Kurt Warner, czyli „Kopciuszek” a’la NFL

W pierwszy sierpniowy weekend w Pro Football Hall of Fame zasiadło siedmiu nowych członków. Wśród nich Kurt Warner, którego historia to gotowy materiał na film. Film, który wytwórnia zapewne by odrzuciła, mówiąc, że takie cuda się nie dzieją. Życie i kariera sportowa Warnera to przykład, że nie ma dołka, z którego nie da się wygrzebać.

 

Magazynier za pensję minimalną

Pro Football Hall of Fame Class 2017Kurt Warner urodził się 22 czerwca 1971 r. w Burlington w stanie Iowa. Burlington to małe miasteczko (25 tys. mieszkańców) w stanie uważanym za głęboką amerykańską prowincję. Kiedy miał sześć lat jego rodzice się rozwiedli. Warner grał w futbol w pobliskim liceum w „metropolii” Cedar Rapids (126 tys. mieszkańców) i nic nie wskazywało, by w przyszłości miał stać się gwiazdą sportu.

Po małym liceum nie wzbudził większego zainteresowania w NCAA. Ostatecznie trafił do Uniwersytetu Północnej Iowy (UNI), położonego ok. 100 km. od jego ogólniaka. UNI gra w FCS, czyli akademickiej drugiej lidze, a i tam nie należy do potęg (jeden występ w finale FCS w historii). Nawet w tak względnie słabym otoczeniu Warner nie potrafił się przebić. Dopiero w swoim ostatnim roku na uczelni (1993) został starterem.

W międzyczasie na imprezie poznał Brendę Carney Meoni, byłego kaprala US Marines i rozwódkę z dwójką synów. Jeden z synów cierpiał na porażenie mózgowe po tym jak ex-mąż Brendy (ojciec chłopca) przypadkiem upuścił go na głowę. Od razu między nimi zaiskrzyło i Kurt odprowadził starszą od siebie o kilka lat kobietę do domu. Ta postanowiła być z nim szczera i opowiedziała mu o swojej sytuacji. „Myślałam, że więcej go po tym nie zobaczę” wspominała. 22 października 2017 r. Kurt i Brenda Warnerowie będą obchodzili 20. rocznicę ślubu. Mają piątkę dzieci, a Kurt adoptował dwóch chłopców z pierwszego małżeństwa Brendy.

Oczywiście nie było mowy, by Warnera wybrano w drafcie NFL 1994. Udało mu się jednak załapać na camp Green Bay Packers. Podpisał umowę z bonusem w wysokości 5 tys. dolarów.

„Myślałem, że wszystko jasne. Będę w Packers przez cała karierę. Za bonus kupiłem sobie zielony samochód i zacząłem szukać domu w Green Bay” wspominał Kurt w dokumencie „Kurt Warner. A Football Life”. Jednak nie udało mu się dostać posady zmiennika Bretta Favre’a. Pod koniec lata znalazł się bez pracy. Steve Mariucci, ówczesny trener rozgrywających w Green Bay powiedział mu, że ma potencjał, ale nie jest jeszcze gotowy na NFL.

Warner zamieszkał z Brendą w piwnicy u jej rodziców. W dzień pracował za darmo jako asystent trenera na swojej alma mater, w nocy wyładowywał towar na półki w markecie za pensję minimalną. Jednak nie tracił nadziei, że kiedyś wróci do futbolu.

 

Gwiazda Arena Football League i NFL Europe

Ostatecznie Warner postanowił spróbować sił gdzie indziej. Sezony 1996 i 1997 spędził jako rozgrywający Iowa Barnstormers, drużyny z Arena Football League. AFL nie płaciła za dobrze, ale Warner był jedną z największych gwiazd. Jego drużyna dwa razy grała w finale, a Kurt w obu sezonach został wybrany najlepszym rozgrywającym ligi.

Pech go nie opuszczał. W 1997 r. otrzymał zaproszenie na testy do Chicago Bears. Jednak podczas podróży poślubnej został ukąszony przez pająka i łokieć spuchł mu do rozmiarów uniemożliwiających rzucanie.

Dopiero pod koniec tego roku podpisał umowę z St. Louis Rams, która miała zacząć obowiązywać od sezonu 1998. Warner wciąż nie był odpowiednio przygotowany, więc Rams wysłali go do Europy, gdzie istniała NFL Europe, mająca być zapleczem dla NFL. Nasz bohater występował w barwach Amsterdam Admirals i zanotował najlepsze statystyki ze wszystkich ligowych rozgrywających.

 

The Greatest Show on Turf

W 1999 r. Warner odmienił historię NFL. A mógł to zrobić na dwa sposoby. Do NFL dołączali wówczas Cleveland Browns, stworzeni na miejsce drużyny, którą Art Modell przeniósł do Baltimore. Każda drużyna NFL musiała wskazać pięciu graczy, których nowi Browns mogli podebrać z jej składu. Kurt Warner był do wzięcia, ale Browns nim wzgardzili. Do dziś nie dorobili się rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia.

Warner miał zacząć sezon jako zmiennik Trenta Greena. Rams byli pod ścianą. Drużyna nie skończyła sezonu na plusie ani raz od przenosin z Los Angeles w 1995 r. Trener Dick Vermeil zanotował w sezonach 1997-98 bilans 9-23. Tymczasem ich podstawowy QB w meczu przedsezonowym zerwał więzadła w kolanie. Był to koniec jego sezonu. Vermeil i reszta sztabu trenerskiego była załamana, ale robili dobrą minę do złej gry. Na konferencji prasowej trener wygłosił zdanie, które przeszło do historii NFL: „We will rally around Kurt Warner, and we’ll play good football” („Zmobilizujemy się wokół Kurta Warnera i będziemy grali dobry futbol”).

Tego co wydarzyło się później nie zobaczymy już zapewne nigdy. Facet znikąd w drużynie permanentnych słabeuszy zdominowali sezon 1999. W czterech pierwszych meczach Waner zanotował 14 podań na przyłożenie, a Rams zaczęli sezon od bilansu 4-0. W październiku „Sports Illustrated” pytał na okładce „Kim jest ten gość?

Warner zaliczył jeden z najlepszych sezonów w historii. Podał na 4353 jardy (65,1%), 41 TD, 13 INT i passer rating 109,2. W cuglach zdobył MVP sezonu zasadniczego, a po dramatycznej wygranej nad Tennessee Titans został również MVP Super Bowl.

Amerykanie, uwielbiający takie historie, pokochali Kurta Warnera i jego charakterystyczny szeroki uśmiech. Rams nagrodzili go siedmioletnim kontraktem na 47 mln dolarów. Problemy finansowe rodziny Warnerów należały do przeszłości.

Ofensywa Rams z lat 1999-2001 jest powszechnie uważana za jedną z najlepszych w historii NFL. Nazywana „The Greatest Show on Turf” (w wolnym tłumaczeniu „Najwspanialsze przedstawienie na murawie”) jest jedną w historii NFL, która zdobywała ponad 500 punktów w trzech sezonach z rzędu.

W sezonie 2000 Warner miał trochę problemów ze zdrowiem i opuścił kilka meczów. Jednak Rams nie zwalniali w ofensywie. Jako drużyna zaliczyli 5492 jardy podaniowe, co do dziś jest niepobitym rekordem co jest drugim wynikiem w historii za Denver Broncos 2013 (korekta by @AlienDeg). Tempa nie dotrzymała obrona. Warner i spółka pożegnali się z playoffami w pierwszej rundzie, w skutek czego klub zwolnił aż dziewięciu z defensywnych starterów.

Sezon 2001 to powrót Warnera w najwyższej dyspozycji. Rams znów przeszli jak burza przez sezon zasadniczy z bilansem 14-2. Warner po raz drugi został MVP. Mimo 22 INT miał passer rating 101,4.

St. Louis znów zameldowali się w Super Bowl. Tym razem nie byli Kopciuszkiem, a Goliatem, który według wszystkich fachowców miał zgnieść swojego rywala. Tym rywalem byli New England Patriots, prowadzeni przez innego rozgrywającego znikąd, Toma Brady’ego oraz Billa Belichicka, trenera który pięć lat wcześniej został w niesławie zwolniony z Cleveland. Pats wygrali ten finał, fundując kibicom jeną z największych niespodzianek w historii. Dla dynastii Patriots był to początek, dla Rams ostatnia chwila chwały.

 

Upadek MVP

Gdzie zniknął Kurt Warner? Takie pytania zadawali sobie fani i media w 2002 i 2003 r. Rozgrywający, prześladowany złamaniami dłoni, w obu sezonach wylądował na ławce rezerwowych po fatalnej postawie na początku sezonu. Na otwarcie rozgrywek 2003 zgubił sześć fumbli w jednym meczu! 1 czerwca 2004 r. Warner ponownie został bez pracy. Od jego zwolnienia Rams nie zanotowali ani jednego sezonu na plusie.

