Running back – dobro szybkozbywalne

Marshawn Lynch (z piłką). Fot. Kelly Bailey na licjencji CC BY 2.0W XX wieku running backowie stanowili elitę NFL. To oni zdobywali jardy, przyłożenia i uwielbienie fanów. Jim Brown, O.J. Simpson, Walter Peyton i podobni im zawodnicy dostawali najlepsze kontrakty, reklamy i role w filmach po zakończeniu kariery. Jednak ostatnie lata to drastyczny spadek ich wartości. Stali się niczym FMCG – produkt szybkozbywalny. Sprzedawani często, tani, szybko się zużywają i często się ich wymienia. Jak proszek do prania czy wycieraczki samochodowe.

 

Adrian Peterson, najlepszy running back ostatnich lat, długo szukał klubu. Marshawn Lynch wrócił na własne życzenie, ale zarobi ułamek tego co w Seattle. Jamaal Charles dostał kontrakt nieznacznie przekraczający minimum weterana. Ubiegłoroczny lider przyłożeń biegowych, LeGarette Blount, dostał ofertę opiewającą na 1,1 mln dolarów.

Według Spotrac.com przeciętny running back w NFL zarabia 1,2 mln rocznie. Jeszcze gorzej mają fullbackowie, zarabiający 0,82 mln. Są opłacani gorzej niż kickerzy (1,46 mln) i puterzy (1,53 mln). Jedynie long snapperzy (0,76 mln) są wyceniani niżej niż biegacze. Dla porównania OL zarabia średnio 1,92 mln, DL 1,91 mln, LB 1,89 mln, a rozgrywający dostają średnio aż 4,59 mln. dolarów rocznie.

 

Trzy niechciane gwiazdy

Adrian Peterson to ostatni nie-QB, który zdobył MVP NFL. Dokonał tego w sezonie 2012, gdy przebiegł 2097 jardów na kosmicznej średniej 6 jardów/bieg. Dokonał tego zaledwie rok po rekonstrukcji więzadeł w kolanie. Jednak od tej pory zagrał tylko w 34 meczach na 64 możliwe. Przez cztery sezony przebiegł w sumie 2898 jardów na średniej 4,36 jarda/bieg. Wciąż niezłej, ale znacznie poniżej średniej z kariery. W wieku 32 lat w wyniku kontuzji i zawieszeń stracił dwa z trzech ostatnich sezonów. Nikt nie miał wątpliwości, że Minnesota Vikings nie zechcą zapłacić swojej największej gwieździe i najbardziej produktywnemu biegaczowi w historii klubu niemal 18 mln dolarów, które byli mu winni w ostatnim roku kontraktu.

Marshawn Lynch był kluczowym komponentem ofensywnym Seattle Seahawks, którzy wygrali Super Bowl w sezonie 2013, a w roku 2014 dopiero w ostatnim meczu sezonu ulegli New England Patriots. Przed sezonem 2016 odszedł na emeryturę, bo jasne było, że Seahawks nie będą skłonni mu płacić 7 mln dolarów po 2015 r., gdy miał problemy ze zdobywaniem jardów za słabą o-line Seattle.

Jamaal Charles w Kansas City Chiefs stał się najlepszym graczem ofensywy i prototypowym nowoczesnym running backiem. Łapał, biegał, grał w pass protection. Dla przykładu w sezonie 2013 wybiegał 1287 jardów i 12 TD, dokładając do tego 693 jardy i 7 TD po złapanych podaniach. Momentami niemal w pojedynkę ciągnął mało dynamiczną ofensywę Chiefs. Ale nie miało to znaczenia, gdy w dwóch ostatnich sezonach urazy ograniczyły go da ośmiu meczów i 83 przebiegniętych jardów. 6 mln dolarów okazało się dla KC stawką nie do przełknięcia.

Peterson szukał klubu. Nie znalazł przed draftem. Po drafcie podpisał umowę na dwa lata z New Orleans Saints. Biorąc pod uwagę, że nie lubi grać z formacji shotgun, nie ma pojęcia o pass protection i stanowi znikome zagrożenie jako reciver, nie mógł trafić gorzej. Ponadto Saints mają już biegowy taran w postaci Marka Ingrama. Kontrakt niby dwuletni na 7 mln, ale tak naprawdę roczny na 3,5 mln z opcją dla klubu. A do tego w sezonie 2018 aż 1,65 mln będzie wypłacane tylko jeśli Peterson będzie zdolny do gry (103 tys. za każdy mecz w aktywnym składzie).

Lynch wrócił z emerytury, by pograć w rodzinnym Oakland, póki jest tam klub NFL. Raiders długo wybrzydzali, w końcu dali mu dwuletnią umowę. Niby na maksymalną wartość 16,5 mln, ale zdecydowana większość to bonusy i płatności uzależnione od dostępności w meczu. Gwarancji jest na niecałe 2,5 mln.

Charles podpisał roczną umowę w Denver. Teoretycznie z bonusami 3,75 mln, w praktyce Broncos mogą go zwolnic nawet jutro bez konsekwencji. Smaczku dodaje fakt, że chcieli go tylko rywale z dywizji, co oczywiście wywołało wściekłość kibiców Chiefs. Tylko czemu kierują tę wściekłość w stronę Charlesa?

 

Wierzchołek góry lodowej

Ta trójka to tylko najbardziej rozpoznawalna grupa. Ale problemy z lukratywnymi umowami na rynku ma znacznie więcej wolnych agentów. Eddie Lacy został najlepszym debiutantem sezonu 2013. Jednak Packers pozbyli go się bez żalu, choć RB to jedna z ich najsłabiej obsadzonych pozycji. Przyczyniły się do tego kłopoty ze zdrowiem i z utrzymaniem właściwej wagi. Lacy dostał umowę od Seahawks. Ale tylko roczną, a prawie 2/3 z możliwych do zarobienia 6 mln to różne bonusy.

LeGarette Blount w ostatnim sezonie był liderem NFL z 18 biegowymi przyłożeniami. Do tej pory jest bez umowy, a Patriots nałożyli na niego rzadko stosowany tag (prawdę mówiąc do dziś nie wiedziałem, że w ogóle istnieje), który daje mu roczną pensję w wysokości 1,1 mln dolarów, a jeśli podpisze kontrakt z inną drużyną wciąż liczy się w formule wyborów kompensacyjnych, co stanowi spory cios w wartość Blounta. Bardzo brutalna zagrywka ze strony Pats.

Le’Veon Bell to jeden z najlepszych RB młodego pokolenia. Wszechstronny, o pełnej gamie umiejętności. Jednak Pittsburgh Steelers nie zdecydowali mu się dać długiej umowy. Na franchise tagu zarobi ponad 12 mln, więc nie ma co go żałować. Ale nawet z tak unikatowym zawodnikiem Steelers nie chcą się wiązać na dłużej. Kontuzje i oblane testy na obecność narkotyków to poważne argumenty przeciwko długoletniej umowie.

Skąd tak gwałtowna dewaluacja wartości running backów w NFL? Składa się na to kilka czynników.

Po pierwsze to szybkie „zużywanie się” zawodników na tej pozycji. Najczęściej zawodnicy ścierają się z przeciwnikiem o podobnej posturze. D-line z O-line, WR z DB itd. Ale running backowie zderzają się z liniowymi cięższymi o kilkadziesiąt kilogramów, pędzącymi niczym pociąg pancerny. W efekcie w wieku 30 lat zużycie materiału jest potężne. Biegacze swoje najlepsze lata mają kiedy są nieopłacani (na uczelni) albo słabo opłacani (na umowie debiutanckiej).

Dla wielu debiutancki kontrakt, jakkolwiek ograniczony, jest najlepszą umową w ich karierze. Stąd Leonard Fournette i Christian McCaffery odmówili udziału w bowlach swoich uczelni oraz indywidualnych treningów z drużynami. Ewentualne urazy kosztowałyby ich miliony dolarów. A tak McCaffery poszedł z #8 i dostał w pełni gwarantowane 17,2 mln, a Fournette poszedł z #4 i dostanie w pełni gwarantowany kontrakt w okolicach 27 mln. Nawet gdyby osunęli się tylko jedną rundę w dół, kosztowałoby ich to od kilkunastu (McCaffery) do nawet 20 mln dolarów (Fournette). A tych strat już nigdy nie odrobią. Gdy dobiegną końca ich kontrakty (4 lata plus opcja dla drużyny) Fournette będzie miał 27, a McCaffery 25 lat. To jeden, góra trzyletni kontrakt, zapewne za mniejsze pieniądze.

Wróćmy do dewaluiacji running backów. Drugim powodem jest ogólny spadek wartości gry biegowej. Od 1970 r. średni zysk z akcji biegowej w NFL waha się w przedziale 3,8-4,3 jarda na akcję bez wyraźnego trendu wzrostowego lub spadkowego. Tymczasem zysk z akcji podaniowej rośnie nieprzerwanie od 1978 r. Rekord, 6,41 jarda na akcję, padł w sezonie 2015, ale w 2016 było to 6,37 jarda w porównaniu do 5,18 jarda na akcję w 1977 r. W 1980 r. liczba akcji podaniowych w NFL zrównała się z liczbą akcji biegowych i ciągle rośnie. W sezonie 2016 59,31% akcji było akcjami podaniowymi. W tym tempie za 2-3 sezony będziemy oglądali poniżej 40% biegów.

(Ciekawostka: rekord padł w 2000 r. i było to 59,41%, ale była to jednorazowa anomalia w długoterminowym trendzie wzrostowym)

Running backowie są mniej potrzebni, upowszechniają się formacje spread, w których jest miejsce tylko dla jednego gracza z tej pozycji. Ponadto bardo mocno zmienia się ich rola. Nie wystarczy biegać z piłką. Współczesny RB musi wytrzymać choć chwilę w pass protection przeciwko potworom w typie J.J. Watta oraz łapać piłki niczym slot reciver.

McCaffery i Fournette poszli w pierwszej rundzie, bo świetnie biegają, ale dodatkowo oferują dużą wartość dodaną w grze podaniowej. Po prostu można ich przesunąć do slotu i nagle z formacji 11 (1 RB, 1 TE, 3 WR) robi nam się formacja 01 (1 TE, 4 WR), a nieprzygotowany na to personel defensywny ma pełną pieluchę. Wbrew pozorom piekielnie trudno znaleźć takiego zawodnika. Klasyczni biegacze w stylu Petersona to dinozaury. Z kolei slot reciverzy przebrani za reciverów a’la James White z Patriots nie dają za wiele jako klasyczni biegacze. Jeśli nie umiesz podawać, łapać i blokować, jesteś tylko jedną z części zamiennych w mechanizmie.

Spadek wartości weteranów na RB najłatwiej dostrzec w statystykach. Od czterech sezonów w pierwszej trójce z największą liczbą jardów biegowych mieści się tylko jeden weteran i dwóch graczy na debiutanckich kontraktach. Zeszły sezon stanowił apogeum, bo tylko trzech z pierwszych dziesięciu najlepszych biegaczy w NFL grało na drugiej lub kolejnej umowie.

