackson. Front office kieruje duet Sashi Brown – Paul DePodesta, którzy podobno mają dużo korzystać z zaawansowanych technik analitycznych, niczym w „Moneyball”. Zobaczymy.

Na razie Browns poprowadzi quarterback #25 od 1999 r. Zapewne będzie to Robert Griffin III. Jeszcze trzy lata temu zachwycaliśmy się jego debiutanckim sezonem. Potem w atmosferze konfliktu wyleciał z Redskins, a amerykańskie media bardziej ekscytują się jego rozwodem niż grą. O ile zmiana scenerii dobrze mu zrobi, o tyle Cleveland to miejsce, gdzie kariery quarterbacków umierają.

Co dalej? Jeszcze do niedawna o-line była jedyną formacją, gdzie Browns cieszyli się względną stabilizacją. Na LT wciąż gra Joe Thomas, jeden z najwybitniejszych LT tego pokolenia, który marnuje w Browns najlepsze lata kariery. Jednak reszta to duże znaki zapytania. RT Mitchell Schwartz po najlepszym sezonie w karierze czmychnął do Kansas City, a C Alex Mack do Atlanty.

Wśród łapiących podania jedynym w miarę pewnym punktem będzie TE Gary Barnidge, który przed rokiem zanotował przeszło 1000 jardowy sezon. Tyle że wcześniaczej przez osiem lat złapał piłki na w sumie 600 jardów. A jeśli twoimi podstawowymi opcjami na WR są konwertowany quarterback i rookie to raczej trudno liczyć, że nagle okażą się odpowiednio Julianem Edelmanem i Odellem Beckhamem.

Defensywa… Hmm… Jest szansa, że nie będzie tak słaba jak ostatnie formacje obronne Saints i to właściwie tyle z pozytywów. Największą gwiazdą jest CB Joe Hayden, tyle że borykający się z kontuzjami i grający w niekorzystnym schemacie ofensywnym Hayden miał przed rokiem najsłabszą notę na Pro Football Focus ze wszystkich CB w lidze. Pozostaje nadzieja, że pozytywnie zaskoczy któryś z licznych debiutantów.

Browns znów są kandydatami do picku #1 w drafcie 2017. Drużyna zaczęła iść w lepszym kierunku. Front office zasiało ziarno na ugorze, teraz trzeba poczekać minimum dwa sezony, by zobaczyć co wyrośnie.

 

Mój typ: Po zaciętej walce to Steelers wygrają dywizję, a Bengals będą musieli zadowolić się drugim miejscem i dziką kartą w playoffach. Ravens znów na trzeciej pozycji, ale z lepszym bilansem, a Browns w okolicy #1 w przyszłorocznym drafcie.

 

ZOBACZ TEŻ:

NFL przed sezonem 2016: AFC East

Sezon NFL zbliża się wielkimi krokami. To oznacza pięć miesięcy nieprzespanych nocy i ciężkich poniedziałkowych poranków, ale chyba każdy z nas (i każda z nas) jest gotów zapłacić taką cenę. Zaczynamy 8 września rewanżem za Super Bowl 2016, a pierwsza pełna niedziela meczów już 11 września. A skoro do rozpoczęcia sezonu tylko trzy tygodnie, zaczynamy przedsezonowy przegląd ligi.

Jak zwykle zaczynam od AFC East, gdzie od lat dominują New England Patriots i nic nie wskazuje, by miało się coś zmienić.

 

New England Patriots

NFL AFC EastTym co przykuwało w offseson największą uwagę kibiców w Nowej Anglii nie były transfery, ale echa Deflategate, czyli afery, która wreszcie znalazła swoją konkluzję po kilkunastu miesiącach. Tom Brady, po niekorzystnym dla siebie wyroku sądu powszechnego, postanowił nie odwoływać się i przyjąć karę nałożoną przez komisarza ligi, Rogera Goodella.

(Warto nadmienić, że wyrok sądu nie dotyczył tego, czy Brady jest winny, ale tego, czy Goodell mógł nałożyć takie a nie inne kary w świetle podpisanego w 2011 r. CBA, czyli zbiorowego układu pracy)

Więcej o Deflategate: Czy kary dla New England Patriots odpowiadają winie?

W efekcie Tom Brady nie zagra w pierwszych czterech meczach sezonu zasadniczego, a będę to kolejno: @ARI, MIA, HOU, BUF. Nawet bez Brady’ego Pats spokojnie powinni wystartować 2-2 lub nawet 3-1, a kiedy ich QB wróci, reszta AFC East raczej nie będzie stanowiła poważnego zagrożenia. Kibice i włodarze Patriotów mogą nawet być zadowoleni z takiego rozwoju sytuacji, bo pozwoli to na test w warunkach bojowych dla Jimmiego Garoppolo, rezerwowego QB, wziętego w drugiej rundzie draftu 2014. Warto zauważyć, że Garoppolo ma jeszcze dwa lata ważnego kontraktu, więc jeśli błyśnie, to Patriots mogą wziąć za niego w wymianie spory kapitał, podobnie jak w 2009 r. za Matta Cassela, kiedy to dostali #34 w drafcie.

Poza tym najciekawszą transakcją Pats było oddanie do Arizony ich najlepszego pass rushera Chandlera Jonesa. Ma to niewątpliwie związek z kończącymi się po sezonie kontraktami czołowych graczy ich defensywy, w tym Jonesa właśnie. W zamian do Nowej Anglii trafił utalentowany, ale wiecznie kontuzjowany OG Jonathan Cooper oraz #61 w drafcie, który Pats wymienili na dwa niższe picki. W efekcie za Jonesa NE mają dwóch OG i WR, a obaj debiutanci zbierają świetne recenzje na campie.

W tej sytuacji za pass rush odpowiadać będę głównie Jabaal Sheard i ex-Ram Chris Long oraz drugoroczniak Trey Flowers. Ogromnym ciosem dla drużyny jest zerwany triceps Roba Ninkovicha, wszechstronnego i bardzo niedocenianego gracza front seven. Na środku pojawi się nowa twarz w postaci Terrance’a Knightona, bardzo solidnego, penetrującego DT.