Jednak już po dwóch dniach Warner znalazł nowego pracodawcę. Byli nim New York Giants, gdzie ex-MVP miał pełnić rolę mentora dla młokosa wybranego z #1 w drafcie 2004, którego Giants uważali za przyszłość klubu. Tym młokosem był Eli Manning.

Warner zaczął sezon jako pierwszy QB Giants. Grał nieźle, ale nie na poziomie „The Greatest Show on Turf”. Nowojorczycy wygrali pięć z siedmiu pierwszych meczów, ale po kolejnych dwóch porażkach Warner wylądował na ławce. Nie wstał z niej do końca sezonu, mimo że młodszy z braci Manningów wygrał tylko jeden swój start w sezonie, a w jednym z meczów zanotował passer rating 0,0 (sic! zero). Warner zachowywał klasę, publicznie mówiąc, że młody Manning powinien teraz przede wszystkim jak najwięcej grać. Po sezonie Kurt rozwiązał swoją umowę z Giants (miał taką opcję w kontrakcie) i podpisał roczną umowę z Arizona Cardinals.

Sezon 2005 to nierówna gra Warnera prześladowanego kontuzjami. Jednak pokazał się z na tyle dobrej strony, że Cardinals podpisali z nim nową, trzyletnią umowę.

Tyle że NFL to wieczna rywalizacja. Waner znów musiał się zmierzyć z młodym, cenionym nabytkiem. Z #10 w drafcie 2006 Arizona wzięła Matta Leinarta. Zawodnik ten był uznawany za jeden z największych talentów w NCAA. Przewodził najsilniejszej ówczesnej drużynie USC, gdzie jako starter zanotował bilans 37-2 (!), a po drodze zgarnął Nagrodę Heismana. Po kilku słabszych meczach na początku rozgrywek Warner znów został zastąpiony przez młokosa. Dla dwukrotnego MVP było to spore upokorzenie, ale nigdy się nie skarżył.

Kolejny rok rozpoczął jako zmiennik, ale słaba gra i kontuzje Leinarta sprawiły, że ostatecznie rozpoczął 11 z 16 meczów Cardinals w tamtym sezonie. Nie grał na miarę MVP, ale zanotował 27 TD przy 11 INT i niezły passer rating 89,8 (minimalnie wyprzedzając w tej kategorii Drew Breesa).

 

Ostatnia szarża Kurta Warnera

Cardinals również nie należeli do potęg NFL, delikatnie mówiąc. W latach 1976-2007 grali w playoffach tylko dwa razy, w tym raz w sezonie 1982, skróconym niemal o połowę przez strajk zawodników.

2008 r. to powrót wielkiego Kurta Warnera. Podał na 30 TD przy 14 INT i passer rating 96,9. Był to trzeci najwyższy passer rating w tamtym sezonie NFL i dał mu czwarte powołanie do Pro Bowl. Jednak MVP zgarnął Peyton Manning, w niemal każdej statystycznej kategorii słabszy od Warnera. Kurtowi nie pomógł bilans Cardinals, którzy skończyli sezon z dziewięcioma zwycięstwami. Wystarczyło to jednak do wygranej w NFC West, dzięki czemu drużyna miała zagrać pierwszy mecz playoffów na własnym stadionie w historii.

W postseason Cardinals kolejno odprawili z kwitkiem Falcons, Panthers i Eagles. W finale czekali Pittsburgh Steelers. Warner znów był wielki. Podał na 377 jardów 3 TD i 1 INT. Jednak to właśnie to INT okazało się kluczowe. W ostatniej akcji pierwszej połowy James Harrison przechwycił podanie Warnera na linii własnego pola punktowego, a następnie wykonał jedną z najbardziej pamiętnych akcji w historii NFL: 100-jardowy powrót na TD. Ta akcja została wybrana przez NFL Films siódmym najlepszym zagraniem w historii Super Bowl.

Ostatecznie to Steelers wygrali 27:23 po drugiej nieprawdopodobnej akcji – idealnym podaniu Bena Roethlisbergera na przyłożenie do Santonio Holmesa w samej końcówce. Pick-six Warnera kosztował 10 punktów (strata siedmiu zamiast łatwego FG). Cardinals do tej pory nie wrócili do Super Bowl.

Sezon 2009 okazał się ostatnim w karierze Warnera. Wciąż grał nieźle (10. w lidze w passer rating, w okolicy Toma Brady’ego). Cardinals znów wygrali NFC West. W pierwszej rundzie playoffów zagrali jeden z najlepszych meczów w historii przeciwko Packers. Stary wyga Kurt Warner kontra smarkacz Aaron Rodgers w drugim sezonie jako starter Green Bay. Obie drużyny zdobyły w sumie 96 punktów, co do dziś pozostaje playoffowym rekordem NFL. Lepszy okazał się Warner, który miał na koncie więcej przyłożeń (5) niż niecelnych podań (4). Do dziś pozostaje najstarszym graczem w historii, który podał na 5 TD w playoffach. Passer rating 154,1 to drugi najlepszy wynik w historii playoffów u graczy, którzy wykonali przynajmniej 20 podań w meczu. Spotkanie rozstrzygnęło fumble Rodgersa w dogrywce, z którym defensywa Arizony wróciła na TD.

W kolejnym meczu Cardinals spotkali się z Saints, którzy maszerowali po mistrzostwo. Święci łatwo wygrali to spotkanie, ale najwięcej uwagi media poświęciły potężnemu uderzeniu, które otrzymał Warner.

Uderzenie było legalne, ale w 2012 r. śledztwo wykazało, że w nielegalnym programie nagród obowiązującym wówczas w Saints za uszkodzenie Warnera w tym meczu była wyznaczona nagroda. Warner nigdy nie otrząsnął się po tym uderzeniu. Wrócił do gry, ale był cieniem samego siebie.

Po tym meczu zakończył karierę. Powiedział, że chce się poświęcić żonie i siódemce dzieci, ale wiadomo, że uderzenie wstrząsnęło nim i Brendą. Wiedzieli, że kolejne może się skończyć tragicznie.

Dziś Kurt Warner jest analitykiem NFL Network. W czasie swojej kariery zarobił ponad 65 mln dolarów. Dzięki temu wraz z żoną mogą poświęcać się różnym akcjom charytatywnym. W zeszłym roku Kurt był koordynatorem ofensywy w licealnej drużynie, w której jeden z jego synów grał jako WR.

Jest bardzo aktywny na Twitterze. Poświęca tam więcej miejsca rodzinie niż futbolowi.

5 sierpnia 2017 r. został oficjalnie wprowadzony do Pro Football Hall of Fame.

World Games 2017: Polska kończy na ostatnim miejscu

Finał World Games 2017 Francja - Niemcy fot. Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)Polska przegrała z USA 7:14 w meczu o brązowy medal World Games 2017. Biało-Czerwoni zaprezentowali się nieco lepiej niż przeciw Francuzom. Niestety powtórzył się schemat z półfinału: dobra obrona, bardzo dobre special teams i wyraźnie odstająca od nich ofensywa.

Nasi reprezentanci nie byli faworytami, zwłaszcza że wiadomo było, że Amerykanie drugiego tak słabego meczu jak przeciwko Niemcom nie zagrają. I faktycznie, ekipa USA od początku grała lepiej i uważniej. Ewidentnie pomogły dwa dni spędzone nad playbookiem zamiast nerwowego dzwonienia po wszystkich kolegach przebywających przypadkiem na Starym Kontynencie.

Ekipa naprędce poskładana z „importów” dominowała nad Polakami możliwościami atletycznymi i umiejętnościami indywidualnymi, a także doświadczeniem. Było to widać w sytuacji, kiedy jeden z puntów Amerykanów został zablokowany, przeleciał mimo to na naszą stronę linii wznowienia akcji, a nasi odruchowo rzucili się do piłki. To był dalej punt, Amerykanie nie mogli zdobyć z tego pierwszej próby, a gdy Polacy dotknęli piłkę Amerykanie (słusznie) zaczęli reklamować fumble. Sędziowie orzekli, że Polacy tę piłkę odzyskali, ale ja z trybun miałem spore wątpliwości.

Wróćmy jednak do początku meczu. Ciężko się to oglądało, jak zresztą wszystkie mecze w ramach tegorocznych World Games. Polacy nie stanowili żadnego zagrożenia w ataku, Amerykanie przez większość pierwszej połowy uzbierali dwa niecelne kopnięcia z pola, dopiero „do szatni” udało im się zdobyć przyłożenie. Przez większą część meczu oglądaliśmy popisy punterów. Tu należy docenić Adama Nelipa, który kopał jak maszyna: ok. 40 jardów netto w każdym puncie. Dla porównania najlepsi w tym elemencie w NFL LA Rams osiągali w zeszłym roku 46,2 jarda netto.