Co więcej jeśli zależy nam na jardach biegowych, nie trzeba nawet sięgać po RB w pierwszej rundzie draftu. Co prawda liderem w zeszłym roku był Ezekiel Elliott, który poszedł z czwórką w drafcie 2016, ale już drugi Jordan Howard to produkt piątej rundy, czwarty Jay Ajayi również, a siódmy David Johnson poszedł w trzeciej rundzie. Skoro mogę mieć Howarda (1313 jardów po ziemi, 298 górą) za 2,6 mln lata na cztery lata, to czy ma sens płacenie weteranowi nawet 1,5 mln rocznie?

To nie znaczy, że nie ma running backów, którzy zarabiają duże pieniądze. LeSean McCoy (Bills) ma kontrakt na 8 mln/rok, Doug Martin (Bucs) na 7,15 mln, Lamar Miller (Texans) na 6,5 mln, a Chris Ivory (Jaguars) na 6,4 mln. Widzicie wzorzec? Żadna z tych drużyn nie grała w playoffach. Poza Texans, ale oni i tak tam byli z braku lepszej drużyny w dywizji.

Dla porównania mistrzowie NFL New England Patriots na siedmiu RB przeznaczają w sumie 12,66 mln dolarów pod salary cap. Wicemistrzowie, Atlanta Falcons wydają 3,4 mln na czterech RB. Green Bay Packers 2,72 mln na sześciu. Seattle Seahawks 8,13 mln na dziesięciu. Oakland Raiders 5,2 mln na pięciu. Wyjątkiem w zeszłorocznej czołówce są Dallas Cowboys, którzy mają pod czapką tłusty debiutancki kontrakt Elliotta oraz Pittsburgh Steelers i franchise tag dla Bella.

W dzisiejszej NFL elitarny running back to dla większości drużyn zbędny luksus. To szybkozbywalne dobro, które można kupić za półdarmo, a potem wymienić na nowszy model bez szkody dla drużyny. Drodzy rodzice, nie pozwólcie waszym dzieciom na bycie running backami.

 

P.S. Będzie mi bardzo miło jeśli zechcesz zostawić lajka na Facebooku lub na Twitterze

 

Zdjęcie: Kelly Bailey na licencji CC BY 2.0

Moneyball odbudowuje Cleveland Browns

1 mecz w playoffach, 2 sezony na plusie, 8 GM-ów, 9 trenerów, 26 startowych rozgrywających. Bilans 88-200. To Cleveland Browns od 1999 r., najgorzej zarządzany klub NFL w XXI wieku. Czy plan, który Sashi Brown i Paul DePodesta realizują konsekwentnie drugi offseason przyniesie efekty na boisku?

 

W połowie lat 90-tych wydawało się, że Browns mogą wreszcie nawiązać do wielkich tradycji drużyny Paula Browna, która w latach 50-tych i 60-tych zdobyła cztery mistrzostwa NFL, jedenastokrotnie grała w finale ligi i tylko raz w ciągu dwudziestu sezonów nie osiągnęła dodatniego bilansu.

W Ohio był ciekawy skład prowadzony przez młodego, zdolnego szkoleniowca, Billa Belichicka, protegowanego legendarnego Billa Parcellsa. W sezonie 1994 zanotowali bilans 11-5 i w pierwszej rundzie playoffów pokonali prowadzonych przez Parcellsa New England Patriots. Jednak w offseason wybuchła bomba.

Właściciel drużyny, Art Modell, uznał, że czas przenieść Browns do innego miasta. W amerykańskim sporcie nie ma wielu świętości, ale przenoszenie Browns do innego miasta brzmiała jak przeprowadzka Boston Celtics czy New York Yankees. Niepewnośc i fatalna atmosfera wokół drużyny sprawiły, że w sezonie 1995 Browns wygrali tylko pięć meczów, a Modell zwolnił Belichicka.

Ostatecznie Modell dostał prawo do przeniesienia klubu. Mógł zabrać wszystkich zawodników, trenerów i innych pracowników, ale nie dziedzictwo Browns. Prawo do nazwy, rekordów i całego dziedzictwa drużyny zostało w Cleveland. Nowy klub Modella nazwano Baltimore Ravens. Browns ponownie zagrali w NFL dopiero w 1999 r., jako zupełnie nowa drużyna, choć formalnie kontynuator świetnych tradycji poprzedniej ekipy o tej nazwie.

 

Lata chude

Początkowo wydawało się, że Browns wrócą do grona contenderów. Początki, jak dla każdej nowej ekipy, były ciężkie. Wybrany z #1 w drafcie 1999 QB Tim Couch okazał się niewypałem, zapoczątkowując całą serię nieudanych eksperymentów na QB. W dwóch pierwszych sezonach nowi Browns wygrali w sumie pięć meczów. Jednak w 2001 r. drużynę przejął trener Butch Davis, który wcześniej odbudował futbolowy program Uniwersytetu Miami (tego na Florydzie). W 2002 r. został również generalnym managerem.

W 2001 r. Browns wygrali siedem meczów, a w 2002 dziewięć. Awansowali też do playoffów. Do dziś nie udało im się powtórzyć awansu, choć raz (2007) wygrali nawet 10 spotkań w sezonie zasadniczym.

W Cleveland rozpoczął się niekończący korowód trenerów, GM-ów i rozgrywających. Mało kto zostawał na dłużej niż dwa sezony. Przybrało to wręcz karykaturalną postać. Po zwolnionym w 2004 r. Butchu Davisie żaden trener nie osiągnął nawet 40% zwycięstw w swojej „karierze” w Browns. Dla wielu epizod w Cleveland stawał się gwoździem do trumny.

Każdy zawodnik, który pokazał choć trochę kompetencji, uciekał gdzie pieprz rośnie. A nie było ich wielu. Lista draftowych wpadek jest imponująca. Z 14 graczy wybranych w pierwszych dwóch rundach draftów 2009-2013 tylko CB Joe Haden wciąż gra w Browns.

W trakcie sezonu 2012 drużynę kupił Jim Haslam. Początkowo niewiele się zmieniło. Po zakończeniu roku pracę tradycyjnie stracili HC i GM. Rob Chudziński i Mike Lombardi, kolejny duet na tej pozycji wytrzymali tylko rok. Ray Farmer i Mike Pettine dostali tylko dwa lata. I wówczas Haslam zrobił coś nieoczekiwanego.

 

DePodesta i Brown

W styczniu 2016 r. nowym Generalnym Managerem został Sashi Brown. Niespełna 40-letni prawnik, do tej pory doradca front office w latach 2005-2012 w Jaguars, od 2013 r. w Browns. Do pomocy dostał Paula DePodestę, 44-letniego analityka, znanego fachowca od zaawansowanej analityki. Tyle że DePodesta całą zawodową karierę spędził w baseballu. Jest znany z książki „Moneyball”, gdyż był jednym z głównych analityków w Oakland Athletics (w filmie go nie ma, bo nie zgodził się na wykorzystanie swojej postaci, częściowo na nim wzorowana jest postać grana przez Jonah Hilla).

Oczywiście NFL zaczęło szydzić. Dwóch smarkaczy będzie się bawiło komputerkami, żeby zrobić coś z niczego. Media pisały, że Browns powinni zatrudnić kogoś z futbolowym doświadczeniem.

Brown i DePodesta wyszli z prostych założeń. Najlepiej budować drużynę przez draft, bo to źródło tanich, młodych i względnie niezużytych zawodników, któych można wdrożyć do swojego systemu. Draft to loteria, bo nie ma skautów i GM-ów wyraźnie lepszych w identyfikowaniu właściwych graczy. W związku z tym najlepszym sposobem jest zgromadzenie jak największej ilości wyborów w drafcie. I zaczęli to robić. Spektakularnie i z niespotykaną konsekwencją.

Zaczęli od draftu 2016. Najpierw uznali, że żaden z topowych QB nie daje gwarancji na przyszłość. Pozwolili więc, by Eagles zapłacili królewski okup za ich #2. Orły wyłożyły #8, #77 i #100 w drafcie 2016 oraz pierwszą rundę w 2017 (#12 jak się okazało) i drugą rundę w 2018. To nie koniec. #8 w 2016 r. oddali do Tennessee, dorzucili #176, w zamian dostali #15, #76 i drugą rundę w 2017 (#52). W efekcie z #2 i #176 zrobiło się siedem picków. W tych dwóch transakcjach Browns zarobili na czysto wybory o wartości przekraczającej wartość #1 w drafcie. Innymi słowy wyczarowali sobie #1. Ot tak.

W sumie w trakcie draftu 2016 Browns dokonali pięciu wymian. Za każdym razem w dół, biorąc kolejne wybory i zawodników. W efekcie wybrali 14 zawodników, najwięcej odkąd draft liczy tylko siedem rund.

Trudno było oczekiwać, by Browns 2016 byli mocni. Nie byli. Wygrali tylko jeden mecz i skończyli z #1 w drafcie 2017. Ale tego było im mało. Przed sezonem 2016 musieli pogodzić się z kilkoma bolesnymi stratami na rynku wolnych agentów (Alex Mack, Mitchell Schwartz, Tashaun Gipson, Travis Benjamin). Jednak wciąż generowali wybory.

Nieudany wybór z pierwszej rundy draftu 2013, Barkevius Mingo, powędrował do Patriots za #175 w drafcie 2017. Wymienili punterów z Detroit, zyskując pick w czwartej rundzie 2018. Dostali wybór w drugiej rundzie 2018 za wzięcie na siebie kontraktu Brocka Osweilera.

W efekcie przed draftem 2017 znów mieli masę wysokich wyborów, w tym dwa w pierwszej rundzie (#1 i #12). Jednak Brown i DePodesta wiedzieli, że muszą zacząć zamieniać te wybory na zawodników, w przeciwnym razie cała ich maestria na nic. Jeszcze w trakcie ubiegłorocznych rozgrywek pozyskali z Patriots Jamiego Collinsa, prototypowego nowoczesnego linebackera. Oddali za niego wybór z trzeciej rundy tegorocznego draftu (#103).

Offseason to mocne uderzenia na rynku wolnych agentów. Znów poszli w stronę, którą podpowiadała analityka, czyli linię ofensywną. Udało im się utrzymać OG Joela Bitinio, LT Joe Thomasa i dodać do nich C J.C. Trettera i OG Kevina Zeitlera. Na papierze to jedna z najmocniejszych linii w lidze. Z Rams dołączył WR Kenny Britt.

 

Draft 2017

W drafcie 2017 nie chodziło już tylko o mnożenie wyborów. Ale kiedy Texans znowu zaproponowali ciekawą ofertę… Tym razem za #12 ekipa z Houston oddała #25 i pick w pierwszej rundzie 2018. Browns wybrali w pierwszej rundzie aż trzech zawodników. Z #1 wzięli Mylesa Garetta, który uznawany jest za najlepszego pass rushera od czasu Vona Millera. Z #25 wszechstronnego safety Jabrila Peppersa. A z #29 TE Davida Njoku.