Korpus linebackerów i DB pozostaje bez większych zmian, ale to dla Pats akurat dobrze. Do grona DB dołaczył #60 draftu, Cyrus Jones, najwyższy pick NE w tym roku (wybór z pierwszej rundy został im odebrany jako element kary za Deflategate).

W ataku największą słabością NE była fatalna linia ofensywna. Tu, poza wzmocnieniami, kluczowy będzie powrót do zdrowia obu kontuzjowanych OT oraz legendarnego szkoleniowca Dante Scarnecchii, którego wobec dramatu na tej pozycji Bill Belichick ściągnął po dwóch latach z powrotem z emerytury. Linia ofensywna może nie jest „glamour”, ale to kluczowa formacja w ofensywie i to właśnie dobrej ochrony dla Brady’ego zabrakło, by Pats ponownie zameldowali się w Super Bowl.

Kiedy Brady wróci może być ciekawie, bo Patriots wzmocnili korpus reciverów. Na pozycji TE do Gronka dołączył Martellus Bennett. To oznacza zapewne, że zobaczymy najwięcej formacji z dwoma TE odkąd Aaron Hernandez poszedł siedzieć. Na WR drużynę wzmocnił Chris Hogan, który spędził trzy ostatnie sezony jako rotacyjny gracz w Bills. Dodatkowo grę podaniową powinien wzbogacić powrót Diona Lewisa, który, choć nominalny RB, groźniejszy jest gdy łapie podania, niż gdy biegnie z piłką.

Pats dominują w AFC East od półtorej dekady i nic nie wskazuje, by w tym roku miało się to zakończyć.

 

New York Jets

Przed rokiem Jets byli o krok od pierwszego awansu do playoffów od pięciu lat. Dopiero porażka w ostatniej kolejce z grającymi o pietruszkę Buffalo Bills pod wodzą Rexa Ryana wypchnęła ich z postseason. Jednak w pierwszym sezonie pod wodzą Todda Bowlesa wypracowali dodatni bilans po raz pierwszy od roku 2010, więc tym razem będą chcieli pójść o krok dalej, zwłaszcza że ich skład niewiele się zmienił.

Najważniejsza zmiana nastąpiła na jednej z newralgicznych pozycji: LT. Na zasłużoną emeryturę przeszedł D’Brickashaw Ferguson, a zastąpi go Ryan Clady. Zdrowy Clady to jeden z czołowych tackli ligi, tyle że dwa z trzech ostatnich sezonów stracił przez kontuzje, a tuż przed rozpoczęciem rozgrywek skończy 30 lat.

Za o-line znów zobaczymy Ryana Fitzpatricka, który długo nie chciał podpisać rocznego kontraktu, który oferowali mu Jets, ale w końcu się ugiął. Pytanie czy po stracie większości okresu przygotowawczego będzie równie efektywny jak przed rokiem? Do łapania podań wciąz ma Brandona Marshalla i Erica Deckera. Dodatkowo nowojorczycy pozyskali Matta Forte, z którym niezbyt elegancko pożegnano się w Chicago. Forte to niezły passing back, więc jeśli ma jeszcze paliwo w baku, to może stanowić duże wsparcie dla Fitzpatricka.

Jednak o sile Jets decyduje przede wszystkim defensywa. Tu się wiele nie zmieniło, by nie powiedzieć, że nic. „Gang Green” wciąż dysponuje jedną z najlepszych d-line w lidze, opartą na Muhammadzie Wilkersonie (ze świeżym kontaktem na 86 mln/5 lat) i Sheldonie Richardsonie. Nieco gorzej jest dalej. Linebackerzy to dość bezbarwna grupa, a DB to Darelle Revis i długo, długo nic. Oczywiście Revis to wciąż czołowy cornerback w lidze (choć szczyt kariery ma już chyba za sobą), ale mimo wszystko nietrudno go unikać, jeśli reszta secondary Jets gra słabo, co się zdarza zdecydowanie zbyt często jak na zespół o takim potencjale.

Ciężka sytuacja Jets z salary cap nie pozwoliła na większe wzmocnienia, więc zobaczymy niemal tą samą drużynę co przed rokiem (plus debiutanci). Jest tu spory potencjał, ale brak głębi składu i każda kontuzja może oznaczać poważne problemy dla nowojorczyków.

 

Buffalo Bills

W tym sezonie do HC Rexa Ryana dołączył jego brat Rob (jako koordynator defensywy). To oznacza, że Bills raczej nie będą grali lepszego futbolu. Ba, mogą grać nawet gorszy, bo trudno zapomnieć o totalnej katastrofie jaką była postawa prowadzonej przez Roba defensywy New Orleans Saints. Niezależnie jednak od ich postawy sportowej, możemy się spodziewać barwnych komentarzy, ciekawych wydarzeń na sidelinie i masy flag na boisku. W zeszłym roku Bills byli liderami NFL tak w ilości przewinień (168 flag, w tym 143 przyjęte), jak i straconych w ten sposób jardów (1249). W tym roku liczba kar za niesportowe zachowanie i różne przewinienia osobiste powinna jeszcze wzrosnąć, ku uciesze wszystkich rywali.

Cóż, Bills raczej nie są faworytami nadchodzącego sezonu, jak zresztą wielu poprzednich. Kiedy ostatni raz grali w playoffach, Sammy Watkins zaczynał podstawówkę. Są jedynym zespołem NFL, który w XXI wieku nie zagrał w postseason (tak, nawet Jaguars i Browns grali w playoffach).

Bills, w przeciwieństwie do Jets mieli trochę wolnego miejsca pod czapką płacową, ale nie na tyle, żeby poszaleć na rynku wolnych agentów. Muszą też przełknąć 7 mln martwych dolarów po zwolnieniu Mario Williamsa, który nie pasował do koncepcji Rexa Ryana i psuł atmosferę w szatni. (Mario pozostał w AFC East, o czym za chwilę)

Najważniejszym ruchem Buffalo było podpisanie nowej umowy z Tyrodem Taylorem. Rozgrywający kompletnie nie pasuje do wyobrażeń o typowym quarterbacku z NFL, ale w zeszłym roku robił naprawdę solidną robotę. Dostał pięcioletni kontrakt, choć tak naprawdę jest to kontrakt typu Colina Kaepernicka, czyli umowa, którą co sezon klub może rozwiązać bez większych konsekwencji finansowych. Jednak nawet gwarantowana, tegoroczna część umowy to niemal trzykrotnie więcej, niż Taylor zarobił przez ostatnie pięć lat, więc chyba nie ma powodów do narzekań.