Bardzo dobrze spisywała się również nasza defensywa. Amerykański atak nie należał do najbardziej urozmaiconych, ale Polacy nie dawali im za dużo pograć. Ograniczony został RB Tristan McCathern, który takie problemy sprawiał w sobotę Niemcom. Niestety dużo krzywdy robiły nam screeny, zwłaszcza WR screen. Właśnie po takim zagraniu Mario Brown zdobył w czwartej kwarcie decydujące przyłożenie.

Niestety znów słabo grała nasz ofensywa. Przejście więcej niż kilkunastu jardów w serii ofensywnej stanowiło spore wyzwanie (nie liczę kar). Tym razem cały mecz rozgrywał Karol Żak.

W pierwszej połowie nie było widać różnicy jakościowej w porównaniu z półfinałem, mimo że linia Amerykanów była nieco słabsza niż linia Francji i Żak miał więcej czasu w kieszeni. Nieco lepiej wyglądało to w drugiej odsłonie, gdy Żak poprowadził dwie dobre serie ofensywne. Najpierw w trzeciej kwarcie Polacy przemaszerowali 78 jardów, a serię zakończyło podanie Żaka do Nelipa na przyłożenie.

Druga miała miejsce w ostatniej kwarcie, gdy Polacy byli o krok od wyrównania. Po drodze zdołali konwertować czwartą próbę (Żak do Matkowskiego). Matkowskiemu centymetrów zabrakło, by złapać wyrównujące przyłożenie w boisku. Niestety serię zakończył sack wzięty przez Żaka przy 4&5. Nasz rozgrywający zawahał się czy szukać jeszcze kolegi podaniem czy próbować zdobyć pierwszą próbę biegiem (było trochę miejsca) i w efekcie nie wyszło ani jedno ani drugie.

W drugiej połowie Żak dostał trochę więcej swobody od sztabu trenerskiego. Zaczął się też odrobinę bardziej kreatywny playcalling, choć Amerykanie nieźle czytali nasze zagrywki. Było to widać zwłaszcza w dobrze bronionych screenach i skutecznym kryciu reciverów przez secondary. W efekcie atak wyglądał odrobinę lepiej, ale to nie wystarczyło. Polska obrona znów wymusiła kilka strat, zanotowała kilka sacków, tylko co z tego, skoro po dobrej serii zaraz musieli wracać na boisko po kolejnym 3&out ofensywy.

W końcówce meczu widać było, że Polacy odczuwają trudy dwóch meczów w ciągu trzech dni. Opatrywani byli m.in. Adam Nelip, Adam Skakowski, Paweł Świątek i Kamil Ruta. Kapitan kadry wylądował wręcz w karetce. Paradoksalnie Biało-Czerwoni mieli większe problemy z kontuzjami niż grający węższym składem Amerykanie. Goście w sobotę wyglądali na kompletnie wyczerpanych, ale w poniedziałek nie było po nich widać jakiegoś ogromnego zmęczenia.

 

Finał zepsuty przez pogodę

Ostrzyłem sobie zęby na finał Francja-Niemcy i rzeczywiście przez dwie kwarty był to najlepszy mecz na tym turnieju, choć zapewne zbyt defensywny jak na gusta 9 tys. fanów zgromadzonych na Stadionie Olimpijskim. Gra obu drużyn mogła się podobać. Kreatywny playcalling, twarda obrona, sporo gry górą, próby zagrań zmyłkowych. Znów szalał atletyczny WR reprezentacji Niemiec, Kwame Ofori.

Po stronie francuskiej sporo było dobrej gry biegowej, a kilkoma efektownymi chwytami popisał się potężny TE Kevin Mwamba. Francuzi wyszli nieco lżejszymi formacjami niż przeciwko Polsce. Nawet gdy pojawiał się TE, częściej był dodatkowym reciverem niż dodatkowym blokerem. Formacji na dwóch TE, w której Francuzi spędzili większość pierwszej połowy meczu z Polską, było jak na lekarstwo.

Niestety niemal równo z początkiem meczu nad Wrocławiem rozpoczęły się opady deszczu, które z biegiem czasu zaczęły przybierać na sile. Wyglądały szalenie efektownie w świetle stadionowych jupiterów, ale kompletnie zniszczyły grę w drugiej połowie.

Obie drużyny ograniczyły się do gry biegowej i to dość prostej, bo wszelkie gwałtowne hamowania, zwroty i tym podobne zagrania były na mokrej murawie po prostu niemożliwe. Zawodnicy po powaleniach wykonywali efektowne kilkujardowe ślizgi, ale oglądało się to bardzo ciężko. Mecz rozstrzygnął błąd niemieckiego rozgrywającego, który zgubił mokrą piłkę pod własnym polem punktowym. Kilka akcji później Francuzi zdołali wbić się do endzone na decydujące przyłożenie.

Na finale stawiło się ok. 9 tys. kibiców, więcej niż na sobotnim meczu Poska-Francja. Część zapewne po raz pierwszy oglądała mecz futbolu amerykańskiego i tym większa szkoda, że zamiast piękna sportu zobaczyli widowisko zepsute przez warunki atmosferyczne. Jednak atmosfera na trybunach była świetna, futbolowi „weterani” tłumaczyli „nowicjuszom” co się dzieje na boisku. Były też bardzo aktywne grupy fanów z Francji i Niemiec.

World Games okazał się sukcesem jako magnes na zwykłego kibica. Jednak poziom sportowy pozostawiał nieco do życzenia. Spodziewałem się więcej, zarówno po naszej reprezentacji, jak i po pozostałych drużynach. Francuzi zasłużenie wygrali turniej, zwłaszcza w półfinale pokazali klasę. W finale ich grę podaniową zdusiła pogoda, ale i tak zwyciężyli nieprzypadkowo.

 

Co dalej z reprezentacją?

Kilku najbardziej doświadczonych weteranów zapowiadało reprezentacyjne albo wręcz futbolowe emerytury po World Games, ale myślę, że nie będzie ich aż tak dużo, bo chłopaki mają coś do udowodnienia. Nie można im odbierać woli walki i ambicji. Mamy defensywę na najwyższym europejskim poziomie, znakomite special teams, ale brak skutecznej ofensywy położył się cieniem na sukcesach pozostałych formacji.

Nie można mówić, że nie mamy dobrych zawodników. Kadrowicze we wcześniejszych meczach pokazywali, że potrafią grać na europejskim poziomie. Ofensywa Panthers Wrocław, składająca się głównie z Polaków, nie miała problemu, by skutecznie rywalizować ze Swarco Raiders Tirol.

Nasuwa się myśl, czy to nie jest kwestia braku rozgrywającego. W końcu z kadrowiczów nominalnym #1 w klubie Topligi jest tylko Karol Żak. Bartek Dziedzic gra ostatnio częściej jako WR, a Filip Mościcki (którego nie zobaczyliśmy na boisku ani na moment w tym turnieju), to QB wicemistrzów PLFA I Kraków Kings.

Tyle że to byłoby pójście na łatwiznę. Jasne, lepsza gra podaniowa otworzyłaby również grę biegową, ale nasza o-line nie potrafiła zdominować linii wznowienia akcji. Trudno tu mówić, że liniowi są słabi, skoro w europejskich pucharach radzili sobie z różnymi zagranicznymi „dzikami”.

Niestety trzeba rozliczyć trenera Brada Arbona i jego sztab trenerski. Amerykański szkoleniowiec dostał bardzo komfortowe warunki i pełne wsparcie całego futbolowego środowiska. Mecze na World Games były spotkaniami z najsilniejszymi rywalami w czasie 2,5-rocznego okresu, ale nie wszystko można tym tłumaczyć. Zwycięstwo z Francją byłoby mega sensacją, ale mogliśmy się spodziewać choćby nawiązania wyrównanej walki, a nie pogromu 28:2.

Bardzo wątpliwy był ofensywny playcalling. W żadnym z meczów nie byliśmy faworytem, a to oznacza, że warto podejmować ryzyko. Tymczasem Polacy grali bardzo konserwatywnie, dość ubogim playbookiem. Nie wierzę, że przez niemal trzy lata szlifowania schematów kadrowicze nie przećwiczyli podania play action czy akcji typu zone read. Jedno i drugie zdejmuje nieco presji z QB. Tymczasem zamiast spróbować jakiejś formy opcji Karol Żak ruszał na samobójcze biegi środkiem boiska. Kiedy Francja wysoko prowadziła, aż prosiło się o jakiś trick play lub zmyłkowy punt. To przecież trick play przyniósł Niemcom zwycięstwo nad Amerykanami.

Polski playbook nieco otworzył się w drugiej połowie przeciwko Amerykanom i dało to naprawdę dobry efekt. Nie wiem czemu dopiero wtedy. Czemu, gdy Francja odjeżdżała, polscy szkoleniowcy nie sięgnęli do głębin playbooka, by postawić wszystko na jedną kartę.