W tym roku według większości znawców nie było dobrych wyborów na rozegraniu, a Patriots nie chcieili rozstać się z Jimmim Garoppolo. Brown nie rzucał się na dostępnych QB, ale w drugiej rundzie zgarnął DeShone Kizera, utalentowanego chłopaka, któremu zaszkodził słaby sezon w wykonaniu jego uniwersyteckiej drużyny. Tak więc wyszli z draftu z trzema pickami z pierwszej rundy i młodym rozgrywającym, za którego nie musieli zastawiać całej przyszłości.

A w drafcie 2018 znów mają dwa wybory w pierwszej i trzy w drugiej rundzie (plus dodatkowy wybór w czwartej i szóstej).

 

Oczywiście przed Browns jeszcze daleka droga. Trzeba poukładać tych 24 chłopaków wybranych w ostatnich dwóch draftach. Trzeba wreszcie „wyprodukować” startowego rozgrywającego. Jednak Brown i DePodesta mają plan i realizują go z rzadko w NFL spotykaną konsekwencją. Cleveland Browns jako drużyna są mi kompletnie obojętni. Jednak ich front office zaimponowało mi na tyle, że trzymam kciuki za ich strategię.

 

P.S. Jeśli podobał Ci się tekst, zostaw proszę lajka na Facebooku lub na Twitterze.

Kto jest kim w klubie NFL

Kto decyduje o składzie drużyny, a kto o składzie meczowym? Gdzie podejmowane są kluczowe decyzje w czasie draftu? I kto właściwie rządzi w klubie? Dziś o tych pracownikach klubu, którzy nie zakładają padów, ale mają ogromny wpływ na wynik drużyny.

 

Choć wielu kibiców nie lubi o tym myśleć, klub NFL to przede wszystkim korporacja z branży rozrywkowej, obliczona na zarabianie pieniędzy. To zawodnicy są najbardziej widoczni i zgarniają większość chwały, ale to nie oni rządzą w firmie. Podobnie jak największe nawet gwiazdy Hollywood nie rządzą na planie filmowym.

Pamiętajcie, że struktura, którą opisuję w tym tekście to najpopularniejsze i typowe rozwiązania, ale od każdej zasady znajdą się wyjątki.

 

Zarząd

Każdy klub NFL to korporacja, czyli to co my określamy jako spółkę akcyjną (oczywiście to nie dokładnie to samo, ale nie będę wchodził w szczegóły różnic w działaniu spółek handlowych w Europie i Stanach). Kluby te zrzeszone są w swego rodzaju truście, w którym każda drużyna ma takie same udziały. Tym trustem jest National Football League. Wartość tego przedsięwzięcia jest kosmiczna. Przeciętny klub wart jest ok. 2,3 mld dolarów, co pozwala wycenić wartość całej ligi na 73,6 mld dolarów. Dla porównania przychody budżetu Polski w 2017 r. zaplanowane zostały na ok. 83,6 mld dolarów.

Według zasad panujących w lidze, każdy klub może mieć maksymalnie 32 udziałowców, z czego jeden musi posiadać minimum 30% udziałów. Od tej zasady jest jeden wyjątek, o którym za chwilę. W praktyce niemal każdy klub ma dominującego udziałowca, który kontroluje wszystkie udziały lub ich większość.

Najczęściej są to zamożni biznesmeni, dla których klub NFL jest jednym z wielu miliardowych przedsięwzięć biznesowych. Dla przykładu właścicielem Seattle Seahawks jest Paul Allen, współzałożyciel Microsoftu, którego majątek wyceniany był przez „Forbesa” w 2016 r. na 18,9 mld dolarów, z czego Seahawks stanowią ok. 11,8% (2,23 mld dol). Allen jest również właścicielem klubu NBA Portland Trail Blazers.

Wyjątkiem w tym gronie są Green Bay Packers. Drużyna od samego początku jest własnością społeczności Green Bay, malutkiego miasta w Wisconsin. Ich kapitał znajduje się w posiadaniu przeszło 360 tys. akcjonariuszy. Akcje nie dają prawa do dywidendy i nie można ich sprzedać, jedynie przekazać członkom najbliższej rodziny. Nikt nie może posiadać więcej niż 5% akcji. Co jakiś czas emitowane są nowe akcje klubu (ostatnio w 2011 r. w celu zebrania pieniędzy na rozbudowę stadionu). Jedynym przywilejem „właścicieli” jest możliwość wyboru siedmioosobowej rady nadzorczej na czele z prezesem. Prezes pełni rolę właściciela w kontaktach z resztą ligi.

Właściciele spotykają się dwa razy do roku na spotkaniu ligowym, gdzie ustalane są najważniejsze sprawy, jak zmiany przepisów. Na co dzień większość z nich nie angażuje się bezpośrednio w prowadzenie klubu, choć jest sporo wyjątków, na czele z Jerrym Jonesem, który pełni funkcję Generalnego Managera w Dallas Cowboys. Na co dzień reprezentantem interesów właścicieli jest wybierany przez nich komisarz ligi. Od września 2006 r. tę funkcję pełni Roger Goodell.

Jak już wspomniałem, zaangażowanie dużej części właścicieli w codzienne działania klubu jest nieznaczne. Pełnią oni z reguły funkcje prezesa (CEO) lub szefa rady nadzorczej (Chairman). Na co dzień na czele klubu stoi CEO (jeśli właściciel jest w radzie nadzorczej), COO (Chief Operational Officer, po polsku powiedzielibyśmy o Dyrektorze Wykonawczym) lub President (najczęściej tłumaczone na polski jako prezes).

Niezależnie od tytulatury to właściciel lub wyznaczony przez niego człowiek są w firmie „pierwszym po Bogu” i podlegają im wszyscy inni pracownicy klubu. Najczęściej bezpośrednio pod CEO/COO znajduje się dział, nazwijmy go, administracyjny. To wszyscy pracownicy nie związani bezpośrednio z futbolem, czyli marketing, PR, księgowość i reszta osób, bez których żadna duża organizacja nie może się obejść. Nas jednak interesuje głównie część związana bezpośrednio ze sportem.

Pod tekstem znajdziecie schemat przedstawiający typowy dział futbolowy w klubie NFL.

 

Generalny Manager

Na czele wszystkich operacji futbolowych stoi Generalny Manager, podlegający bezpośrednio CEO. Nie zawsze nosi dokładnie taki tytuł. John Elway w Denver Broncos oficjalnie jest „Wiceprezesem ds. Działalności Sportowej” (Executive Vicepresident of Football Operations). Jednak potocznie mówi się o nich „GM”. To szczyt kariery we „front office”.

Front Office to pion podlegający GM-owi. Odpowiadają za wszystkie kwestie futbolowe, które nie podlegają trenerom. Więcej o nich za chwilę.

GM to najczęściej były skaut, choć zdarzają się też specjaliści od salary cap lub byli zawodnicy, jak wspomniany Elway czy John Lynch w San Francisco 49ers.

W większości klubów to on ma ostatnie zdanie w kwestii doboru trenera, zakontraktowania i zwalniania zawodników oraz wyborów w drafcie. Tak więc to GM kompletuje skład drużyny i to on odpowiada za kiepskie wybory w drafcie i wątpliwe kontrakty. Dokładne kompetencje GM-a i jego relacje ze sztabem trenerskim różnią się w różnych drużynach.

 

Front office

W skład front office wchodzą dwa główne piony. Po pierwsze magicy od salary cap. To ich obowiązkiem jest takie zarządzanie czapką płacową, by klub miał jak najwięcej środków na zakontraktowanie nowych zawodników. Oni konstruują płace i pilnują, by drużyna nie wyszła nad kreskę. To jednak głównie robota dla prawników i księgowych.

Drugim, najczęściej większym pionem front office są skauci. To oni wyszukują zawodników do klubu. Niektóre kluby posiadają „Dyrektora ds. Zawodników” (Director of Player Personnel), który jest głównym skautem, jednak najczęściej tę rolę pełni GM.

Skauci dzielą się na dwie grupy. Jedna, zarządzana przez Dyrektora ds. Zawodowców (Director of Pro Personnel) obserwuje graczy obecnie w NFL, w practice squadach oraz tych, którzy o NFL się otarli, ale są obecnie bez kontraktu. Oni muszą zaalarmować szefa natychmiast, kiedy ciekawy gracz staje się dostępny, zaproponować wymianę lub ocenić kwalifikacje wolnych agentów. Każdy klub NFL ma pełną bazę danych na temat zawodników konkurencji, co przydaje się również trenerom przed meczami z konkretną ekipą. Najczęściej skauci mają przydzielony klub NFL lub kilka klubów, które obserwują.

Druga grupa zajmuje się zawodnikami w NCAA. Oficjalnie drużyny NFL mogą obserwować jedynie seniorów (zawodników rozgrywających swój czwarty sezon na uczelniach) lub młodszych, o ile ci młodsi oficjalnie zgłosili się do draftu. Na ich czele stoi Dyrektor ds. Skautingu na Uczelniach (Director of College Scouting). Z reguły każdy ze skautów ma swój rejon i jego zadaniem jest wyławiać perełki z podległych mu uczelni i przedstawiać je do oceny „wyżej”. To ten dział przygotowuje pierwszy szkic „ściągi”, z której drużyny korzystają podczas draftu, by wybrać najlepszego ich zdaniem gracza.

 

Główny trener (Head Coach)

To najważniejsza osoba w sztabie trenerskim. Najczęściej jest wybierany przez GM-a i podlega mu, ale są też drużyny, gdzie stanowisko trenera jest równorzędne GM-owi i obaj podlegają bezpośrednio prezesowi. Relacje między HC i GM to jedna z najważniejszych więzi w klubie. GM wybierający zawodników bez konsultacji z trenerem może zrobić klubowi ogromną krzywdę. Z kolei trener nie może wyrzucać z siebie niekończących się życzeń bez oglądania się na salary cap i opinie skautów. W większości klubów to GM wybiera 53-osobowy skład, ale to HC wyznacza 45 graczy aktywnych w dniu meczu. W efekcie między nimi musi istnieć mniejsze lub większe porozumienie, a otwarte konflikty prędzej czy później kończą się zwolnieniem jednego z nich (czasem obu).

Ciekawy jest przypadek Billa Belichicka, który w New England Patriots pełni zarówno funkcję GM-a, jak i trenera. To obecnie jedyny taki przypadek w NFL, choć niejedyny w historii ligi.

Codzienne obowiązki trenera różnią się w zależności od jego preferencji i talentów. Jednak generalnie odpowiada on za dobór reszty kadry trenerskiej i wyznaczenie ogólnych założeń taktycznych. Niektórzy szkoleniowcy angażują się bardzo po jednej stronie piłki (w ataku lub obronie), inni lubią bawić się w playcallerów, prowadzić osobiście treningi lub prowadzić jedynie ogólny nadzór. Tak czy inaczej ponosi on największą odpowiedzialność za grę drużyny.