Przed nim linia ofensywna, niezmieniona od zeszłego roku. Ciekawe czy jak przed rokiem lewa strona będzie niezachwianą skałą, a prawa dziurawym serem szwajcarskim? Podania od Taylora łapał będzie Sammy Watkins i… no właśnie, kto? Robert Woods wciąż nie gra na miarę swojego potencjału (#41 draftu 2013), ale i tak jego 500 jardów na sezon to więcej niż mogą się pochwalić inni reciverzy. Na RB wraca LeSean McCoy, który chyba nie do końca odnajduje się w schemacie biegowym Bills. Towarzyszyć miał mu Karlos Williams, ale dziś Bills go zwolnili. W tej sytuacji drugim RB jest Reggie Bush. Powodzenia.

W defensywie bez Mario Williamsa Bills mogą mieć sporo problemów z pass rushem. Są tego świadomi, więc ich najwyższym wyborem w drafcie był Shaq Lawson, uważany za czołowego pass rushera w tym roczniku, ale z debiutantami nigdy nic nie wiadomo. Problemy mogą mieć zwłaszcza w pierwszej ćwiartce sezonu, bo Marcel Dareus został zawieszony na cztery spotkania za „nadużycia substancji” i poszedł na odwyk.

Nieźle zapowiada się za to secondary. Stephon Gilmore to jeden z tych świetnych cornerbacków, o których nigdy nie słyszeliście, a Ronald Darby zdobył nagrodę defensywnego debiutanta sezonu w zeszłym roku i jeśli będzie grał równiej, to może dołaczyć do elity na swojej pozycji.

Mecze Bills zapowiadają się ciekawie, pewnie zaliczą kilka głupich wpadek, pokrzyżują plany kilku faworytom i skończą znowu w okolicy ośmiu zwycięstw.

 

Miami Dolphins

Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle. Dolphins nie wygrali w XXI w. ani jednego meczu w playoffach, od roku 2008 nie skończyli sezonu zasadniczego na plusie, a w zeszłym roku kompletnie się posypali. Już po czterech meczach z pracy wyleciał HC Joe Philbin. Zastąpił go Dan Campbell, którego również już nie ma na Florydzie. Swoją szansę jako trener dostał Adam Gase, który wyróżnił się jako koordynator ofensyw Denver Broncos i Chicago Bears pod wodzą Johna Foxa.

W Miami liczą zwłaszcza na jego pracę z rozgrywającymi, bo po obiecujących pierwszych sezonach, poprzedni rok to regres w grze Ryana Tannehilla. Trudno jednak, by czynił postępy, jeśli ma przed sobą nierówno grającą o-line, choć nieco namieszały tu urazy. W tym roku tę formację ma wzmocnić #13 draftu, Laremy Tunsil, który przez pewien czasy był uważany za kandydata do #1.

Tannehill będzie podawał do grupy utalentowanych WR-ów. Jarvis Landry, DeVante Parker i Kenny Stills to uzdolnieni zawodnicy, ale brakuje tu trochę doświadczenia. Tymczasem Gerg Jennings zakończył karierę, a Rishard Matthews odszedł do Tennessee. Potencjał ma też TE Jordan Cameron, o ile będzie grał jak w sezonie 2013, a nie jak przez ostatnie dwa lata. Zobaczymy jak to wszystko przełoży się na boisko.

Ogromna odpowiedzialność spoczywa na Tannehillu i jego reciverach również dlatego, że w Miami nie ma już Lamara Millera, który przeniósł się do Houston. W jego miejsce z… Houston przyszedł Arian Foster. Wielkie nazwisko, ale sam zawodnik stracił dwa z trzech ostatnich sezonów z powodu urazów, a 30-letni RB po poważnych kontuzjach nie należą do najbardziej rozchwytywanych zawodników. W tej sytuacji nie wiadomo co Dolphins zdołają wykrzesać z gry biegowej.

Linia defensywna jeszcze niedawno była najlepszą formacją Dolphins. Na papierze Ndamukong Suh, Cameron Wake i Mario Williams to wciąż straszna siła. Tyle że Wake ma 34 lata i wraca po zerwaniu ścięgna Achillesa, Williams jest cieniem dominującego pass rushera z początków swojej kariery w Houston, a Suh, jakkolwiek gra bardzo dobrze, swoim monstrualnym kontraktem uniemożliwia dalsze wzmocnienia.

Za ich plecami jest jeszcze gorzej. Z Philadelphii zostali ściągnięci Kiko Alonso i Brandon Maxwell. Maxwell to solidny cornerback, ale nie wart kolosalnych pieniędzy, jakie zarabia. Z kolei Alonso, po fenomenalnym debiutanckim sezonie w Buffalo, nie może do siebie dojść po kolejnych kontuzjach.

W Miami więcej znaków zapytania niż odpowiedzi i jeśli Gase nie zdziała cudów, to fanów Delfinów czeka kolejny długi sezon.

 

Mój typ: Dywizja dla Patriots, Jest do ostatniej chwili powalczą o playoffy, ale ich sezon pokrzyżują kontuzje. Bills w okolicy 50%, a Dolphins są moimi kandydatami do wysokiej pozycji w drafcie 2017.

 

ZOBACZ TEŻ:

PLFA: Koniec nudnego sezonu

Weekendowym meczem barażowym między Kozłami Poznań i Outlaws Wrocław zakończyła swoje rozgrywki Topliga. W PLFA I zostały już tylko baraże o utrzymanie. Choć wciąż gra PLFA II i ósemki w formacie seniorskim i juniorskim, powoli możemy zacząć podsumowywać ten sezon z perspektywy Topligi i PLFA I. Zapraszam na mój subiektywny wybór plusów i minusów.