Na koniec pozostaje sprawa, która budzi od dłuższego czasu kontrowersje w środowisku. Czy kadrowicze zostali po prostu zajechani? Męczące zgrupowanie z zajęciami od 6.00 do 22.00, mało czasu na regenerację po sezonie. Nie wiem czy faktycznie sztab trenerski przesadził z ilością treningów. Podczas World Games kadrowicze nie wyglądali na wykończonych, ale tu grała adrenalina, więc niekoniecznie wszystko można dostrzec z trybun.

Na wszystkie te pytania musi sobie odpowiedzieć PZFA. Wydaje mi się, że czas Brada Arbona dobiegł końca. Trzeba zbudować nowy sztab szkoleniowy i wyznaczyć nowe strategiczne cele dla reprezentacji. Na pewno nie można jej „zamrozić”, bo w Polsce nic tak nie nakręca popularności sportu jak sukcesy reprezentacji. Przekonali się o tym koszykarze w latach 90-tych, a ostatnio siatkarze i piłkarze ręczni. Środowisko futbolowe potrzebuje reprezentacji, ale reprezentacji grającej ciekawszy futbol niż ten zaprezentowany podczas World Games.

 

Zdjęcie: Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)

World Games 2017: Francja za mocna dla Polski

mikołaj Pawlaczyk powstrzymywany przez obrońców Fancji fot. Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)Nie tak to miało wyglądać. O ile defensywa dotrzymywała kroku faworyzowanym Francuzom, o tyle ofensywa nie miała za wiele do powiedzenia w półfinałowym meczu World Games 2017. Trójkolorowi byli wyraźnie lepsi i zasłużenie wygrali 28:2, a wynik niestety oddaje to, co w sobotni wieczór działo się na murawie Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu.

Zaczęło się jak marzenie. Dobrze zatrzymana akcja powrotna Francuzów po kickoffie, a w pierwszym snapie ofensywnym wymuszone fumble, po którym piłkę odzyskuje Antoni Omondi. Niestety tu zaczęły się schody. Ofensywa nie zdołała zdobyć pierwszej próby, a kopnięcie Adama Nelipa z około 50 jardów trafiło w poprzeczkę. Jak się później miało okazać, była to jedna z dwóch najlepszych w tym meczu okazji do zdobycia punktów przez ofensywę.

Wkrótce potem doświadczeni Francuzi zaczęli wypracowywać przewagę. Warto tu podkreślić świetną pracę naszej defensywy, która nie dała się zdominować, mimo przewagi szybkości i masy po stronie Trójkolorowych. Zdołali ograniczyć najgroźniejszą broń Francuzów, czyli bieganie środkiem. Kilka razy w czasie meczu RB Francji zdołali się urwać na długie biegi, ale częściej to nasz d-line skutecznie zamykał ścieżki biegowe, ograniczając zyski do minimum.

Niestety większe problemy mieliśmy z play action, które siało spustoszenie w szeregach Biało-Czerwonych, zwłaszcza w drugiej kwarcie. Ciężkie formacje Francuzów z 1-2 TE ściągały naszych linebackerów pod linię wznowienia akcji. Kiedy goście biegali, obrona sobie radziła. Ale kiedy z tych formacji rzucali, często kończyło się to dużymi zyskami jardowymi.

Pierwsze przyłożenie dla Francji było efektem kalkulowanego ryzyka. Omondi poszedł na safety blitz i zabrakło mu zaledwie ułamków sekund do sacku. Niestety Paul Durand, QB przeciwnika, zorientował się w tym i znalazł podaniem Andrew Jamesa, którego w tej sytuacji krył znacznie wolniejszy i mniej zwrotny Szymon Barczak. Barczak nie znalazł się w kadrze przypadkiem, to świetny zawodnik, ale przeciwko szybkiemu i zwrotnemu rywalowi po prostu nie miał szans. Takie blitze to „sack or bust”. Trzecia próba, dobre ryzyko, nie udało się.

Początek drugiej kwarty to promyczek nadziei. Zaczęło się od dobrego puntu Nelipa.

Dygresja: warto pochwalić nasze special teams. Punty Nelipa i ekipa odpowiedzialna za ich pokrycie to kawał dobrej roboty. Podobnie jak akcje powrotne po kickoffach. Special teams było tym elementem gry, w którym byliśmy lepsi od Francuzów. Niestety nie na tyle lepsi, żeby miało to znaczenie dla końcowego wyniku.

Wróćmy do drugiej kwarty. Przyparci do własnego endzone Francuzi popełnili błąd przy snapie, który skończył się safety po tackle Pawła Świątka. To były pierwsze i niestety ostatnie punkty Biało-Czerwonych w tym meczu.

Francuzi konsekwentnie punktowali i odjeżdżali. Chyba pierwszy raz widziałem mecz, w którym zespół wygrał klasyfikację strat (naliczyłem trzy straty Francuzów i jedną Polaków), a jednocześnie został zdecydowanie pokonany.

Niestety polska defensywa nie była obroną Chicago Bears ’85, która wygrywała mecze bez pomocy ofensywy. Tej ofensywnej pomocy w sobotę zabrakło. Obrona raz po raz była przywoływana na plac boju, bo atak miał problemy z pozostaniem na boisku.

Nie pomogła zmiana rozgrywającego w przerwie. Bartosza Dziedzica, który większość pierwszej połowy spędził umykając przed pass rushem Francuzów, zastąpił Karol Żak. Obraz gry uległ nieco zmianie, ale głównie z powodu zmiany playcallingu: Żak dostał nieco więcej akcji podaniowych. Trudno jednak mówić, żeby ofensywa pod wodzą Żaka wyglądała lepiej niż pod wodzą Dziedzica. Co prawda to właśnie Żak był blisko podania na TD. Piłkę w polu punktowym upuścił Patryk Matkowski. Choć „upuścił” to może za duże słowo. Podanie nie było do końca precyzyjne, ale piłka na pewno była do złapania.

Polacy nie zdołali zapunktować nawet kiedy Francuzi dwukrotnie podarowali nam pierwsze próby po karach przy naszych odkopnięciach. O-line wyraźnie przegrał walkę „w okopach”, nasi reciverzy nie potrafili regularnie uwalniać się od krycia, a z ławki nie było widać żadnego pomysłu na inne granie. Kiedy wyszedł jeden slant, trenerzy od razu zaordynowali tą samą zagrywkę, w czym Francuzi od razu się połapali i przechwycili piłkę.

Szkoda, bo ta drużyna ma większy potencjał, niż 2:28. Ale kilka akcji pozostanie w naszej pamięci: dwa punkty po safety, efektowny rajd Tomasza Żukowskiego po przechwycie, kapitalne INT Adama Larego na linii pola punktowego (świetnie przeczytana akcja, najwyższa europejska klasa) i punt Adama Nelipa zatrzymany na centymetry od pola punktowego.

Czas na podsumowanie turnieju jeszcze przyjdzie po meczu o brąz. Niezależnie jednak od mojego rozczarowania grą i wynikiem nie mogę się zgodzić z pojawiającymi się w internecie opiniami, jakoby Polacy się nie starali i są „gwiazdeczkami Facebooka”. Nasi reprezentanci zostawili na boisku mnóstwo zdrowia i nie oszczędzali się, o czym pewnie najlepiej wie mocno poobijany pierwszy QB Trójkolorowych. Pamiętajmy, że to nie są przepłacane i rozpieszczane gwiazdeczki tzw. Ekstraklasy w piłce nożnej. Ci faceci robią to całkowicie za darmo, podporządkowując futbolowi amerykańskiemu całe swoje życie zawodowe i prywatne. Choćby z tego względu należy im się szacunek i owacja trybun, a nie pospiesznie wychodzący przed końcem meczu „fani”. Dla naszych kadrowiczów zdjęcie z rodziną w biało-czerwonych barwach to często jedyna nagroda za lata wyrzeczeń. Naprawdę ktoś chce im tego odmówić?

Na koniec dwa słowa o organizacji. Szkoda, że za całość nie odpowiadali Panthers Wrocław :) A zupełnie poważnie, to mocno, ale pozytywnie zdziwiła mnie frekwencja na pierwszym meczu półfinałowym, gdy na trybunach zameldowało się ponad 4 tys. kibiców. Na meczu Polaków było już ponad 8 tys. fanów. Szkoda tylko, że w organizacji dopingu na trybunach przeszkadzał DJ, który podkręcał muzykę, gdy trybuny zaczynały coś skandować i kompletnie rozbijał doping. Także opcje gastronomiczne były dość ubogie, zwłaszcza dla osób, które przyszły na oba mecze. Na zwykłych ligowych spotkaniach Panthers wybór i jakość są dużo lepsze.