 

Sztab trenerski

Wśród osób podlegających HC należy wyróżnić koordynatorów. To przede wszystkim koordynator ofensywy (OC) i defensywy (DC) oraz cieszący się znacznie mniejszym prestiżem koordynator special teams. Koordynatorzy to z reguły doświadczeni trenerzy, często z doświadczeniem jako HC. Posada koordynatora to najczęściej przedostatni krok w karierze trenerskiej, przed osiągnięciem pozycji HC.

Koordynatorom podlegają trenerzy poszczególnych pozycji. Czasami pewne pozycje są łączone (np. safety+CB, WR+QB) lub każda ma swojego trenera.

W czasie meczu najczęściej koordynator wybiera zagrywkę w ataku/obronie, z której wynika personel (np. pięciu liniowych, trzech WR, jeden TE, jeden RB i QB). Zadaniem trenerów pozycyjnych jest wysłać na boisko odpowiednich graczy. Oczywiście wcześniej sztab trenerski ustala, że w tej formacji/przy tej zagrywce powinni wyjść ci gracze, ale zadaniem trenera pozycyjnego jest zadbanie, by odpowiedni ludzie znaleźli się na boisku, upewnienie się, że żaden nie jest kontuzjowany, a także podjęcie decyzji o zmianie, jeśli któryś gra słabo.

Przed meczem sztab trenerski analizuje grę przeciwnika i przygotowuje plan meczowy, czyli ogóle założenia taktyczne na spotkanie. Obowiązki w tym procesie różnią się z drużyny na drużynę. Są kluby, w których pracują osoby nie biorące udziału w treningach, a jedynie analizujące nagrania meczowe, w innych jest to dodatkowy obowiązek „normalnych” trenerów.

Ponadto w sztabie trenerskim znajdziemy jednego lub kilku trenerów odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne zawodników oraz różnych asystentów do zadań specjalnych. HC podlega również sztab medyczny z klubowym lekarzem i fizjoterapeutami.

 

Schemat organizacyjny typowego pionu futbolowego w klubie NFL

(Kliknij by powiększyć)

 

Jeśli podobał Ci się tekst, zostaw proszę lajka na Facebooku lub na Twitterze.

Panthers Wrocław za słabi na Tyrol

Panthers Wrocław - Swarco Raiders TirolPiękny, wyremontowany Stadion Olimpijski. Trzy tysiące fanów, którzy stworzyli fantastyczną atmosferę mimo niesprzyjającej aury. Bardzo wysoki poziom sportowy i organizacyjny. I tylko zwycięstwa gospodarzy zabrakło, by inaugurację nowego domu Panter uznać za w pełni udaną.

Właściwie nie wiem co myśleć o wczorajszym spotkaniu Panthers Wrocław ze Swarco Raiders Tirol. Wczoraj czułem spory zawód, bo oczekiwania mocno rozbudziło udane półtorej kwarty na początek. Jednak kto trzy, ba, nawet dwa lata temu spodziewałby się, że mistrzowie Polski zagrają jak równy z równym z mistrzami Austrii? Wrocławianie przegrali zasłużenie, byli drużyną słabszą w tym meczu, ale nie zostali zdeklasowani. Było to spotkanie między dwoma zbliżonymi poziomem rywalami i pokazało, że Pantery są klubem z europejskiego topu.

Zaczęło się idealnie dla wrocławian. Po dalekim podaniu Tima Morovicka do Patryka Matkowskiego gospodarze zameldowali się w red zone rywali, a serię ofensywną wykończył QB Panthers, nurkując w pole punktowe z 1 jarda. Defensywa Panter oddała sporo jardów, ale ostatecznie pozwoliła Najeźdźcom jedynie na kopnięcie z pola. W kolejnej serii ofensywnej sześć punktów zdobył po ziemi Adam Skakowski (Adam Nelip przestrzelił podwyższenie). Po jednym biegowym przyłożeniu zdobyli obaj rozgrywający i w połowie drugiej kwarty mieliśmy wynik 20:10 dla gospodarzy. Kto mógł oczekiwać, że Panthers nie zdobędą więcej punktów w tym meczu?

Zapowiadało się na bardzo ofensywny mecz, a zatrzymanie Swarco na FG w pierwszej kwarcie wyglądało na spory sukces. W ofensywie wrocławianie bardzo umiejętnie miksowali grę podaniową do Patryka Matkowskiego z biegami Skakowskiego i Morovicka. Bieganie środkiem nie szło, ale biegi na zewnątrz dawały potrzebne jardy. Potężni liniowi gości po prostu nie nadążali za szybkimi i zwrotnymi zawodnikami wrocławian.

Sygnał do ataku dały special teams Raiders. Najpierw Panthers nie mogli sobie poradzić ze znakomicie zblokowaną akcją powrotną po kickoffie, którą na przyłożenie zamienił Sandro Platzgummer. Chwilę potem oglądaliśmy pierwszy punt w tym meczu. Krzysztof Wis miał problemy z niedokładnym snapem, kopał pod presją i nie trafił czysto w piłkę, która przeleciała ok. 15 jardów i wypadła w aut na 25 jardzie połowy Panthers. Doświadczeni Austriacy nie mogli zmarnować takiego prezentu i wyszli na prowadzenie 24:20, którego nie oddali już do końca.

Decydujący okazał się przełom 2 i 3 kwarty, gdy Panthers zmarnowali kilka wybornych szans. Na koniec pierwszej połowy dotarli do red zone rywala, ale tam ofensywa utknęła. Po sacku w wykonaniu niesamowitego DE Jermaine’a Guynna zostali wypchnięci nawet z zasięgu skutecznego FG.

Na początku drugiej połowy special teams zrehabilitowały się za błędy z drugiej kwarty. Przy kickoffie otwierającym połowę wrocławianie wymusili fumble w akcji powrotnej i odzyskali piłkę głęboko na połowie rywala. Niestety nie potrafili wykorzystać okazji i seria zakończyła się bez punktów. Bardzo dobry punt Tima Morovicka, dobra postawa obrony i akcja powrotna Deante Battle’a po puncie i ofensywa znów miała piłkę wewnątrz 30 jarda rywali. Tyle że trzeci raz z rzędu nic z tego nie wyszło. Na początku czwartej kwarty Raiders rozegrali kolejnego screena. Nie grali tego często, ale Platzgummer zdobywał w tych akcjach masę jardów. Tym razem zaliczył 18-jardowe przyłożenie, a miejsca miał tyle, że spokojnie zdobyłby jeszcze trochę jardów, gdyby nie pole punktowe.
Panthers Wrocław - Swarco Raiders TirolDruga połowa w wykonaniu ofensywy Panthers wyglądała słabo. Goście rozgryźli schematy ofensywne wrocławian, a ubiegłoroczni zwycięzcy IFAF Champions League nie zdołali zmodyfikować swoich pomysłów w ataku. Morovick dokonywał cudów zręczności, unikając pass rushu gości, biegał jak szalony, tylko że więcej w poprzek boiska, niż w stronę pola punktowego gości. Rezultatów nie przynosiły finezyjne biegi Skakowskiego ani siłowe szarże Konrada Starczewskiego.

Trochę zabrakło mi ofensywy podaniowej. Wieczór był bardzo zimny. Termometry pokazywały 5 stopni, ale odczuwalna temperatura była jeszcze niższa. To na pewno utrudniało zadanie rozgrywającym. QB gości, Sean Shelton, zostawił na murawie Olimpijskiego sporo jardów i przynajmniej dwa przyłożenia. Jadnak i tak gra górą Tyrolu wyglądała lepiej niż w wykonaniu polskiego zespołu.

Na pewno spory wpływ na to miała walka na liniach, którą wrocławianie przegrali. Nie była to może kompletna dominacja, ale silniejsi fizycznie Austriacy zdołali zdusić grę biegową Panter i wywierali presję na Morovicka. Kompletnie nie do zatrzymania był Guynn, dysponujący niespotykaną w europejskim futbolu mieszanką siły i dynamiki. Raz po raz meldował się na backfieldzie Panter, kompletnie rozbijając kolejne zagrywki.

Tymczasem wrocławianie mieli ogromne problemy z 20-letnim Platzgummerem, który biegał, łapał i ogólnie siał spustoszenie. Pass rush również nie wyglądał najlepiej. Kilka razy presję na Sheltona wywarł Robert Rosołek, ale to za mało, zwłaszcza że mało widoczny był Szymon Adamczyk.

Zastanawiający był też playcalling wrocławian w ostatniej kwarcie. Panthers mieli piłkę na ok. 9 minut do końca meczu przy 10-punktowej stracie. Ale nie było widać jakiegoś specjalnego pośpiechu w ich grze, a większość ich akcji była prowadzona po ziemi. Akcje biegowe dają średnio gorszy efekt jardowy, a do tego nie zatrzymuje się po nich zegara (jest zatrzymywany po niecelnym podaniu). Ostatnią kwartę gospodarze grali jak drużyna mająca jedno posiadanie straty, która chce wyjść na prowadzenie i zostawić rywalowi jak najmniej czasu.

Niestety ich seria ofensywna skończyła się stratą. Patrick Pilager przechwycił podanie kierowane do Patryka Matkowskiego. Ale trudno żeby nie przechwycił, jeśli Morovick czytelnie zasygnalizował całemu stadionowi gdzie zamierza podać, patrząc się kilka sekund wprost na Matkowskiego.

Wrocławianie mają nad czym pracować. Swarco Radiers Tirol byli lepiej przygotowani fizycznie i taktycznie. Jednak jeśli mistrzowie Polski będą robili postępy w takim tempie jak przez ostatnie lata, to za rok-dwa mogą się pokusić o zwycięstwo z każdym w Europie. Już w sobotę Raiders byli w zasięgu. Szkoda, ale i tak należy docenić świetną robotę trenera Nicka Johansena i jego sztabu, a także ciężką pracę zawodników.

Pantery czeka teraz wyjazd do Danii, na mecz ze znanymi z zeszłego roku Triangle Razorbacks. Zagrają tam 20 maja, a dwa tygodnie wcześniej, 6 maja, Razorbacks grają z Raiders. Jeśli Raiders pokonają u siebie Duńczyków, zapewnią sobie awans do CEFL Bowl, a wrocławianie zagrają z Razorbacks jedynie o drugie miejsce w grupie.

 

Na koniec dwa słowa o stronie organizacyjnej. Wyremontowany Stadion Olimpijski robi wrażenie. Nawet goście podkreślali, że rzadko zdarza im się grac na podobnym obiekcie, a mówimy o drugiej najsilniejszej lidze w Europie. Bardzo dobra widoczność, telebim z zegarem meczowym i widoczne z daleka linie bardzo ułatwiają śledzenie meczu.

Wiadomo, że nie każde spotkanie przyciągnie 3 tys. widzów (tyle wg organizatorów zjawiło się na spotkaniu ze Swarco). Zjazd foodtrucków raczej nie będzie typową atrakcją na domowych meczach Panter. Ale takie szczegóły jak ściąga z przepisami/klaskaczka czy przekąska od Tarczyńskiego rozdawana fanom robią robotę. Mimo zimna kibice znakomicie się bawili i stworzyli świetną atmosferę. Chciałbym, żeby tak wyglądały normalne mecze ligowe we Wrocławiu.