Niestety ten sezon nie zachwycił i był jednym z nudniejszych, które pamiętam, jeśli nie najnudniejszym. Ale żeby nie było, że tylko narzekam, najpierw to, co mi się w tym sezonie podobało.

 

Plusy

  1. IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenPanthers Wrocław z mistrzostwem IFAF Champions League. Niezależnie od tego, jak oceniamy tegoroczne rozgrywki krajowe, na arenie międzynarodowej Pantery osiągnęły fantastyczny sukces. Zasłużona wygrana w rywalizacji z zagranicznymi klubami pokazuje, że nasz futbol amerykański poziomem dołącza do europejskiej średniej, a przede wszystkim cały czas rośnie. Można marudzić, że to słabszy puchar niż BigSix Europe, można narzekać, że sukcesy Celticu i Rangersów w europejskich pucharach w kopaną nie oznaczały, że szkocka liga była silna. Niemniej triumf wrocławian pokazał całej Europie, że PLFA to nie jest pocieszny młodszy brat, tylko liga, w której robią dobrą robotę.
    Czytaj więcej: Panthers Wrocław wygrali Ligę Mistrzów!
  2. Statystyki! Przeszło to jakoś zupełnie bez echa i część z Was pewnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale od tego sezonu mamy pełne statystyki z każdego meczu Topligi! (Z nieznanych dla mnie przyczyn nie ma tylko z Superfinału) Mamy nie tylko cyferki z meczów, ale i wartości zbiorcze, dla każdej drużyny, liderów ligowych i wszystko o czym do tej pory mogliśmy tylko pomarzyć. Do poprawy jest niezbyt czytelna i wygodna forma prezentacji, ale merytorycznie ma to ogromną wartość. Znajdziemy nie tylko jardy, skuteczność podań itp, ale statystyki defensywne, łącznie z liczbą tackli, fumbli itp., wszystkie wartości ze special teams, a nawet pokazanie, jak w danej dziedzinie gry radzą sobie przeciwnicy danej drużyny. Po prostu mega!
    Z tego miejsca ogromne podziękowanie dla wszystkich, którzy te statystyki przygotowują. To masa ciężkiej, niewdzięcznej roboty, wymagającej naprawdę fachowej wiedzy. Pracy ogrom, a chwała żadna, bo czy kto z Was wie, kto robił te statystyki? Mała podpowiedź: ich nazwiska znajdziecie w raportach meczowych zaraz po nazwiskach sędziów. Jeszcze raz dzięki naszym statystykom, a efekty ich pracy możecie obejrzeć w Centrum Statystyk PLFA. Polecam.
  3. Beniaminkowie PLFA I. W sezonie 2015 trzech z czterech beniaminków PLFA I spadło z powrotem do PLFA II. Wyjątkiem byli Seahawks Sopot, którzy dopiero w finale ulegli Kraków Kings. W tym cała trójka beniaminków… zagrała w półfinałach. Outlaws Wrocław, Warsaw Dukes i Gliwice Lions nie tylko włączyli się do walki w wyższej lidze, ale nadawali jej ton przez cały sezon. W grupie północno-zachodniej Dukes i Outlaws grali, jakby to wciąż była PLFA II, na południowym wschodzie Lions z sukcesami odprawili w walce o półfinał Rebelsów. Przed rokiem pojawiły się sugestie, że PLFA I jest za bardzo skostniała i za mocna na drużyny z PLFA II. Nic bardziej mylnego.
  4. Przetasowania na styku Topliga – PLFA I. Nie od dziś wiemy jak gigantycznym skokiem sportowym i organizacyjnym jest dołączenie do Topligi. Przez ostatnie trzy sezony mieliśmy tylko dwóch beniaminków. teraz będziemy mieli kolejnych dwóch i ośmiozespołową Topkę. Można powątpiewać, czy Outlaws Wrocław podołają organizacyjnie, ale zarząd klubu zapewniał mnie, że dadzą radę. Sportowo są gotowi. Falcons mają nawet papiery, by namieszać w czołówce, a’la Lowlanders 2015 i 2016.
    Na plus należy też zapisać spadek Kozłów. Mam duży szacunek do tej zasłużonej ekipy, ale sportowo od dwóch lat kompletnie nie pasują do najwyższego poziomu rywalizacji. Zobaczymy jaki będzie ich dalszy los. Najrozsądniej wyglądałaby fuzja z Patriotami i walka w PLFA I, ale zdaję sobie sprawę, że jest tutaj dużo czynników pozasportowych, które stoją na przeszkodzie.
  5. Lowlanders Białystok. Koronny dowód na to, że Toplidze dobrze robi świeża krew. W tym sezonie zrobili kolejny krok do przodu, pewnie pokonali Eagles i zabrakło im jedynie kropki nad „i”, by sensacyjnie wyeliminować Seahawks Gdynia w półfinale (najpierw nie potrafili spalić zegara w końcówce czwartej kwarty, a potem pozwolili gdynianom przemaszerować całe boisko w 1,5 minuty). Niemniej pewne zwycięstwo nad Warsaw Eagles zdecydowanie postawiło ich w roli trzeciej siły w krajowym futbolu amerykańskim. Zobaczymy jak będzie dalej, zwłaszcza że wszystko wskazuje, że z drużyną w kiepskim stylu pożegna się rewelacyjny Jabari Harris.
  6. Box Videos. Wreszcie doczekaliśmy się na magazyn ligowy z highlightami kolejki. Denis Czarzasty, Dawid Biały i reszta ekipy odwalają niesamowity kawał roboty, z kolejki na kolejkę lepszy. Szkoda, że nie pod auspicjami ligi, ale nie można mieć wszystkiego. Polecam polajkować profil BoxVideos na Facebooku.