 

Niemcy w finale World Games

Mecz Polska – Francja z oczywistych względów interesował nas najbardziej, ale wcześniej drugi półfinał grali Niemcy z Amerykanami.

Wcześniej wydawało się, że „po gospodarsku” wzięliśmy sobie najłatwiejszego rywala w półfinale, ale okazuje się, że Francuzi są zdecydowanie najmocniejsi. A na pewno maja najlepiej poukładany atak.

USA – Niemcy nie było nawet meczem dla koneserów. Drużyna USA zebrana z łapanki wśród zawodników grających w Europie była kompletnie niezgrana. Ale trudno żeby było inaczej, skoro niektórzy pierwszy raz zobaczyli kolegów w dniu meczu. W sumie z 34 przebranych do meczu zawodników aż 9 gra lub grało w PLFA. Najlepszym graczem w barwach Amerykanów był RB Triston McCathern, reprezentujący w tym roku barwy Bielawa Owls.

Zresztą Niemcy też nie pokazali niczego wielkiego. Zabrakło kilku czołowych graczy, których nie puściły kluby. Poza tym reprezentacja Niemiec nie grała razem od kilku lat i do World Games przystąpili „z marszu”.

Przez cały mecz wynik był na styku, a obie drużyny prześcigały się w głupich błędach. W pierwszej połowie Niemcy z trzech wycieczek do red zone wynieśli dwa niecelne field goale. Nie zdołali zdobyć punktów nawet gdy piłka leżała już o pół jarda od pola punktowego Amerykanów. Braki w zgraniu drużyna USA nadrabiała atletyzmem, przewagą fizyczną i umiejętnościami indywidualnymi.

Prawdę mówiąc zapewne wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna postawa rozgrywającego, Dustina Willinghama. Brak zgrania to jedno, ale katastrofalna technika podań to coś zupełnie innego. Duża część jego podań dziwacznie rotowała w powietrzu, aż prosząc się o przechwyt i kilkukrotnie się doczekał.

Poza tym Amerykanie mieli ogromny problem ze snapami. Te raz za razem były albo za niskie albo przelatywały nad głową rozgrywającego. Właśnie takie fumble przy snapie zakończyło ich szanse na odzyskanie prowadzenia na koniec czwartej kwarty.

Niemcy też niespecjalnie imponowali w ataku. Co prawda wysocy reciverzy wykonywali niesamowite chwyty nawet w podwojeniach, ale ich bieganie ścieżek pozostawiało wiele do życzenia. Zwycięskie przyłożenie zdobyli po efektownym trick playu. Rezerwowy QB Paul Zimmermann ustawił się jako WR, otrzymał podanie do tyłu i podał do kompletnie niepilnowanego Kwamego Ofori, zupełnie zaskakując Amerykanów. To była zdecydowanie akcja meczu, świetnie zaplanowana i wyegzekwowana.

Niemcy zagrają w finale z Francją w poniedziałek o godz. 19:00. Jeśli marzą o wygranej, będą musieli liczyć na swoją obronę, bo ofensywa nie pokazała zbyt wiele. Amerykanie w poniedziałek o 13:00 zmierzą się o brąz z Polską. Mimo mizerii zaprezentowanej przez USA w półfinale to oni będą faworytami meczu. Mają dwa dni na opracowanie playbooka. Pytanie tylko jak z regeneracją. Pod koniec półfinału amerykańscy liniowi (po obu stronach piłki) słaniali się na nogach.

 

Zdjęcie: Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)

Panthers Wrocław z perfect season

Panthers Wrocław po raz drugi z rzędu zdobyli mistrzostwo Polski. Tym razem w Łodzi pokonali Seahawks Gdynia 55:21. Wynik nie do końca oddaje przebieg meczu, bo gdynianie przez dwie kwarty grali z faworyzowanymi Panterami jak równy z równym, a posypali się dopiero po przyłożeniu Deante Battle’a na początku czwartej kwarty.

 

Cetner Superstar

XII Superfinał Topligi PLFAArek Cieślok i spółka to jedna z najlepszych linii defensywnych w Polsce, może nawet najlepsza. Ekipa z Trójmiasta ma też gwiazdy na innych pozycjach. Ale największym atutem wicemistrzów polski jest ich szkoleniowiec. Maciej Cetnerowski jak żaden inny trener w Polsce potrafi opracować i wdrożyć idealny game plan na to jedno, najważniejsze spotkanie. Widzieliśmy to w IX i X Superfinale, gdy Jastrzębie dwukrotnie sensacyjnie pokonywały Pantery. I widzieliśmy to w XII Superfinale, gdy Seahawks byli w grze dużo dłużej niż ktokolwiek poza kibicami gdynian przypuszczał przed meczem.

W Łodzi Seahawks pokazali kilka rzeczy, których nie widzieliśmy przez cały sezon. Jędrzej Stęszewski i Filip Pawełka na antenie Polsatu Sport zwracali szczególną uwagę na biegającego z piłką Josepha Bradley’a. Faktycznie QB Seahawks do tej pory zachowywał się niczym typowy pocket passer i biegał rzadko. Przy czym raczej były to „scramble”, czyli biegi wynikające z załamania się akcji podaniowej, a nie zaplanowane akcje po ziemi. Tymczasem w Superfinale zademonstrował kilka niezłych biegów po zone read.

Jednak dla mnie majstersztykiem była akcja z połowy pierwszej kwarty, gdy Seahawks ustawili się, jakby planowali RB screen na prawą stronę, po pump fake’u Bradley’a cała obrona ruszyła w tamtą stronę, a tymczasem rzeczywistym adresatem podania i wykonawcą screena okazał się Jakub Mazan, który złapał piłkę na środku boiska i przebiegł z nią ok. 30 jardów. Aż szkoda, że gdynianie nie próbowali więcej screenów zamiast mało skutecznych biegów na zewnątrz.

Ogromne brawa za pierwszą połowę należą się też linii ofensywnej Seahawks. Powstrzymanie pass rushu Panthers to niełatwe zadanie. Tymczasem Bradley miał czas na podania, momentami wręcz za dużo. Kilka razy około pięciu sekund, co w futbolu jest wiecznością.

 

Błędy, błędy, błędy

Seahawks wiedzieli, że to rywale są faworytem i potrzebują pomocy ze strony wrocławian. I doczekali się. Począwszy od kontuzji. Już na początku meczu urazów doznali OL Marcin Kwaśkiewicz i RB Adam Skakowski. Z mniejszymi i większymi problemami zdrowotnymi zmagali się Kamil Ruta (ramię) i Paweł Świątek, który po jednym z mocnych uderzeń był diagnozowany za linią boczną pod kątem wstrząśnienia mózgu.

Zwłaszcza uraz Skakowskiego zmusił Pantery do sporych zmian w ofensywie. Do tej pory Konrad Starczewski tylko raz w tym sezonie dostał więcej niż pięć biegów, a było to 25 marca przeciwko… Seahawks. W Supefinale biegł dziesięć razy, co jest jego rekordem sezonu.

W pierwszej kwarcie gra biegowa Panter szła tak sobie. Kilka niezłych rajdów zaliczył Tim Morovick, głównie z zone read, ale przy jednej tego typu akcji zgubił piłkę, wyciągając ją z „koszyka” Starczewskiego. Do bezpańskiej futbolówki dopadł Arkadiusz Cieślok i wrócił z nią na przyłożenie, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Deja vu sprzed dwóch lat. Chwilę później Adam Roszkowski fantastycznie wyszarpał piłkę Starczewskiemu (brawa dla sędziów, którzy nie zatrzymali przedwcześnie gry) i gdynianie znów mieli piłkę na połowie ataku. Wydawało się, że zdołają odskoczyć, a mistrzostwo jest sprawą otwartą.

Tyle że nie tylko Jastrzębie popełniały błędy w niedzielny wieczór na Stadionie Miejskim w Łodzi. Jeśli jakikolwiek polski zespół chce wygrać z Panthers, musi zagrać perfekcyjne zawody. Do tej perfekcji gdynianom było daleko. Jakub Mazan i Paweł Fabich to klasowi reciverzy, ale w finale zaliczyli kilka fatalnych dropów. Bolesny był zwłaszcza drop Mazana w pierwszej serii drugiej kwarty. Bradley wykonał najlepsze podanie meczu, przepiękny rzut z 15 jarda na skraj endzone. Piłka idealnie wpadła w ręce Mazana, tyle że za chwilę z nich wypadła. Seria skończyła się zablokowanym kopnięciem z pola i zerem zamiast siedmiu punktów.

Blok wynikał ze złego snapu i to kolejny duży problem gdynian. Zły snap przy FG, potem, po drugim odzyskaniu fumble, gdynianie stracili grubo ponad 20 jadów, gdy center przerzucił snap nad głową Bradleya. W dalszej części meczu snapowanie również pozostawiało sporo do życzenia, choć nie doszło do równie spektakularnych wpadek.