 

Zapraszam na galerię zdjęć z meczu autorstwa mojej nieocenionej żony :)

Aaron Hernandez: NFL, morderstwo i zmarnowane życie

W wieku 21 lat zadebiutował w NFL. W wieku 23 lat był jednym z najlepszych tight endów w lidze. W wieku 24 lat zamordował człowieka. A w wieku 27 lat powiesił się w celi, w której odsiadywał dożywocie za zabójstwo.

 

Hernandez Aligator

Aaron Hernandez urodził się w 1989 r. w stanie Connecticut, zaledwie dwie godziny jazdy od stadionu New England Patriots w Foxborough. W wieku 16 lat stracił ojca, który zmarł na skutek komplikacji po operacji przepukliny. Według jego matki zachwiało to mocno jego równowagą psychiczną.

Już w liceum wykazywał ogromny talent atletyczny i był uznawany za najlepszego tight enda w Stanach w swoim roczniku. Wybrał stypendium na Uniwersytecie Florydy. Gators (Aligatory), ich drużyna futbolowa była aktualnym akademickim mistrzem kraju pod wodzą słynnego szkoleniowca Urbana Meyera (obecnie prowadzi Ohio State).

W swoim pierwszym sezonie nie wyróżnił się niczym szczególnym, ale jako drugoroczniak w sezonie 2008 wskoczył do pierwszego składu. Floryda znów zameldowała się w finale BCS, gdzie pokonała Oklahomę 24:14, a Hernandez był najlepszym reciverem w barwach Aligatorów w tamtym meczu, choć dzielił i rządził oczywiście rozgrywający Florydy, Tim Tebow.

W sezonie 2009 Gators odpadli na wcześniejszym etapie. Przegrali mecz finałowy SEC z Alabamą. Jednak dla Hernandeza indywidualnie był to bardzo udany rok. Złapał 68 piłek na 850 jardów, został wybrany do All-SEC Team, All-American Team i otrzymał nagrodę Johna Mackeya, przyznawaną najlepszemu tight endowi w NCAA.

W efekcie postanowił zrezygnować z ostatniego roku na uczelni i przystąpić do draftu.

 

Hernandez Patriota

Odchodząc z uczelni Hernandez zapewne spodziewał się lepszej pozycji w drafcie niż czwarta runda i #113. Według Boston Globe wiele drużyn odstraszyła jego „historia używania marihuany i wielokrotne pozytywne wyniki badań na obecność narkotyków przeprowadzane na uczelni”. Hernandez twierdził jednak, że pozytywny wynik dał tylko jeden test, a on odpowiadał bez wahania na wszelkie pytania o tę sprawę.

Niemniej zawodnik trafił do New England Patriots. Wyglądało na to, że będzie rezerwowym, bo Pats w drugiej rundzie sięgnęli po innego tight enda – Roba Gronkowskiego. Ekipa z Foxborough chyba nie była do końca przekonana o nieskazitelnym charakterze Hernandeza, bo w kontrakcie miał zapisany wyjątkowo niski signing bonus, ale wyjątkowo wysokie bonusy meczowe. Innymi słowy mógł zarobić więcej niż normalny gracz wzięty w czwartej rundzie, o ile trzymałby się z dala od kłopotów.

Szybko okazało się, że trener Bill Belichick był jak zwykle dwa kroki przed konkurencją. Draftując Gronkowskiego i Hernandeza wyobraził sobie dwugłowe monstrum, będące odpowiedzią na powszechne stosowanie przez defensywy lżejszego personelu nickel i dime. Rywalom trudno było znaleźć sposób na dwóch wielkich, silnych, a jednocześnie stosunkowo szybkich i zwrotnych zawodników. Jeśli próbowali kryć ich tradycyjnie linebackerami, to Gronk i Hernandez uwalniali się z łatwością od krycia i łapali piłki. Jeśli wystawiali przeciwko nim szybszych DB, obaj TE Patriots zamieniali się w dodatkowych blokerów i ich drużyna urywała jardy po ziemi.

Już w drugim meczu swojej kariery Hernandez złapał podania na ponad 100 jardów. Był najmłodszym graczem od 1960 r., któremu udała się ta sztuka. Jednak prawdziwe możliwości tandem Gronkowski-Hernandez pokazał dopiero w następnym sezonie. W sezonie 2011 w sumie złapali 169 piłek na 2237 jardów i 24 przyłożenia. Ofensywa była nie do zatrzymania. Tom Brady podał na 5235 jardów (do dziś najlepszy wynik w karierze) i 39 TD (drugi najlepszy wynik w karierze). Pod pewnymi względami funkcjonowali sprawniej niż ofensywa niepokonanych Patriots z sezonu 2007.

Tak jak wtedy dotarli do Super Bowl i tak jak wtedy ulegli New York Giants. Hernandez złapał podanie na TD, ale kluczem okazał się Gronkowski, który dwa tygodnie wcześniej skręcił kostkę. W Super Bowl był cieniem samego siebie.

Hernandez już nigdy nie wrócił na największą scenę futbolu.

Przed sezonem 2012 obaj młodzi tight endzi z Nowej Anglii zostali wynagrodzeni nowymi, wieloletnimi kontraktami. Były to dwie najwyższe w historii umowy dla graczy z tej pozycji. Hernandez dostał 40 mln dolarów płatne w pięć lat. W listopadzie zawodnik został ojcem i zaręczył się ze swoją wieloletnią dziewczyną Shayanną Jenkins. Jego przyszłość rysowała się w jasnych barwach, a dwugłowe monstrum z Nowej Anglii mogło śnić się trenerom AFC jeszcze przez wiele lat.

W sezonie 2012 Hernandez zmagał się ze skręconą kostką, ale końcówkę sezonu miał niezłą, a w playoffach złapał 15 piłek na 168 jardów. 20 stycznia 2013 r. schodził z boiska na Gillette Stadium po przegranej w finale AFC z Baltimore Ravens. To był jego ostatni mecz w życiu. Czy już wtedy był mordercą?

 

Hernandez morderca

16 lipca 2012 r. w Bostonie od kul zginęło dwóch młodych ludzi. Zostali zastrzeleni w swoim samochodzie. Wcześniej w klubie wdali się w awanturę z ekipą Hernandeza, którego mieli oblać piwem.

13 lutego 2013 r. Hernandez miał postrzelić Alexandra Bradleya, dilera narkotyków, z którym się przyjaźnił. Według Bradleya do zdarzenia doszło po kłótni w klubie ze stripteasem. Prokurator twierdził, że motywem było zabicie Bradleya, który wiedział o morderstwach z 2012 r. Bradley przeżył, ale miał stracić oko. Ta sprawa została włączona do procesu o podwójne morderstwo wytoczonego Hernandezowi w 2017 r. W tej sprawie został uniewinniony, jednak były gracz NFL już odsiadywał dożywocie. Skazany został za inne zabójstwo.

17 czerwca 2013 r. milę od domu Hernandeza znaleziono zwłoki Odina Lloyda. Młody mężczyzna był graczem półprofesjonalnej drużyny futbolowej Boston Bandits. Umawiał się z siostrą Shayanny Jenkins, narzeczonej Hernandeza. Już następnego dnia policja przeszukała dom Hernandeza. Okazało się, że tuż po zabójstwie wynajął profesjonalną ekipę do sprzątania domu, zniszczył swój domowy system monitoringu i telefon komórkowy.

20 czerwca właściciel Patriots Robert Kraft zakazał Hernandezowi wstępu do klubowych budynków. Według Boston Globe tego samego dnia podczas narady na najwyższym szczeblu Kraft i Belichcik postanowili zwolnić Hernandeza, jeśli zostaną mu postawione jakiekolwiek zarzuty, choćby chodziło tylko o utrudnianie śledztwa.

26 czerwca Hernandez został aresztowany pod zarzutem morderstwa Odina Lloyda. 90 minut później przestał być zawodnikiem Patriots. Klub anulował wszystkie gwarancje pozostałe w kontrakcie, argumentując, że gwarancje nie obejmowały „zachowania rzutującego negatywnie” na pracodawcę. Wstrzymał również wypłatę reszty signing bonusu. Niemniej Pats musieli się pogodzić z 2,55 mln martwych dolarów w 2013 r. i 7,5 mln w 2014 r.

15 kwietnia 2015 r. Hernandez został uznany przez ławę przysięgłych winnym morderstwa z premedytacją. W stanie Massachusetts zniesiono karę śmierci, ale wyrok „winny” oznaczał automatyczne dożywocie bez prawa do przedterminowego zwolnienia.

14 kwietnia 2017 r. Hernandez został uniewinniony od zarzutu podwójnego morderstwa z 2012 r., choć prokuratura zapowiedziała apelację. Skazano go jedynie za nielegalne posiadanie broni.

19 kwietnia 2017 r. o 3 nad ranem strażnicy znaleźli Hernandeza martwego w jego celi. Wszystko wskazuje na to, że powiesił się na sznurze zrobionym z prześcieradeł. W listopadzie skończył 27 lat.

Mógł być wielkim zawodnikiem, nawet na miarę Hall of Fame. Okazał się złym człowiekiem. Nie ma co go żałować. Szkoda tylko, że mogąc zrobić tak wiele dobrego, zdziałał tak wiele złego.

Jak z NFL zrobiono całoroczny cyrk

Czy się to komuś podoba czy nie, NFL to przede wszystkim potężny biznes. Green Bay Packers, jedyna w lidze spółka publiczna, ujawnia co roku przychody. W 2015 r. (ostatni dostępny raport) mieli prawie 400 mln dolarów przychodu, a nie należą do najbogatszych klubów. Jeśli założymy średnią na poziomie 0,5 mld dolarów i przemnożymy przez 32 otrzymamy 16 mld dolarów. Czyli NFL byłoby w stanie czterokrotnie sfinansować wydatki Warszawy w 2015 r. i jeszcze sporo by zostało. A sądząc po dynamice wzrostu salary cap, które jest obliczane od całości przychodów ligi, to wzrost tej wartości wynosi jakieś kilkanaście procent rocznie.

Nie zawsze tak było. Paradoksalnie biznesowo NFL nie jest łatwym produktem do sprzedaży, co świetnie wiedzą polskie zespoły futbolu amerykańskiego. Sezon jest bardzo krótki. Większość zespołów gra 16 spotkań na przestrzeni czterech miesięcy. Kilkanaście najlepszych ma okazję zagrać jeszcze od jednego do czterech meczów w ciągnących się przez miesiąc playoffach. W sumie góra dwadzieścia spotkań w pięć miesięcy. NBA i NHL grają 82 mecze w sezonie zasadniczym, a MLB 162. Do tego playoffy w formie serii, mecze co kilka dni, w sumie nawet dziesięć razy więcej „produktu” niż w NFL.