 

Minusy

  1. Nuuuudy! Niestety nasza liga jest jedną z najnudniejszych w Europie. O ile za pewną niespodziankę można uznać dobrą postawę beniaminków PLFA I (patrz wyżej), o tyle po ustaleniu hierarchii także na zapleczu Topligi wiało nudą. Ile wyników z ręką na sercu możemy uznać za niespodzianki? Wygrana Kings w Krakowie nad Lions? Zwycięstwo Seahawks Gdynia we Wrocławiu? W Topce zwycięstwami w sezonie zasadniczym podzielili się Panthers i Seahawks, w PLFA I Oulaws i Dukes. Poza tymi dwiema parami oraz wspomnianą porażką Lions, zespoły wyżej notowane wygrały komplet spotkań z tymi notowanymi niżej.
    Jednak najgorsze były blowouty. Futbol to sport, w którym blowouty się zdarzają. Trochę szkoda pogromu w finale, bo ten mecz oglądało pewnie trochę „niedzielnych” kibiców, ale sam blowout w finale nie byłby specjalnym powodem do niepokoju (patrz Super Bowl 2014).
    Niestety blowouty w Toplidze i PLFA I to norma, nie wyjątek. Jeśli śledzicie mój profil Facebookowy to na pewno zauważyliście, że w ciągu sezonu wrzucałem statystyki związane z liczbą zaciętych meczów. Jak to wygląda na koniec sezonu? Zaledwie sześć meczów sezonu zasadniczego  w Topce i PLFA II zostało rozstrzygniętych różnicą jednego przyłożenia (8 pkt. lub mniej), kolejne sześć różnicą dwóch przyłożeń (9-16 pkt.). Aż pięć z tych dwunastu spotkań to mecze Seahawks Gdynia, którzy dostarczali kibicom zdecydowanie najwięcej emocji.
    Z drugiej strony aż 32 spotkania kończyły się różnicą +35 pkt. Wyglądałoby to jeszcze gorzej, gdyby nie moja arbitralna decyzja, żeby za jedno posiadanie uznać 8 pkt. (z reguły liczy się je jako 7 pkt.), a za blowout mercy rule (normalnie +20 można uznać za blowout).
    Nie tylko liczby zawieszone w próżni wyglądają fatalnie, ale i ich porównanie do ościennych lig. Oczywiście nie ma się co równać z NFL, bo tam masa mechanizmów nam niedostępnych (draft, salary cap, dystrybucja dochodów) obliczona jest na wyrównanie poziomu. Ale wziąłem również na warsztat niemiecką GFL, czeską ČLAF i austriacką AFL. We wszystkich ligach wziąłem pod uwagę dwa najwyższe poziomy rywalizacji i wyłącznie sezon zasadniczy. Oto wynik w formie tabelarycznej i graficznej:
    PLFA 2016PLFA 2016Mam nadzieję, że ruch klubów między ligami nieco zmieni te proporcje. Jednak to nie wystarczy. Czas już chyba spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie, że w jedenastkach gramy na poważnie, bawić się można w ósemkach. W wielu miastach namnożyło się po prostu za dużo klubów. Jestem w stanie zrozumieć zawodnika, który chce grać, a nie grzać ławę, bo to jego jedyna nagroda za ciężkie, pełne wyrzeczeń treningi. Ale to prowadzi do sytuacji jak Kozły Poznań 2015 i 2016.
    Czas chyba na kolejne fuzje. Jeśli Devils i Giants potrafili pogodzić różnice między nimi, to czemu nie miałoby się tak stać w przypadku klubów warszawskich, poznańskich czy szczecińskich? Oczywiście nie chodzi tu o wprowadzenie zasady „jedno miasto, jeden klub”, bo najwyraźniej Wrocław czy Trójmiasto są w stanie zapewnić odpowiedni poziom sportowy z dwoma. Ale właśnie, dwoma, a nie trzema. Warszawa to potężny rynek, ale tylko w jedenastkach mamy tam cztery kluby plus dwa w aglomeracji (Wyszków i może trochę na wyrost zaliczam do tego Radom), co odbija zwłaszcza na Orłach, które od kilku lat tracą kontakt z krajową czołówką.
    Innym sposobem na wyrównanie poziomu jest ruch zawodników z niżej notowanych klubów do tych lepszych. Rafał Rogaczewski, Jakub Mazan i Bartek Trubaj to tylko trzy przykłady diamentów, które można tak wyłowić. Ale tu na drodze stają kompensacje, które takie ruchy utrudniają, choć niewątpliwie stanowią dla macierzystych klubów pewne zabezpieczenie.
    Tak czy inaczej, jeśli ponad 80% meczów nie towarzyszą niemal żadne emocje, to nie ma co liczyć na przyciągnięcie fana. I tu dochodzimy do drugiego punktu.
  2. Frekwencja. Zostawmy Superfinały. Na zwykły mecz Topligowy przychodzi ok. 500 osób, nawet mniej. Jeśli odejmiemy juniorów, skład B oraz rodziny i przyjaciół zawodników, to kibiców niezwiązanych osobiście z klubem będzie maksymalnie 200-300. Na tym nie da się budować ligi. Potencjał niewątpliwie jest. We Wrocławiu na Ligę Mistrzów przychodziło ok. 2-3 tys. ludzi i, w przeciwieństwie do Superfinałów, nie wiązało się to z jakąś mega mobilizacją całego środowiska. Przytłaczająca większość to miejscowi fani. Ale to wymaga emocjonującego produktu i przyzwoitego stadionu. Z całym szacunkiem, ale nie mam ochoty tracić trzech godzin z weekendu na oglądanie meczu Panthers – Kozły na stadionie przy Niskich Łąkach, gdzie trybuny ustawione są tak, że nie widać 1/4 boiska. Nie mam dobrego pomysłu jak to zmienić, ale najwyraźniej o ile poziom sportowy i organizacyjny drużyn idzie w górę, o tyle całość nie stanowi na tyle dobrego produktu, by przypadkowego kibica zatrzymać na dłużej.
  3. Transmisje. Wiele razy o tym mówiłem i pisałem. Muszą być transmisje na żywo ze wszystkich spotkań. Kibic (i sponsor!) musi wiedzieć, że może ten mecz obejrzeć z każdego miejsca na świecie. Tymczasem nawet w Topce zdarza się brak transmisji albo przekaz w jakości „białe piksele gonią niebieskie”.
  4. #pozdrodlakumatych. Albo #cicomajawiedziecwiedza. To kolejny aspekt, który nieco odrzuca kibica „Janusza”. PLFA stanowi dość hermetyczne, zamknięte środowisko, do którego trudno się dostać. Widać to szczególnie na facebookowych „Pasjonatach Futbolu Amerykańskiego”, gdzie gracze często lekceważą „głupie” pytania niedzielnych kibiców albo debatują między sobą na tematy, których zwykły kibic nie rozumie. Radek Gołąb z USSports.pl też ostatnio narzekał, że trudno wydostać od klubów jakiekolwiek informacje.
    W tym przypadku kibic to klient, który ma prawo czuć się dopieszczonym. Warto byłoby choćby częściej aktualizować strony internetowe, a nie tylko facebookowe profile czy publikować werdykty Komisji Dyscyplinarnej na stronie PLFA. Nie mówię tu nawet o protokołach, ale fajnie, gdyby przeciętny kibic mógł się zorientować kto został zawieszony i dlaczego z oficjalnych kanałów, a nie mniej lub bardziej wiarygodnych plotek z internetu. To oczywiście tylko przykłady, ale kibic musi się poczuć częścią społeczności ligowej, a nie intruzem. Także „Janusz”, który na mecz przyjdzie z galerii handlowej, zapije hot doga piwem i nie odróżnia holdingu od bloku w plecy.