 

Odjazd Panter

Jeśli chcesz wygrać z Panthers, nie możesz dać im odskoczyć. Gdy się rozpędzą, nie sposób ich zatrzymać.

Seahawks długo się trzymali, ale w drugiej połowie w końcu pękli. Nie wykorzystali szansy, by odskoczyć w pierwszej połowie, dostali wyrównujący TD do szatni (na pół minuty przed końcem połowy). Jeszcze w trzeciej kwarcie mogli przejąć kontrolę nad meczem, gdy fatalne podanie Morovicka przejął Hubert Chudy. Tyle że trzy akcje później jeszcze gorszym podaniem popisał się Bradley, a przechwyt zanotował Adam Lary.

Przebłysk nadziei pojawił się jeszcze w trzeciej kwarcie, gdy po kolejnej 80-jardowej serii ofensywnej gdynianie zdołali zmniejszyć straty do jednego posiadania piłki. Jednak po świetnym powrocie po kickoffie Patryka Matkowskiego wrocławianie potrzebowali tylko półtorej minuty, by zaliczyć kolejne przyłożenie.

Decydująca i brzemienna w skutkach okazała się decyzja podjęta na 9 min. przed końcem meczu przy dwóch przyłożeniach straty Seahawks. Tu jeszcze można było powalczyć, jednak gdynianie w sytuacji 4&9 na własnym 32 jardzie podjęli decyzję o puncie. Zasadniczo trudno mieć do nich o to pretensje, ale kiedy rywale mają przewagę i są faworytem, liczenie na dwukrotne odzyskanie piłki i zdobycie dwóch przyłożeń w 9 minut to chyba nadmiar optymizmu coacha Cetnerowskiego. I tak, wiem, że łatwo mi to pisać na spokojnie dobę po meczu.

Nie potrafię powiedzieć, czy decyzja była dobra czy zła. Jednak jej efekty okazały się fatalne. Deante Battle wykonał 70-jardową akcję powrotną na przyłożenie. To kompletnie rozbiło Sehawks. Trzy kolejne serie ofensywne gdynian to w sumie osiem snapów, trzynaście jardów i trzy przechwyty.

Wrocławianie wygrali zasłużenie, ale szkoda że wynik był tak wysoki. Za kilka lat mało kto będzie pamiętał, że Seahawks postawili Panthers trudne warunki. Pozostanie jedynie wynik – 55:21.

MVP meczu został Tim Morovick. Był wyborem najbardziej oczywistym, bo zaliczył cztery TD po ziemi i jeden podaniem i przebiegł aż 219 (!) jardów. Jednak w grze podaniowej spisał się poniżej oczekiwań. Ze 150 jardów górą aż 56 zrobiło jedno dalekie podanie do Patryka Matkowskiego. Jego dalekie piłki nie były zbyt precyzyjne, nawet ta bomba do Matkowskiego nie była idealnie w tempo i skończyło się na 56 jardach zamiast na przyłożeniu. Moim zdaniem graczem meczu był Deante Battle. 7,5 tackla, efektowny sack i ten decydujący punt return.

W defensywie graczem meczu wybrano Arkadiusza Cieśloka. DL gdynian faktycznie zagrał dobre zawody, ale jego wybór to raczej efekt naszej dziwnej tradycji, że jeśli najlepszy gracz ofensywy jest z jednej ekipy, to najlepszy gracz defensywy musi być z drugiej. Wybieranie MVP defensywy z formacji, która oddała 48 punktów to średni pomysł. Lepszy byłby Battle albo Adam Lary.

W drużynie wicemistrzów Polski warto wyróżnić jeszcze Jana Domagałę, który wyszarpał 84 jardy w 14 biegach i był najjaśniejszym punktem ofensywy Jastrzębi.

Historia NFL: 1978 – rok, który odmienił oblicze ligi

W 1978 r. najlepiej opłacanym zawodnikiem w NFL był running back O.J. Simpson. Najlepiej opłacany rozgrywający, Fran Tarkenton, zarabiał ponad dwa razy mniej. Jednak to w tym sezonie zakończyła się seria zmian przepisów, które na zawsze odmieniły oblicze futbolu amerykańskiego i uczyniły z quarterbacków najjaśniejsze gwiazdy tego sportu.

 

Stalowa Kurtyna i spółka

Na początku lat 70-tych nic nie zapowiadało tak drastycznych zmian. Nowa liga NFL, powstała z połączenia dawnych AFL i NFL, dominowała na rynku profesjonalnego futbolu w Stanach. Równowaga między ofensywą i defensywą wydawała się zachowana, a rozgrywki zdominowali kapitalni Miami Dolphins, którzy dwa razy z rzędu sięgali po tytuł mistrzowski, z czego w 1972 r. bez porażki.

Zobacz: W pogoni za idealnym sezonem

Jednak większość tej dekady to kompletna dominacja niewiarygodnych wprost linii defensywnych. Rams mieli „Przerażający Kwartet” („Fearsome Foursome”, to jeszcze końcówka lat 60-tych), a Vikings „Purpurowych Ludożerców” („Purple People Eaters”). Jednak żadna z tych formacji nie budziła takiego popłochu u ofensywnych liniowych i quarterbacków jak „Stalowa Kurtyna” („Steel Curtain”, aluzja do zimnowojennej „Żelaznej Kurtyny”) z Pittsburgha. Zresztą imponujące ksywki nie ograniczały się do do całych formacji. Liderem linii Steelers był „Mean Joe” Greene.

Dzisiejsze oglądanie highlightów tej formacji to dziwne doświadczenie. Wygląda na to, że głównym celem „Stalowej Kurtyny” jest urwanie rozgrywającemu głowy, przetrącenie mu kręgosłupa i połamanie nóg. Najlepiej wszystko w jednej akcji.

Dotyczyło to nie tylko liniowych. To były czasy, gdy atakowanie szczytem kasku było nie tylko dozwolone, ale wręcz nauczane. Kiedy rozgrywający był celem polowań, a nie obiektem chronionym. Kiedy wstrząśnienia mózgu były traktowane podobnie jak siniaki, a „bezbronny reciver” oznaczał frajera, którego można i należy skasować. Jednym z firmowych zagrań Deacona Jonesa, jednego z „Fearsome Foursome”, był potężny cios w kask ofensywnego liniowego zaraz po snapie. Tak, to było legalne. Nic dziwnego, że jednymi z pierwszych ex-graczy ze zdiagnozowanym CTE byli właśnie ofensywni liniowi.

Efektowna gra defensywna podobała się wielu fanom, ale już od lat 50-tych znane były badania mówiące, że więcej przyłożeń przekłada się na więcej widzów na trybunach. Po prostu kibice, zwłaszcza ci mniej zaangażowani, woleli grę ofensywną.

Tymczasem defensywy zyskiwały coraz większą przewagę. O ile w 1972 r. przeciętna akcja ofensywna przynosiła 4,82 jarda, a podanie 5,66 jarda, o tyle w 1977 r. było to odpowiednio 4,41 (spadek o 8,5%) i 5,18 (również -8,5%). Na początku lat 70-tych podawano niemal równie często jak biegano, tymczasem w 1977 r. tylko 42,3% akcji było podaniami. Coś trzeba było z tym zrobić.

 

Pierwsze reformy

Choć przełomowe okazały się reformy z 1978 r., proces przebiegał przez całe lata 70-te. Już w 1972 r. liga przeniosła hashmarki. To te małe kreski na środku boiska. Odmierzają pojedyncze jardy, ale i wyznaczają skrajne miejsca, z których rozpoczyna się akcje. Wcześniej znajdowały się znacznie szerzej, w 1972 r. przesunięto je bliżej środka boiska, dokładnie na szerokość słupków bramki.

Celem tej zmiany było otwarcie „wąskiej” strony boiska i utrudnienie korzystania z linii bocznej jako dodatkowego obrońcy. Zmiana pomogła running backom. W 1972 r. dwukrotnie więcej zawodników przekroczyło 1000 jardów po ziemi niż rok wcześniej. Jednak przyniosła pewne nieoczekiwane konsekwencje. Po pierwsze utrudniła grę podaniową, bo defensywy nie musiały rozsuwać szeroko swojej secondary i mogły maskować rodzaj krycia, który stosują. Po drugie bardzo ułatwiła kopnięcia z pola. Hashmarki na szerokość słupów oznaczały, że kopacze nie musieli mierzyć się z sytuacją, gdy piłka snapowana była spoza światła bramki.

W efekcie nieco wzrosły średnie zyski jardowe w akcjach biegowych (z 3,8 jarda na akcję w 1970 r. do 4,1 w 1972 r.), ale spadła liczba przyłożeń, a przez to i punktów. W 1977 r. drużyny zdobywały średnio 17,2 pkt/mecz (22,5 pkt/mecz w sezonie 2016), choć w 1972 r. średnia ta przekraczała 20. Trzeba było działać dalej.