Do tego baseballiści grają siedem miesięcy w roku, a hokeiści i koszykarze osiem. Ledwo koronujemy mistrza, już zaczyna się preseason. Tymczasem w NFL od lutego do sierpnia praktycznie nic się nie dzieje! Jak sprzedać produkt rozrywkowy, którego nie ma przez pół roku? Wyobrażacie sobie Hollywood, które np. od września do marca nie wypuszcza nowych filmów?

Kibic ma być spragniony produktu, czekać z utęsknieniem na wrzesień, płacić za wybrakowany produkt jakim są mecze przedsezonowe i kupować wszystko, na czym jest logo NFL: koszulki, czapeczki i najdziwniejsze gadżety.

 

NFL Network

W 2003 roku liga powołała NFL Network, własną stację kablową. Był to kamień milowy w strategii zmierzającej do uczynienia z NFL ligi, o której mówi się 365 dni w roku.

Produkcyjnym ramieniem NFL Network jest NFL Films. Kojarzycie ujęcie piłki futbolowej, która powoli kręci się wokół własnej osi i przecina powietrze mknąc ku nadstawionym dłoniom recivera? To właśnie NFL Films wprowadziło podobny standard. Dziś ich techniki i sposób patrzenia na futbol są czymś oczywistym, ale dekadę temu stanowiły ogromny przełom. Do dziś różne dokumentalne i paradokumentalne serie produkowane przez NFL Films stanowią lwią część treści NFL Network i podsycają zainteresowanie futbolem podczas offseason.

Jednak NFL Films to nie wszystko, bo w końcu nie każdego interesują dokumenty i retransmisje starych meczów. Dziennikarze i czytelnicy polują na newsy, a w dobie social media stało się to wyraźniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. NFL robi wszystko, by dostarczać nam newsy na okrągło. A jeśli się nad tym na chwilę zastanowić, to spora część tych „newsów” jest tak naprawdę nieistotna. Ale dopóki czytelnik klika, dziennikarze są zadowoleni. Im rośnie odpowiedzialność, a NFL słupki z przychodami.

 

Rozciągnąć niedzielę

Zacznijmy od sezonu zasadniczego. Wydawałoby się, że to najłatwiejszy czas. Przecież liga gra, jest o czym gadać. Niby tak, ale liga gra tylko w niedzielę. W sobotę przegra z futbolem akademickim, w pozostałe dni tygodnia musi konkurować z profesjonalnymi ligami innych sportów, które grają absolutnie codziennie. Jak radzi sobie NFL?

Zacznijmy od rozciągnięcia kolejki. Jeden ogólnokrajowy mecz w czwartek i jeden w poniedziałek. Nawet jeśli grają Jaguars i Titans, media to podchwycą, a za nimi kibice. Choćby po to, żeby ponarzekać. Kibice narzekają na jakość produktu, zawodnicy na zmęczenie, trenerzy na brak czasu na przygotowanie, ale liga tego nie zlikwiduje. To przecież żyła złota.

Paczka poniedziałkowa to dodatkowy pakiet praw do transmisji, które można sprzedać nowej telewizji. To pomysł znacznie starszy niż „całoroczna NFL”, bo zaczęło się w 1970 r. W 2011 roku ESPN przedłużyła prawa do nadawania poniedziałkowych meczów. W tym czasie zapłaci lidze za 160 spotkań 14,2-15,2 mld dolarów (w zależności o oglądalności). Daje to ok. 90-95 mln dolarów za mecz, niezależnie od praw do spotkań niedzielnych i playoffów.

Ale to nic przy paczce czwartkowej. Tradycyjnie NFL grała tylko w jeden czwartek: Święto Dziękczynienia. Jednak w 2006 r. dodano cotygodniowy mecz w czwartek. Początkowo chodziło o zapewnienie oryginalnych treści NFL Network i zwiększenie jej atrakcyjności dla sieci kablowych. Jednak szybko okazało się, że można na tym zrobić świetny biznes.

Obecnie CBS i NBC płacą w sumie ok. 300 mln dolarów za prawo do pokazania 10 spotkań czwartkowych (po pięć każda z sieci). Wydawałoby się, że to nic w porównaniu do tego, co płaci ESPN. Ale to tylko pozory. Po pierwsze obie sieci muszą za własne pieniądze wyprodukować wszystkie 18 meczów w ramach Thursday Night Football (wliczany jest w to też jeden mecz International Series i świąteczny). Z tego osiem leci wyłącznie w NFL Network, a pozostałe zarówno w NFL Network, jak i CBS/NBC. Innymi słowy są to prawa niewyłączne, a do tego nadawcy muszą produkować również te mecze, których nie pokazują. Do tego NFL pozwala je nadawać w otwartym, niezakodowanym streamingu na cały świat! Rok temu Twitter zapłacił za to prawo 10 mln dolarów. W tym sezonie Amazon dał już 50 mln.

Podsumujmy: NFL zgarnia 300 mln za niewyłączne prawa do dziesięciu spotkań, plus ma wyprodukowane za darmo osiem meczów na wyłączność, plus kasuje Amazona na 50 mln dolarów za prawo do puszczenia tych meczów on-line. To się nazywa biznes!

No dobra, trzy dni mamy załatwione. A pozostałe? Proszę bardzo: raporty o kontuzjach. Występ Toma Brady’ego jest „pod znakiem zapytania”? Wszyscy wiemy, że zagra, ale od środy do soboty mamy pożywkę dla sensacyjnych newsów. Tym bardziej, że z uwagę śledzą je wszyscy grający w fantasy football.

 

Offseasonowy kalendarz

Jakkolwiek NFL nie rozciągałaby niedzieli, przychodzi wreszcie moment, gdy nie ma żadnych meczów, kontuzji, ani niczego takiego. Wówczas w sukurs przychodzi genialnie ułożony kalendarz. Zobaczcie sami.

Luty: przeżywamy jeszcze Super Bowl (pierwsza niedziela lutego). Omawiamy kto jest GOAT, a kto nie jest, trawimy setki historii okołosuperbowlowych, zastanawiamy się co powinni zrobić przegrani. Media już zaczynają katować prognozy na offseason.

Marzec: nic futbolowego już się nie dzieje, więc trzeba docisnąć klienta. Zacznijmy od NFL Combine (w tym roku 28 lutego-6 marca). Człowiek, który wpadł na to, by zrobić z tego event był geniuszem. NFL Network ma treści na cały tydzień, a media podniecają się kto miał jaki czas na 40 jardów. A teraz zastanówcie się: ile osób na całym świecie może wyciągnąć jakiekolwiek wnioski z kilku atletycznych ćwiczeń i jakichś pozycyjnych drilli bez kontaktu i bez przeciwnika? Kilka tysięcy? A i tak większość tych wniosków jedynie potwierdzi to, co wcześniej zauważyli na filmie. Mimo to miliony ludzi podniecają się wynikami.

Marzec: Deadline na franchise tagi. Dziesiątki historii – kto się na kogo poobrażał i dlaczego, kto z kim chce grać, a kto z kim nie chce. Ale ty tylko wstęp do…

Marzec: free agency! Najpierw dwa dni rozmów, plotek, gry w kotka i myszkę. A potem godzina 16.00 w Nowym Jorku. Wygasają wszystkie kontrakty i zaczyna się kilka szalonych dni, które przypominają speed dating albo grę w muzyczne krzesełka. Kto, kogo i za ile? A czasami równie ciekawe jest kto kogo nie chce i za ile.

Marzec/kweicień: Spotkanie ligowe, na którym są ustalane zmiany przepisów i inne sprawy organizacyjne. A czasami również przenosiny klubów. Czy nie dałoby się tego połączyć z NFL Combine? Przecież na spotkaniu ligowym obradują właściciele, którzy na Combine pojawiają się tylko w celach towarzyskich? (no, chyba że, jak Jerry Jones, są też GM-ami. Ale i Jones nie siedzi non stop na Combine, od tego ma ludzi) Dałoby się, tylko po co? :)

Kwiecień: Ujawniamy układ meczów! Nie kto z kim zagra i gdzie. To już wiemy od dawna. Teraz tylko ujawniamy kiedy. Ekscytujące, co? Zróbmy z tego całodzienny event! A dodatkowy podczas ujawniania układu meczów preseason!

Kwiecień: offseasonowe nieobowiązkowe programy treningowe drużyn NFL. Kto się pojawił, kto się nie pojawił? Jak się pracuje z nowym trenerem/koordynatorem/rozgrywającym/znanym nazwiskiem?

Kwiecień: Pro Days. Czyli takie Combine dla jednej uczelni. Bo przecież można pogadać dwie godziny, że chłopaki z Alabamy robili dokładnie to samo co dwa tygodnie wcześniej.

Od lutego do kwietnia: mock drafty! Kto, kogo i kiedy wybierze w drafcie. Wszystkie można wyrzucić do kosza już po kilku wyborach/wymianach. Rzadko kiedy ktoś trafia choćby 50% wyborów. Analitycy draftowi nienawidzą ich pisać z całego serca. Więc po co pisać? Bo to się klika!

Kwiecień/maj: DRAFT! Kolejny event dla NFL Network, choć paczka została sprzedana również ESPN. Tysiące fanów na trybunach. Za bilety nie płacą, ale przecież trzeba przyjść w koszulce swojego klubu, nie? Większości wybranych młodych ludzi za cztery lata nie będzie już w lidze, ale w głębi duszy każdy kibic czuje, że to właśnie ten rok, kiedy jego drużyna trafi kolejnego Toma Brady’ego, Richarda Shermana czy Antonio Browna w jednej z ostatnich rund. A w pierwszej to już bankowo znajdą podporę drużyny na następne 15 lat. Statystyka pokazuje, że żadna z drużyn nie wie jak wybierać, ale kogo to obchodzi?

Maj: minicampy dla debiutantów. Bez weteranów, bez padów, bez większego sensu. Ale miliony kibiców wpadają w euforię lub histerię, w zależności od tego jak ich najwyżej wybrany rookie spisał się w kompletnie niefutbolowym środowisku. A przecież chodzi tylko o zaznajomienie debiutantów z playbookiem.

Maj: Kolejne spotkanie właścicieli. Po co? Bo przecież można wygenerować kolejne newsy, zjeść kilka dobrych kolacji, napić się z kolegami/rywalami i może coś przypadkiem jeszcze ustalić.

Czerwiec: OTA, czyli kolejne treningi, tym razem obowiązkowe. Ale i tak można się podniecać kto się nie stawił, bo kilku zawsze się znajdzie. Dodatkowo po kilku treningach na pół gwizdka z offseasonową dyspozycją na bank już wiadomo, kto wygra Super Bowl. Prawda?

Lipiec: Startują obozy treningowe. Jak przy OTA, tylko więcej i bardziej histerycznie. A na trybunach często tysiące kibiców.

Sierpień: Preseason. No, to już prawie futbol. Co tam, że grają debiutanci i głebokie rezerwy, a największe emocje budzi rywalizacja o miano recivera #5, który w sezonie zagra jakieś 3% snapów i zostanie cztery razy wymieniony. A wcześniej bibka w Hall of Fame, która przyjmuje nowych członków.