Większość sezonu 2016 za nami. Pozostaje nam emocjonować się PLFA II i mieć nadzieję, że za rok będzie lepiej, czego sobie i całemu futbolowemu środowisku z całego serca życzę.

Panthers Wrocław wygrali Ligę Mistrzów!

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenByło nerwowo, Pantery znów przespały trzecią kwartę, ale udało się. Po kolejnym dobrym meczu przy Oporowskiej Panthers Wrocław pokonali Milano Seamen 40:37 i sięgnęli po triumf w IFAF Champions League!

Finał Ligi Mistrzów zaczął się idealnie po myśli Wrocławian. Już w pierwszej akcji meczu E.J. White puścił 79-jardową bombę na przyłożenie do Tomka Dziedzica. W tej akcji zaspała secondary Seamen. To o tyle dziwne, że mediolańczycy ewidentnie zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie niosą dalekie piłki do Dziedzica i Patryka Matkowskiego. Niemal każdy defensywny snap grali z dwoma safety, czasem w wariancie Cover 2, czasem wręcz Cover 4 (czterech cofniętych DB), a czasami z jakimiś wariacjami na temat.

Goście odpowiedzieli w następnej serii ofensywnej. Garret Safron podał na przyłożenie do Filippo Fiammenghiego. Wydawało się, że będzie to bardzo trudny dzień dla defensywy Panter, zwłaszcza że na samym początku stracili Adama Larego, który doznał jakiegoś urazu ręki lub ramienia. Dołączył do innych kontuzjowanych defensorów wrocławian: CB Karola Mogielnickiego i SS/LB Pawła Świątka. Lary co prawda wrócił na chwilę w drugiej połowie, ale nie przypominał tego zawodnika, który dzielił i rządził w półfinale przeciwko Danube Dragons.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenReszta pierwszej połowy należała do gospodarzy. Świetnie funkcjonowała gra podaniowa i E.J. White podał jeszcze na trzy przyłożenia. Jedno złapał Tomek Dziedzic, drugie Bartosz Dziedzic, ponownie występujący jako skrzydłowy, a jedno Matkowski. Szkoda tylko, że przy przyłożeniu Matkowskiego fatalny błąd popełnili sędziowie. W tej akcji falstart popełnił Konrad Starczewski. I to falstart tak ewidentny, że w oczekiwaniu na flagę stanął zarówno wrocławski fullback, jak większość defensorów zeszłorocznego mistrza Włoch. Jednak sędziowie nie rzucili flagi, a gdy goście popędzili do nich ze słusznymi pretensjami, zarobili jeszcze 15-jardową karę za niesportowe zachowanie.

Panthers zdecydowanie dominowali w defensywie, a mediolańczycy nie radzili sobie z naszym duetem skrzydłowych. Dodatkowo nieźle wyglądała gra special teams, która z reguły dawała Panterom bardzo dobrą pozycję startową. W formacji defensywnej Adama Larego zastąpił Tomasz Kamiński, który do tej pory nie miał za wiele okazji, by grać na najwyższym poziomie. Jednak wepchnięty na główną scenę spisywał się wyśmienicie. Może nie idealnie, ale jednak lepiej niż grający po drugiej stronie, znacznie bardziej doświadczony, Mikołaj Cieśla.

Prowadzenie mistrzów Polski mogłoby być nawet wyższe, ale kapitalnym przechwytem we własnym endzone popisał się David Guthrie, który w niespotykany na europejskich boiskach sposób przeczytał podanie E.J. White’a. Dodatkowo kiedy zegar odmierzający czas gry pokazał 0:00 piłka przeleciała między słupami po 41-jardowym kopnięciu Stefano Di Tunisiego, nominalnego skrzydłowego.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenNiemniej przewaga 27:10 do przerwy wydawała się bezpieczna, a Dawid Biały (pozdrawiam!) zaczął już koronować Pantery na „mistrzów Europy”. Za wcześnie.

Podobnie jak w piątek, trzecia kwarta okazała się najsłabszą w wykonaniu wrocławian. Na pierwsze przyłożenie Włochów Polacy jeszcze odpowiedzieli przyłożeniem Wiktora Zięby po podaniu White’a. Jenak dwa kolejne zdobyli goście i nagle przewaga wrocławian stopniała do zaledwie trzech punktów (34:31).