W 1974 r. liga wprowadziła kilka zmian, zdopingowana pojawieniem się rok wcześniej konkurencyjnej WFL (World Football League). Po pierwsze przeniesiono bramki z linii pola punktowego na linię końcową boiska, czyli oddalono je o 10 jardów, wydatnie utrudniając field goale. Dodatkowo po niecelnym kopnięciu z pola drużyna broniąca dostawała piłkę na ostatniej linii wznowienia akcji. Wcześniej każdy niecelny FG traktowany był jak touchback i obrona zaczynała z 20 jarda. Ponadto zmniejszono kary za trzymanie i nielegalne użycie rąk przez ofensywę z 15 do 10 jardów.

W 1976 r. na stadionach zamontowano widoczne dla wszystkich zegary odmierzające czas do snapu, co mocno przyspieszyło grę. Tę różnicę doskonale widać dziś w PLFA. W meczach z play clock piłka snapowana jest znacznie szybciej niż w spotkaniach, gdy zegar biegnie jedynie w głowie sędziego głównego.

W 1977 r. wprowadzono „regułę Deacona Jonesa”, czyli zabroniono defensynym liniowym uderzania w kask ofensywnych liniowych.

To nie pomogło. W sezonie 1977 ofensywy w NFL sięgnęły dna. Zdobywały najmniej jardów i punktów w historii. Potrzeba było rewolucji. I rewolucja nadeszła.

 

Uwolnić reciverów. I liniowych

Zmian w 1978 r. było kilka, jednak rewolucyjne znaczenie miały dwie.

Po pierwsze wprowadzono znaną dziś zasadę zakazu kontaktu z reciverem po pięciu jardach od linii wznowienia akcji. Wcześniej reciverowi nie wolno było inicjować kontaktu przed podaniem, ale defensor jak najbardziej mógł. W efekcie wielcy, fizyczni DB wprost okładali reciverów, nie pozwalając im na uwolnienie się od krycia. Celował w tym zwłaszcza Mel Blount z Pittsburgh Steelers, stąd nowy przepis ochrzczono „Mel Blount rule”.

Nagle reciverom znacznie łatwiej było uwolnić się od krycia, a cornerbackowie zostali zmuszeni do zupełnie innej gry. Fizyczni zawodnicy, którzy pomiatali reciverami musieli ustąpić mniejszym, zwrotniejszym zawodnikom, których znamy ze współczesnych secondary.

To jednak nic by nie dało, gdyby nie zapewniono lepszej ochrony quarterbackom. Zrobiono to, dając ofensywnym liniowym więcej swobody. Przed sezonem 1978 ofensywni liniowi mogli blokować jedynie własnym ciałem. Dłonie trzymali zamknięte i zetknięte mniej więcej na wysokości własnej piersi. Nie mieli szans z potężnymi rywalami, którzy do woli używali rąk i okładali ich bezlitośnie po głowach. Od 1978 r. wprowadzono definicję holdingu, która z drobnymi modyfikacjami przetrwała do dziś. Oznaczało to, że o-line może uderzać i odpychać d-line otwartą dłonią, jak długo dłonie znajdują się nie szerzej niż barki.

 

Efekty nowych przepisów

W 1978 r. mistrzostwo zdobyli jeszcze Steelers i Stalowa Kurtyna. Jednak skuteczność podań wzrosła z roku na rok o niemal 2 pkt. proc., a średni zysk z akcji podaniowej o 0,36 jarda. Prawdziwa rewolucja nadeszła w latach 80-tych. „Men Joe” i spółka odeszli do lamusa. Nadszedł czas Joe Montany i West Coast Offense San Francisco 49ers, a także Dana Marino, Johna Elwaya i innych wielkich QB.

Z roku na rok w NFL coraz więcej się podaje, a coraz mniej biega. Akcje biegowe przynoszą mniej więcej tyle samo jardów. Od 1970 r. średni zysk z akcji biegowej co roku zamyka się w przedziale 3,8-4,3 jarda. Tymczasem skuteczność podań rośnie od 1978 r. nieustannie. W 1971 r. przeciętny QB posyłał do celu średnio 50,9% podań. W 1980 r. pękła granica 55%, w 2007 60%, a w 2016 średnia skuteczność wynosiła 63%. W 1981 r. po raz pierwszy średni zysk z akcji podaniowej przekroczył 6 jardów. Od sezonu 2011 wskaźnik ten nie spadł poniżej 6,3.

Trenerzy to widzą. Z roku na rok oglądamy coraz więcej podań i coraz mniej biegów. Running backowie są niżej cenieni niż kiedykolwiek wcześniej. Piąty DB w większości drużyn stał się de facto starterem, bo 80% czasu defensywy ustawiają się w formacji nickel (5 DB) lub dime (6 DB). W zeszłym roku rekordowe 59,31% akcji ofensywnych było podaniami. Czy w tym sezonie padnie granica 60%?

Zobaczcie jak zmieniły się ofensywy NFL od sezonu 1978 r. (kliknij na odpowiedni wykres, żeby powiększyć)

Procent akcji biegowych i podaniowych w NFL

Przeciętny zysk jardowy z akcji biegowych i podaniowych w NFL

Procent celnych podań w NFL

Opracowanie własne na podstawie danych z pro-football-reference.com

 

P.S. Będzie mi bardzo miło jeśli zechcesz zostawić lajka na Facebooku lub na Twitterze

Running back – dobro szybkozbywalne

Marshawn Lynch (z piłką). Fot. Kelly Bailey na licjencji CC BY 2.0W XX wieku running backowie stanowili elitę NFL. To oni zdobywali jardy, przyłożenia i uwielbienie fanów. Jim Brown, O.J. Simpson, Walter Peyton i podobni im zawodnicy dostawali najlepsze kontrakty, reklamy i role w filmach po zakończeniu kariery. Jednak ostatnie lata to drastyczny spadek ich wartości. Stali się niczym FMCG – produkt szybkozbywalny. Sprzedawani często, tani, szybko się zużywają i często się ich wymienia. Jak proszek do prania czy wycieraczki samochodowe.

 

Adrian Peterson, najlepszy running back ostatnich lat, długo szukał klubu. Marshawn Lynch wrócił na własne życzenie, ale zarobi ułamek tego co w Seattle. Jamaal Charles dostał kontrakt nieznacznie przekraczający minimum weterana. Ubiegłoroczny lider przyłożeń biegowych, LeGarette Blount, dostał ofertę opiewającą na 1,1 mln dolarów.

Według Spotrac.com przeciętny running back w NFL zarabia 1,2 mln rocznie. Jeszcze gorzej mają fullbackowie, zarabiający 0,82 mln. Są opłacani gorzej niż kickerzy (1,46 mln) i puterzy (1,53 mln). Jedynie long snapperzy (0,76 mln) są wyceniani niżej niż biegacze. Dla porównania OL zarabia średnio 1,92 mln, DL 1,91 mln, LB 1,89 mln, a rozgrywający dostają średnio aż 4,59 mln. dolarów rocznie.

 

Trzy niechciane gwiazdy

Adrian Peterson to ostatni nie-QB, który zdobył MVP NFL. Dokonał tego w sezonie 2012, gdy przebiegł 2097 jardów na kosmicznej średniej 6 jardów/bieg. Dokonał tego zaledwie rok po rekonstrukcji więzadeł w kolanie. Jednak od tej pory zagrał tylko w 34 meczach na 64 możliwe. Przez cztery sezony przebiegł w sumie 2898 jardów na średniej 4,36 jarda/bieg. Wciąż niezłej, ale znacznie poniżej średniej z kariery. W wieku 32 lat w wyniku kontuzji i zawieszeń stracił dwa z trzech ostatnich sezonów. Nikt nie miał wątpliwości, że Minnesota Vikings nie zechcą zapłacić swojej największej gwieździe i najbardziej produktywnemu biegaczowi w historii klubu niemal 18 mln dolarów, które byli mu winni w ostatnim roku kontraktu.

Marshawn Lynch był kluczowym komponentem ofensywnym Seattle Seahawks, którzy wygrali Super Bowl w sezonie 2013, a w roku 2014 dopiero w ostatnim meczu sezonu ulegli New England Patriots. Przed sezonem 2016 odszedł na emeryturę, bo jasne było, że Seahawks nie będą skłonni mu płacić 7 mln dolarów po 2015 r., gdy miał problemy ze zdobywaniem jardów za słabą o-line Seattle.