I tak dotarliśmy do nowego sezonu we wrześniu. Minęło nam jak z bicza strzelił, prawda?

 

To pod wodzą Rogera Goodella NFL stało się produktem całorocznym. Przychody i wartość klubów wystrzeliły pod niebo. Więc jeśli dziwicie się, że po wszystkich wtopach z polityką dyscypliny i bezpieczeństwem graczy Goodell wciąż stoi na czele ligi, to zadajcie sobie proste pytanie: czy wy zwolnilibyście gościa, który przez kilkanaście lat zarobił dla was na czysto kilkaset milionów dolarów?

 

P.S. Pamiętajcie, żeby kliknąć lajka albo retweeta. Dla Was to chwila, dla mnie ogromna pomoc w rozwoju bloga. A jeśli chcecie dowiadywać się o nowym tekście jako pierwsi, to w prawej kolumnie na górze możecie zapisać się na newsletter, który wysyła się automatycznie w chwili publikacji!

Zdjęcie Rogera Goodella z domeny publicznej

Skomplikowane dziedzictwo Tony’ego Romo

Tony Romo pojawił się znikąd, objął dowództwo nad ofensywą najcenniejszego klubu na świecie (wg Forbesa) i został bohaterem kibiców. A potem bohaterem memów, „chokerem” i facetem, który odpada w grudniu. Jednak prawdziwy obraz Tony’ego Romo jest znacznie bardziej skomplikowany.

 

Zacznijmy od tabelki. Są to statystyki z całej kariery (tylko sezon zasadniczy) czterech rozgrywających (QBrec to bilans w meczach, gdy dany gracz był starterem). Jak myślicie, którym z nich jest Tony Romo?

passer rtg comp% TD% INT% Y/A QBrec
QB1 97,2 63,8% 5,5% 1,8% 7,5 .779
QB2 96,5 65,3% 5,7% 2,7% 7,7 .702
QB3 97,1 65,3% 5,7% 2,7% 7,9 .614
QB4 93,7 65,5% 5,1% 3,1% 7,9 .578

 

Jeśli obstawiliście QB3 to gratuluję. Właśnie takim dorobkiem w NFL może pochwalić się ex-rozgrywający Cowboys. Jednak jeszcze ciekawsze są pozostałe nazwiska na tej liście. Cała trójka na 100% zasiądzie w Pro Football Hall of Fame.

QB1 to Tom Brady, QB2 to Peyton Manning, a QB4 to Kurt Warner.

 

Człowiek znikąd

Tony RomoRomo nie grał w wielki futbol na uczelni, nie ustawiały się do niego kolejki chętnych klubów NFL. W liceum jako starter na QB osiągnął bilans 3-6 i trafił na uczelnię Eastern Illinois. To FBS, czyli akademicka druga liga. Na początku ubiegłego wieku mało kto wierzył w tamtejsze gwiazdy. Romo należał do najlepszych zawodników swojego poziomu rozgrywek i trzy lata z rzędu wybierany był do All-American (odpowiednik All-Pro w NCAA).

Został zaproszony na NFL Combine w 2003 r., ale nie poprawił tym swoich notowań. Osiągnął rezultaty nieco tylko lepsze niż legendarnie słaby na Combine Tom Brady. Na 40 jardów pobiegł 5,01. Andrew Luck 4,67, Eli Manning 4,90. Tyle że Brady i Manning byli rozgrywającymi w najlepszych uczelniach Stanów. Romo nie.

W efekcie nie został wybrany w drafcie 2003. Postanowił podpisać kontrakt z Cowboys, choć miał ofertę również od Broncos. Przekonał go ówczesny ofensywny koordynator, Sean Payton.

W pierwszych latach Romo nie grał zbyt wiele. Przez trzy lata był backupem za spadającym po równi pochyłej Drew Bledsoe i kilkoma mniejszymi i większymi wpadkami, na czele z Drew Hensonem znanym głownie z tego, że na uczelni Michigan rywalizował o miejsce w składzie z Bradym. Na boisko wchodził głownie jako holder.

Przed sezonem 2006 Peter King ze Sports Illustrated napisał, że Romo będzie starterem przed końcem roku. Wszyscy pukali się w głowę. Sean Payton, nowy trener New Orleans Saints, dawał za Romo pick w trzeciej rundzie draftu. Właściciel klubu i GM Jerry Jones się nie zgodził, więc Payton postawił na Drew Breesa.

W 2006 r. Romo zastąpił rozsypującego się Drew Bledsoe. (Swoją drogą to pechowy zawodnik. Pięć lat wcześniej stracił pracę w Patriots na rzecz Toma Brady’ego, innego człowieka znikąd) Historie Brady’ego czy Kurta Warnera spowodowały, że oczekiwania wobec nieznanego backupa były kosmiczne.

I Romo dał radę. Pod jego wodzą Cowboys weszli do playoffów. Tam w meczu przeciwko Seahawks przegrywali 21:20 na 1:19 przed końcem meczu. Romo doprowadził ich do 19-jardowego FG. Bułka z masłem. Tyle że nawet jako podstawowy QB, Tony dalej był holderem. Zgubił snap i Cowboys przegrali.

 

Haterzy nigdy mu tego nie zapomnieli. Wydawałoby się, że to przełomowy moment w karierze, od którego Romo zaczął „dławić się” w końcówkach. Ale nie. W sezonie 2007 Cowboys zanotowali bilans 13-3, a Romo miał drugi najlepszy passer rating w lidze po fenomenalnym Tomie Bradym. Niestety w playoffach Cowboys ulegli późniejszym mistrzom New York Giants, a Romo zagrał słabo. Co gorsza w mediach pojawiły się zdjęcia, na których w bye week imprezuje w towarzystwie Jasona Wittena i Jessici Simpson, swojej ówczesnej dziewczyny. Na jego głowę spadły gromy i utrwalił się obraz zawodnika, na którego nie można liczyć w ważnych chwilach.

 

Lepsze i gorsze lata

Niemniej jednak Cowboys wreszcie mieli rozgrywającego, którego brakowało im odkąd Troy Aikman przeszedł na emeryturę w 2000 r. Wydawało się, że sukcesy w postseason to tylko kwestia czasu.

Jednak Romo nie miał szczęścia do dobrych drużyn, a zwłaszcza do dobrych defensyw. W 2008 r. Dallas zaczęli od 8-4, by skończyć na 9-7 i poza playoffami. Romo miał fatalny grudzień, dzięki czemu dostał łatkę faceta, któremu nie można ufać w grudniu. Czy rzeczywiście? Kiedy weźmiemy wskaźniki z całej kariery, Romo grał w grudniu słabiej niż w listopadzie, ale znacznie lepiej niż w październiku i porównywalnie do września.

A może QB Cowboys po prostu nie dawał rady w czwartych kwartach? Niekoniecznie. Statystycznie to jeden z najpewniejszych rozgrywających w czwartych kwartach. Jasne, miewał fatalne akcje, które przetrącały kręgosłup drużynie, ale który QB ich nie miał? Peyton Manning rzucił pick-six rozstrzygające Super Bowl XLIV. Gdyby nie indolencja Falcons, Tom Brady zrobiłby to samo w Super Bowl 51. Brett Favre zanotował takich akcji na pęczki.

W sezonie 2009 wydawało się, że Dallas mają wszystko co potrzeba. Romo grał dobrze i został wybrany do trzeciego Pro Bowl w karierze. Łupem rywali padło zaledwie 1,6% jego podań, co do dziś jest jego najlepszym wynikiem w karierze. I to wszystko, choć od drugiej kolejki grał z połamanymi żebrami. Cowboys zakończyli z bilansem 11-5. W styczniu najpierw pokonali Eagles w ostatnim meczu sezonu zasadniczego w bezpośrednim pojedynku o pierwsze miejsce w NFC East, a tydzień później powtórzyli to w playoffach. Jednak w Divisional Round ulegli Vikings, gdzie ostatnią szarżę wykonywał Brett Favre.

W 2010 r. Romo stracił większość sezonu z powodu różnych urazów, a na stanowisku trenera Wade’a Philipsa zastąpił Jason Garrett. Trzy kolejne lata Dallas kończyli z bilansem 8-8. Co gorsza fatalne zarządzanie salary cap utrudniało pozyskiwanie wzmocnień i wymuszało zwalnianie filarów drużyny, jak DeMarcus Ware. Jednak Romo grał dobrze. Co roku jego passer rating przekraczał ligową średnią, nawet w najsłabszym sezonie 2012, gdy rzucił 19 INT.

 

Ostatnie hurra i emerytura

Sytuacja zmieniła się w 2014 r. Romo wreszcie miał wokół siebie dobrą drużynę. Z młodą linią ofensywną i DeMarco Murrayem, który wybiegał 1845 jardów, Romo rozegrał sezon życia. Passer rating 113.2, QBR 81.5 i jedyna w karierze nominacja do All-Pro. Do dziś nie mam pojęcia jak to zrobił, bo grał z trzema pękniętymi kręgami w plecach. Niestety dla niego rywalizację o tytuł MVP rozstrzygnęli między sobą Aaron Rodgers i J.J. Watt, a Murray zgarnął nagrodę dla ofensywnego gracza roku.

Jednak Cowboys byli w gazie. W pierwszej rundzie wyeliminowali Lions, a Romo był znakomity. W kolejnej rundzie przeciwko Packers zagrał wręcz fenomenalnie. Passer rating 143,6 mówi sam za siebie. Kibice Cowboys do dziś upierają się, że to był chwyt Bryanta. Sędziowie zdecydowali inaczej i Romo znów zakończył udział w playoffach na drugiej rundzie. Kto mógł wówczas przypuszczać, że Romo rozpocznie w barwach Cowboys już tylko cztery mecze?

W sezonie 2015 z czterech jego startów Cowboys wygrali trzy. Niestety dwie kolejne kontuzje ograniczyły jego poczynania, a zmiennicy pokazali ile jest wart podstawowy QB. Byli w stanie wygrać tylko jeden z pozostałych dwunastu meczów.

Rok 2016 miał być odrodzeniem Cowboys i Romo. Wciąż fantastyczna o-line i Ezekiel Elliott, running back przyszłości. Elliott spełnił pokładane w nim nadzieje, ale w meczu przedsezonowym Romo złamał obojczyk. Co gorsza jego zmiennik, Kellen Moore przetrwał tylko kilka dni dłużej. Do akcji musiał wkroczyć nieopierzony debiutant z czwartej rundy Dak Prescott.

Resztę wszyscy znamy. Prescott okazał się odkryciem sezonu i wypchnął ze składu doświadczonego kolegę, niczym swego czasu Romo Bledsoe.

Długo zastanawiano się, gdzie zagra Romo. Że nie zostanie w Dallas było jasne. Jeśli znacznie tańszy Prescott może zapewnić podobny poziom na rozegraniu, to dla weterana nie było już miejsca. Mówiło się o Houston i Denver. Ostatecznie Romo zakończył karierę sportową i rozpocznie komentatorską. Podobno ma zastąpić Phila Simmsa w CBS, co wszystkim (może poza Simmsem) wyjdzie na dobre.