Trudno powiedzieć, by coś się nagle załamało w grze Panthers. To raczej Seamen zaczęli grać znacznie lepiej. Przede wszystkim pomogło odejście od upartego, siłowego biegania przez środek. Świetnie funkcjonowała gra podaniowa, a wysocy, fizyczni reciverzy mediolańczyków łapali piłki nierzadko w dobrym, ciasnym kryciu defensywy, czasami naprawdę w ekwilibrystyczny sposób.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenNa szczęście w czwartej kwarcie zaczęło się od kolejnej bomby White’a do Matkowskiego. Goście zdołali jeszcze zdobyć TD na 4 minuty przed końcem meczu i ponownie zmniejszyli straty do trzech punktów. Jednak potem Konrad Starczewski spokojnie połykał jardy i sekundy kolejnymi biegami. Być może Seamen zdołaliby jeszcze odzyskać piłkę, gdyby mądrzej gospodarowali timeoutami, ale jednak ofensywie wrocławian udało się „spalić” zegar do końca i mogliśmy się cieszyć z wygranej IFAF Champions League.

W barwach wrocławian wyróżnić należy zwłaszcza obu reciverów: Patryka Matkowskiego i Tomasza Dziedzica. W drużynie gości kapitalne spotkanie rozegrał David Guthrie, który szalał we wszystkich trzech formacjach: obrony (przechwyt, sporo tackli), ataku (kilka złapanych piłek, w tym TD) oraz w special teams (kilka niezłych akcji powrotnych).

Mówienie, że Panthers są „mistrzami Europy” jest trochę na wyrost. Mamy Big6 Europe, czyli te najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe, jest też European Football League, minimalnie silniej obsadzona niż IFAF Champions League. Jednak dzisiejsza wygrana Panthers to historyczny sukces nie tylko tej drużyny, ale i całego krajowego futbolu amerykańskiego.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenJeszcze kilka lat temu Czesi czy Austriacy bezlitośnie obijali nasze drużyny w europejskich pucharach. Dziś to nasi reprezentanci obijali te ekipy. Panthers pokazali, że rozwój futbolu w Polsce to nie tylko napompowana bańka. Nie tylko gonimy Europę, ale już dogoniliśmy. Daleko nam jeszcze do Niemców, wciąż poza zasięgiem jest liga austriacka czy francuska (jako całość, Panthers w obu ligach zapewne daliby sobie radę). Ale wrocławianie pokazali, że z PLFA trzeba się liczyć. Polacy przestali być młodszym braciszkiem, który pierwszy raz założył pady i tak uroczo usiłuje tacklować, a stali się pełnoprawnym uczestnikiem europejskich pucharów. Przed sezonem pisałem, że udział Panthers w IFAF Champions League pokaże, gdzie jest nasz klubowy futbol na tle Europy. Jest wysoko. Wciąż nie na szczycie, ale to był kolosalny krok. Na pewno największy międzynarodowy sukces w historii polskiego futbolu.

Ogromne gratulacje dla Panter. Zagrali trzy mega ciężkie i fizyczne mecze w ciągu ośmiu dni. To byłoby ciężkie nawet dla piłkarzy czy koszykarzy. W futbolu amerykańskim takie obciążenie jest zabójcze. Było to widać po ilości urazów w drużynie wrocławskiej. Jednak właśnie o takich sezonach marzono we Wrocławiu, gdy łączyły się Devils i Giants. Panthers na pewno nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, ale na razie niech cieszą się sukcesem. Stworzyli historię, a ja jestem dumny, że mogłem być tego świadkiem.

Panthers Wrocław w finale IFAF Champions League

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsPo emocjonującym meczu stojącym na bardzo wysokim poziomie, Panthers Wrocław pokonali Danube Dragons 49:34 i awansowali do finału Ligi Mistrzów IFAF!

Kiedy pierwsze, nieśmiałe europejskie wojaże naszych drużyn kończyły się wysokimi porażkami, trudno było marzyć o takim sukcesie. A jednak nasz futbol amerykański wykonał w ostatnich latach niebywały postęp. Już pierwsze zwycięstwo w tegorocznej IFAF Champions League nad Triangle Razorbacks stanowiło historyczny sukces. Ale dziś we Wrocławiu wszyscy marzą o wygraniu tych rozgrywek Pozostał tylko jeden mecz.

Piątkowe spotkanie półfinałowe z Danube Dragons miało wszystko, co lubią fani futbolu amerykańskiego. Świetne akcje indywidualne i zespołowe po obu stronach piłki, wysoką intensywność, dużo punktów i masę emocji.

Zaczęło się od wymiany ciosów z obu stron. Początkowo Panthers mieli sporo problemów z atletycznymi i dobrze penetrującymi defensywnymi liniowymi Smoków. Od początku zatrzymywali biegi Konrada Starczewskiego i wywierali presję na wrocławskiego QB, EJ White’a. Po drugiej stronie szalał amerykański rozgrywający gości, Alexander Good, kilka niezłych biegów zaliczył też RB Florian Pos. Wrocławianie dość szybko dopadali do obu graczy, jednak mieli spore problemy z ich powaleniem, zwłaszcza w przypadku stosunkowo drobnego, ale bardzo szybkiego i zwrotnego Gooda.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsPo pierwszej kwarcie było 7:10 dla gości i zapowiadało się na bardzo wyrównany mecz. Jednak druga kwarta to piorunujące uderzenie Panter. Sygnał do ataku dały special teams. Po przyłożeniu wrocławian i błędzie gości na kickoffie, Dragons zaczynali swoją serię ofensywną bardzo blisko własnego pola punktowego. Bardzo dobra postawa obrony gospodarzy wymusiła punt. Zły snap i zgubioną piłkę nakrył w polu punktowym Wiktor Zięba, po raz pierwszy dając Panterom przewagę dwóch posiadań (21:10). Goście zdołali odpowiedzieć kopnięciem z pola, ale potem to wrocławianie zdobyli kolejne dwa przyłożenia i po pierwszej połowie mieliśmy wynik 35:13.

Panthers nieco zmienili grę w ataku. Znacznie lepiej spisywała się o-line, która rozgryzła już zmyłki d-line gości i nie pozwalała na tak łatwe penetracje. Ponadto wrocławianie obficie stosowali zone read w połączeniu z opcją (jeden ze skrzydłowych biegnie za rozgrywającym, który ma możliwość odrzucić mu piłkę do tyłu). To nieco neutralizuje agresywną d-line, która musi czytać grę, zamiast po prostu atakować. White niemal zawsze zatrzymywał piłkę przy zone read. Nie wiem czy choć raz zostawił ją Starczewskiemu. To spowodowało, że w pewnym momencie Dragons zaczęli ignorować zmyłkę i szli w ciemno do White’a, ale atletyczny QB gospodarzy i tak zdobywał kolejne jardy i pierwsze próby biegami.