Nie żeby potrzebował pieniędzy. W ciągu swojej kariery zarobił ok. 127,5 mln dolarów, z czego ok. 68,5 mln przez ostatnie cztery lata. Daje mu to 11. miejsce na liście wszechczasów, choć w ciągu najbliższego sezonu spadnie o kolejne dwie pozycje. Nieźle jak na faceta, na którego w 2003 r. nikt nie chciał poświęcić nawet wyboru w siódmej rundzie.

Warto zwrócić uwagę na pewien szczegół. Przed ogłoszeniem emerytury Cowboys oficjalnie zwolnili Romo, podobno na jego prośbę. To zostawia mu otwartą furtkę do powrotu do NFL. Gdyby przeszedł na emeryturę bez rozwiązania kontraktu, jego kontrakt zostałby zawieszony. Wówczas ewentualny powrót byłby możliwy tylko do Dallas na starej umowie. Niezależnie od wszystkiego ciągłe restrukturyzacje sprawiły, że i tak w przyszłym roku będzie się liczył na 19,6 mln dolarów przeciwko czapce Cowboys.

 

Tony Romo w Hall of Fame?

Tony Romo był jednym z tych bardzo dobrych zawodników, których odejście wywołuje gorącą dyskusję na temat jego wyboru do Galerii Sław NFL. Przez wiele lat w pobliżu szczytu na najtrudniejszej pozycji w sporcie. Dyskusje są tym gorętsze, że tak Romo, jak Dallas Cowboys mają równie wielu oddanych fanów co zgorzałych hejterów.

Jednak mimo całej klasy Tony’ego Romo Hall of Fame byłaby przesadą. „Hall of Very Good” to tak, ale nie Canton i futbolowa nieśmiertelność. Statystycznie był na poziomie Brady’ego i Manninga, ale nigdy nie dominował tak jak oni. Cztery razy był w Pro Bowl, tylko raz w All-Pro i to w drugiej drużynie. Nigdy nie otrzymał głosów podczas wyboru MVP.

Przez dwanaście sezonów wygrał dwa mecze w playoffach i nigdy nie grał nawet w NFC Championship Game. Ocenianie quarterbacka przez pryzmat wyników zespołu może być nieuczciwe, ale i tak wszyscy to robimy.

Pro Football Reference oblicza wskaźnik „Approximate Value„, który próbuje zmierzyć liczbowo wartość zawodnika przez całą karierę. Sumaryczny wskaźnik Romo sytuuje go dopiero w trzeciej setce zawodników w historii, poniżej np. Vince’a Wilforka. Jeśli weźmiemy wskaźnik ważony, który uśrednia wskaźnik dla graczy z dłuższą i krótszą karierą, Romo wskakuje do drugiej setki, ale pod koniec.

NFL potrzeba rozgrywających klasy Tony’ego Romo i jego odejście jest sporą stratą. Jednak mówienie, że odszedł Hall of Famer to przesada.

 

P.S. Jeśli Ci się podobało, będę wdzięczny za lajka albo retweeta

 

Zdjęcie Tony’ego Romo przed Pro Bowl 2008 z domeny publicznej

NFL: Rok przeprowadzek

W poniedziałek właściciele klubów NFL niemal jednogłośnie zaaprobowali przenosiny Raiders z Oakland do Las Vegas. Po dwudziestu latach spokoju aż trzy drużyny NFL zmieniły siedziby w ciągu ostatniego roku. Jednak same przenosiny nie są niczym dziwnym w ligowej historii.

 

Las Vegas Raiders

Nowy stadion w Las VegasPrzenosiny klubu NFL do Las Vegas oznaczają początek nowej epoki. Bardzo długo liga odżegnywała się od wszystkiego co ma związek z hazardem, obawiając się naruszenia „integralności gry”. Jeszcze dwa lata temu Tony Romo został zmuszony do odwołania swojego wystąpienia na konwencie fantasy futbolu, bo odbywał się on w hotelu mieszczącym również kasyno.

Jednak czasy się zmieniają. Robert Kraft, właściciel New England Patriots, zainwestował w DraftKins, serwis „dziennego fantasy” (ang. daily fantasy), czyli obstawianie sportu pod pozorem fantasy. DraftKings zawarło również oficjalne porozumienia z MLB (baseball) i NHL (hokej). Ich konkurenci z FanDuel są partnerami NBA oraz piętnastu klubów NFL. Co więcej obie firmy zawarły w listopadzie 2016 r. umowę o połączeniu, które ma zostać przeprowadzone pod koniec tego roku. Większość zakładów bukmacherskich Amerykanie zawierają przez internet i lokalizacja klubu w Las Vegas przestała być problemem pod kątem hazardu.

Szlaki przecierać będzie NHL, które już w tym roku wystawi w Las Vegas nową drużynę – Vegas Golden Knights. Swoje pierwsze mecze rozegrają jesienią tego roku.

Tymczasem Raiders pojawią się w Nevadzie najwcześniej w sezonie 2019, kiedy kończy się ich umowa na wynajem obecnego stadionu. Dwa kolejne lata spędzą w Oakland pod starą nazwą. Nowy stadion w Las Vegas, wart 1,9 mld dolarów, ma powstać w 2020 r., w sezonie 2019 mogą grać na jakimś tymczasowym stadionie.

Dlaczego Raiders wynoszą się z Oakland? Od kilku lat klub usiłuje się porozumieć z miastem w sprawie budowy nowego stadionu, który ma zastąpić legendarne, ale wysłużone Koloseum. Jednak władze Oakland nie są zbyt chętne, bo dofinansowywać miliardowy przemysł publicznymi pieniędzmi i trudno się dziwić. W efekcie Raiders flirtowali z innymi miastami. Mówiło się o Los Angeles (za chwilę do tego wrócę), San Antonio, ale ostatecznie wygrała oferta Las Vegas.

Na nowy stadion 0,5 mld dolarów wyłoży klub, a 0,75 mld stan Nevada. Brakującą kwotę 0,65 mld dolarów miał zapewnić Sheldon Adelson, jeden z najbogatszych biznesmenów w Las Vegas z majątkiem szacowanym na ponad 32 mld dolarów. Adelson wycofał się z projektu, ale jego część wkładu pokryje Bank of America. W przeciwieństwie do wielu projektów tego typu stadion ma szansę być zyskownym projektem, bo akurat w Vegas nie brak innych imprez, które można by zorganizować w takim obiekcie, gdy nie gra NFL.

Raiders to jedna z nielicznych w NFL marek ogólnoamerykańskich. Mają swoich kibiców w każdym stanie, a dodatkowo w Vegas można liczyć na kibiców gości. Jeśli chcesz pojechać na wyjazdowy mecz swojej drużyny, to czemu nie do Vegas? Tyle że samo Vegas nie ma aż tak wielu stałych mieszkańców. To dopiero 40. co do wielkości rynek medialny w USA. Kto wykupi karnety i loże na mecze Raiders? Czy kibice będą skłonni podróżować co dwa tygodnie z Kalifornii? W Oakland na każdym meczu stawiał się komplet głośnych, fanatycznych kibiców, nawet gdy drużyna dołowała.

 

Hollywood i NFL

Ostatnie lata NFL spędziła próbując powrócić na drugi największy rynek medialny USA (po nowojorskim), czyli do Los Angeles. Historia NFL w Los Angeles to dość burzliwe dzieje. W 1982 r. do tego miasta przybyła drużyna Raiders, która uciekła z Oakland. W tym celu ś.p. Al Davis wytoczył antymonopolowy proces NFL. Już w 1983 r. Raiders wygrali Super Bowl, które do dziś pozostaje jedynym mistrzostwem połączonej NFL w historii Los Angeles.

Raiders nie byli pierwsi. Od 1951 r. w LA grali Rams, jednak bez wielkich sukcesów. Jedynie w 1951 r., pierwszym w Kalifornii, zdobyli mistrzostwo NFL, ale w lidze grało wtedy zaledwie 12 drużyn.

Przed sezonem 1995 obie drużyny z LA postanowiły opuścić miasto wobec braku nowego stadionu. Raiders wrócili do Oakland, Rams przenieśli się do St. Louis. W stanie Missouri Rams zajęli miejsce zwolnione przez Cardinals, którzy w 1988 r. przeprowadzili się do Phoenix. Jako St. Louis Rams wygrali Super Bowl w 1999 r., a w 2001 r. przegrali w finale z Patriots.

NFL wciąż chciało powrócić do Los Angeles, jednak po przenosinach obu klubów z LA, zamieszaniu przy powstaniu Ravens i przeprowadzce Oilers z Houston do Nashville (dziś Tennessee Titans) w 1997 r. przez niemal 20 lat żaden z klubów formalnie nie zmienił adresu.

Przed sezonem 2016 pojawiło się aż trzech kandydatów do gry w Los Angeles: Chargers oraz ponownie Rams i Raiders. Początkowo największe szanse mieli Chargers, ale ostatecznie prawo do relokacji otrzymali Rams. Właścicieli NFL przekonał fantastyczny projekt Stana Kroenke, właściciela Rams, który w Inglewood (przedmieścia LA) chce postawić potężny stadion z centrum biznesowym, konferencyjnym, rozrywkowym i wszystkim czego dusza zapragnie za 2,7 mld dolarów. Obiekt ma być gotowy na sezon 2019.

Rams już poprzedni sezon zagrali w Los Angeles. Nie okazał się on sukcesem. Co prawda celebryci przyszli zrobić selfie na nowym stadionie i wrzucić fotki na Instagrama, ale fani nie dopisali. Trudno się dziwić, bo Rams nie są ostatnio atrakcyjnym produktem, choć może się to zmieni po zwolnieniu Jeffa Fishera z posady trenera.

Chargers i Raiders jako nagrodę pocieszenia dostali możliwość dołączenia do Rams w Los Angeles po sezonie 2016. Najpierw decyzję mieli podjąć Charges, dopiero po odrzuceniu przez nich tej opcji do LA mogli dołączyć Raiders.

Chargers już oficjalnie przenieśli się do LA. Pozostawiają za sobą inną aktywną i wierną grupę fanów. Przychodzą do miasta, które ich nie znosi, na 22-tysięczny stadion na dwa lata, a od 2019 r. będą gośćmi we własnym domu, bo właścicielem obiektu w Iglewood pozostaje Kroenke.

Pozostawieni na lodzie Raiders szukali nowego domu i znaleźli go w Las Vegas. Trzy przenosiny w ciągu roku to sporo, ale w latach 1995-97 przeniosły się cztery ekipy, a w latach 1982-88 trzy.

Zapewne po fali zmian będziemy mieli spokój na kilka lat, przynajmniej dopóki inne drużyny nie uznają, że ciasno im w starych stadionach i potrzebują publicznych pieniędzy. Ameryka nie jest już tak skłonna dofinansowywać miliarderów jak kilkanaście lat temu.