Do tego udało się uruchomić najgroźniejszą broń Panthers, czyli długie podania do Patryka Matkowskiego i Tomasza Dziedzica. Lepsza gra o-line w połączeniu z zagrożeniem biegami kupiło White’owi na tyle dużo czasu, by Matkowski i Dziedzic mogli rozpędzić się na dystansie. W kilku akcjach błysnął również Wiktor Zięba, kolejny z grupy utalentowanych WR-ów z rocznika ’94.

Dobrze grała defensywa wrocławian, która sprawiła sporo kłopotów gościom swoją zmiennością. Cornerbackowie grali zarówno press (nacisk na recivera przy linii wznowienia akcji), jak i kryli „na radar”. Nieźle czytali grę i nawet jeśli nie wybronili podania, to reciver musiał liczyć się z otrzymaniem mocnego ciosu. Kilka akcji zagrali każdy swego bez cofniętego safety, kilka w Cover 2 z dwoma cofniętymi defensorami (najczęściej byli to Deante Battle i Krzysztof Wis). Do tego udanie miksowali zwykłą presję d-line z blitzami braci Ruta.

Obrona wrocławian była zdecydowanie agresywniejsza, co skutkowało kilkoma wybitymi piłkami, ale i masą flag. Tylu przewinień nie widziałem od pierwszego meczu Panthers – Seahawks, gdy obie drużyny rywalizowały w ilości offside’ów i falstartów. Niestety sędziowie prowadzili ten mecz bardzo po aptekarsku. Pozwalali na zdecydowanie mniej niż w PLFA i moim zdaniem nieco zbyt pochopnie sięgali po flagi, by ukarać wrocławian 15 jardami za późne uderzenie lub niesportowe zachowanie. Z drugiej strony gospodarze nie potrafili dostosować się do aptekarskiej linii sędziowania i kilka razy zupełnie niepotrzebnie sprezentowali gościom pierwsze próby jakimś późnym uderzeniem czy defensywnym trzymaniem.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsWydawało się, że świeżo koronowani mistrzowie Polski kontrolują ten mecz i dowiozą wynik do końca. Jednak trzecia kwarta to zryw gości. W przerwie zmienili taktykę i zaczęli opierać się na krótkich podaniach na skrzydła oraz biegach Gooda. Odbierali pierwszy kickoff w drugiej połowie i udało im się zdobyć przyłożenie. Dodatkowo na skutek kolejnej 15-jardowej kary wykopywali piłkę ze środka boiska, co ułatwiło im skuteczną egzekucję onside kicku. Po kolejnym przyłożeniu zmniejszyli przewagę Panter do jednego posiadania piłki (35:27, czyli przyłożenie z dwupunktowym podwyższeniem). Ofensywa Panthers została zmuszona do puntu i nagle na przełomie trzeciej i czwartej kwarty Dragons kroczyli pewnie po wyrównujące przyłożenie.

Decydującym momentem meczu był błąd ofensywy gości. Good nie zrozumiał się z jednym ze swoich reciverów, który biegł ścieżkę na zewnątrz, podczas gdy rozgrywający drużyny austriackiej posłał piłkę na środek boiska. Tam przechwycił ją Karol Mogielnicki. Chwile później Ej White puścił 74-jardową bombę na przyłożenie do Tomka Dziedzica, która kompletnie podcięła skrzydła gościom.

(Na marginesie: oficjalna strona IFAF Champions League podaje, że po tym przyłożeniu podwyższał Reinhard Knaus, kicker Dragos. To pewna odmiana, bo z reguły po przyłożeniach Panter kopał… Paweł Dobek. Przynajmniej według IFAF. Oczywiście kopał jak zwykle Dawid Pańczyszyn, najwyraźniej #77 Dobka pomylił się komuś z #11 Pańczyszyna)

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsW drużynie gości na wyróżnienie zasługuje Alex Good, który świetnie biegał, podawał i wymykał się niczym piskorz z rąk defensorów Panthers. Jednak pod koniec trzeciej kwarty wyraźnie zaczął odczuwać liczne uderzenia i w ostatniej odsłonie nie był już tak skuteczny. Nieźle spisywali się też skrzydłowi: Johannes Prammer i Felix Reisacher.

W drużynie Panthers w ataku dzielił i rządził White. Nie mamy oficjalnych statystyk, ale zapewne zdobył ok. 100 jardów biegami i ok. 300 jardów podaniami [edit: oficjalne statystyki podają 95 jardów biegiem i 312 jardów podaniami]. Podał na 4 TD i wybiegał 2 kolejne. W czwartej kwarcie w sytuacji 4&1 na 30 jardzie połowy Dragons wykonał kapitalny slalom i przyłożeniem ostatecznie rozstrzygnął spotkanie. Był to bieg bliźniaczo podobny do nieco dłuższej akcji z ostatniego Superfinału. Na wyróżnienie zasługują też reciverzy: Matkowski, Dziedzic i Zięba.

W defensywie jak zwykle najaktywniejszy był Kamil Ruta, który niestety przepłacił to drobnym urazem. Na pozycji cornerbacka kapitalnie spisywał się Adam Lary, kilka razy z dobrej strony pokazał się Mikołaj Cieśla. W d-line najlepiej spisywali się Szymon Adamczyk, Adrian Brudny i Michał Nowak.

W niedzielę o 14.00 finał przeciwko Milano Seamen, drużynie bardzo fizycznej i raczej mało finezyjnej. Możemy spodziewać się ostrej walki i nieco mniej ofensywnych fajerwerków niż w półfinałowym spotkaniu przeciwko Dragons. Niemniej na pewno warto wybrać się na wrocławski stadion przy ul. Oporowskiej. Mam nadzieję, że kiedyś opowiem wnukom, jak to byłem świadkiem pierwszego triumfu polskiego zespołu w Lidze Mistrzów IFAF :)