Jamaal Charles w Kansas City Chiefs stał się najlepszym graczem ofensywy i prototypowym nowoczesnym running backiem. Łapał, biegał, grał w pass protection. Dla przykładu w sezonie 2013 wybiegał 1287 jardów i 12 TD, dokładając do tego 693 jardy i 7 TD po złapanych podaniach. Momentami niemal w pojedynkę ciągnął mało dynamiczną ofensywę Chiefs. Ale nie miało to znaczenia, gdy w dwóch ostatnich sezonach urazy ograniczyły go da ośmiu meczów i 83 przebiegniętych jardów. 6 mln dolarów okazało się dla KC stawką nie do przełknięcia.

Peterson szukał klubu. Nie znalazł przed draftem. Po drafcie podpisał umowę na dwa lata z New Orleans Saints. Biorąc pod uwagę, że nie lubi grać z formacji shotgun, nie ma pojęcia o pass protection i stanowi znikome zagrożenie jako reciver, nie mógł trafić gorzej. Ponadto Saints mają już biegowy taran w postaci Marka Ingrama. Kontrakt niby dwuletni na 7 mln, ale tak naprawdę roczny na 3,5 mln z opcją dla klubu. A do tego w sezonie 2018 aż 1,65 mln będzie wypłacane tylko jeśli Peterson będzie zdolny do gry (103 tys. za każdy mecz w aktywnym składzie).

Lynch wrócił z emerytury, by pograć w rodzinnym Oakland, póki jest tam klub NFL. Raiders długo wybrzydzali, w końcu dali mu dwuletnią umowę. Niby na maksymalną wartość 16,5 mln, ale zdecydowana większość to bonusy i płatności uzależnione od dostępności w meczu. Gwarancji jest na niecałe 2,5 mln.

Charles podpisał roczną umowę w Denver. Teoretycznie z bonusami 3,75 mln, w praktyce Broncos mogą go zwolnic nawet jutro bez konsekwencji. Smaczku dodaje fakt, że chcieli go tylko rywale z dywizji, co oczywiście wywołało wściekłość kibiców Chiefs. Tylko czemu kierują tę wściekłość w stronę Charlesa?

 

Wierzchołek góry lodowej

Ta trójka to tylko najbardziej rozpoznawalna grupa. Ale problemy z lukratywnymi umowami na rynku ma znacznie więcej wolnych agentów. Eddie Lacy został najlepszym debiutantem sezonu 2013. Jednak Packers pozbyli go się bez żalu, choć RB to jedna z ich najsłabiej obsadzonych pozycji. Przyczyniły się do tego kłopoty ze zdrowiem i z utrzymaniem właściwej wagi. Lacy dostał umowę od Seahawks. Ale tylko roczną, a prawie 2/3 z możliwych do zarobienia 6 mln to różne bonusy.

LeGarette Blount w ostatnim sezonie był liderem NFL z 18 biegowymi przyłożeniami. Do tej pory jest bez umowy, a Patriots nałożyli na niego rzadko stosowany tag (prawdę mówiąc do dziś nie wiedziałem, że w ogóle istnieje), który daje mu roczną pensję w wysokości 1,1 mln dolarów, a jeśli podpisze kontrakt z inną drużyną wciąż liczy się w formule wyborów kompensacyjnych, co stanowi spory cios w wartość Blounta. Bardzo brutalna zagrywka ze strony Pats.

Le’Veon Bell to jeden z najlepszych RB młodego pokolenia. Wszechstronny, o pełnej gamie umiejętności. Jednak Pittsburgh Steelers nie zdecydowali mu się dać długiej umowy. Na franchise tagu zarobi ponad 12 mln, więc nie ma co go żałować. Ale nawet z tak unikatowym zawodnikiem Steelers nie chcą się wiązać na dłużej. Kontuzje i oblane testy na obecność narkotyków to poważne argumenty przeciwko długoletniej umowie.

Skąd tak gwałtowna dewaluacja wartości running backów w NFL? Składa się na to kilka czynników.

Po pierwsze to szybkie „zużywanie się” zawodników na tej pozycji. Najczęściej zawodnicy ścierają się z przeciwnikiem o podobnej posturze. D-line z O-line, WR z DB itd. Ale running backowie zderzają się z liniowymi cięższymi o kilkadziesiąt kilogramów, pędzącymi niczym pociąg pancerny. W efekcie w wieku 30 lat zużycie materiału jest potężne. Biegacze swoje najlepsze lata mają kiedy są nieopłacani (na uczelni) albo słabo opłacani (na umowie debiutanckiej).

Dla wielu debiutancki kontrakt, jakkolwiek ograniczony, jest najlepszą umową w ich karierze. Stąd Leonard Fournette i Christian McCaffery odmówili udziału w bowlach swoich uczelni oraz indywidualnych treningów z drużynami. Ewentualne urazy kosztowałyby ich miliony dolarów. A tak McCaffery poszedł z #8 i dostał w pełni gwarantowane 17,2 mln, a Fournette poszedł z #4 i dostanie w pełni gwarantowany kontrakt w okolicach 27 mln. Nawet gdyby osunęli się tylko jedną rundę w dół, kosztowałoby ich to od kilkunastu (McCaffery) do nawet 20 mln dolarów (Fournette). A tych strat już nigdy nie odrobią. Gdy dobiegną końca ich kontrakty (4 lata plus opcja dla drużyny) Fournette będzie miał 27, a McCaffery 25 lat. To jeden, góra trzyletni kontrakt, zapewne za mniejsze pieniądze.

Wróćmy do dewaluiacji running backów. Drugim powodem jest ogólny spadek wartości gry biegowej. Od 1970 r. średni zysk z akcji biegowej w NFL waha się w przedziale 3,8-4,3 jarda na akcję bez wyraźnego trendu wzrostowego lub spadkowego. Tymczasem zysk z akcji podaniowej rośnie nieprzerwanie od 1978 r. Rekord, 6,41 jarda na akcję, padł w sezonie 2015, ale w 2016 było to 6,37 jarda w porównaniu do 5,18 jarda na akcję w 1977 r. W 1980 r. liczba akcji podaniowych w NFL zrównała się z liczbą akcji biegowych i ciągle rośnie. W sezonie 2016 59,31% akcji było akcjami podaniowymi. W tym tempie za 2-3 sezony będziemy oglądali poniżej 40% biegów.

(Ciekawostka: rekord padł w 2000 r. i było to 59,41%, ale była to jednorazowa anomalia w długoterminowym trendzie wzrostowym)

Running backowie są mniej potrzebni, upowszechniają się formacje spread, w których jest miejsce tylko dla jednego gracza z tej pozycji. Ponadto bardo mocno zmienia się ich rola. Nie wystarczy biegać z piłką. Współczesny RB musi wytrzymać choć chwilę w pass protection przeciwko potworom w typie J.J. Watta oraz łapać piłki niczym slot reciver.

McCaffery i Fournette poszli w pierwszej rundzie, bo świetnie biegają, ale dodatkowo oferują dużą wartość dodaną w grze podaniowej. Po prostu można ich przesunąć do slotu i nagle z formacji 11 (1 RB, 1 TE, 3 WR) robi nam się formacja 01 (1 TE, 4 WR), a nieprzygotowany na to personel defensywny ma pełną pieluchę. Wbrew pozorom piekielnie trudno znaleźć takiego zawodnika. Klasyczni biegacze w stylu Petersona to dinozaury. Z kolei slot reciverzy przebrani za reciverów a’la James White z Patriots nie dają za wiele jako klasyczni biegacze. Jeśli nie umiesz podawać, łapać i blokować, jesteś tylko jedną z części zamiennych w mechanizmie.

Spadek wartości weteranów na RB najłatwiej dostrzec w statystykach. Od czterech sezonów w pierwszej trójce z największą liczbą jardów biegowych mieści się tylko jeden weteran i dwóch graczy na debiutanckich kontraktach. Zeszły sezon stanowił apogeum, bo tylko trzech z pierwszych dziesięciu najlepszych biegaczy w NFL grało na drugiej lub kolejnej umowie.

Co więcej jeśli zależy nam na jardach biegowych, nie trzeba nawet sięgać po RB w pierwszej rundzie draftu. Co prawda liderem w zeszłym roku był Ezekiel Elliott, który poszedł z czwórką w drafcie 2016, ale już drugi Jordan Howard to produkt piątej rundy, czwarty Jay Ajayi również, a siódmy David Johnson poszedł w trzeciej rundzie. Skoro mogę mieć Howarda (1313 jardów po ziemi, 298 górą) za 2,6 mln lata na cztery lata, to czy ma sens płacenie weteranowi nawet 1,5 mln rocznie?

To nie znaczy, że nie ma running backów, którzy zarabiają duże pieniądze. LeSean McCoy (Bills) ma kontrakt na 8 mln/rok, Doug Martin (Bucs) na 7,15 mln, Lamar Miller (Texans) na 6,5 mln, a Chris Ivory (Jaguars) na 6,4 mln. Widzicie wzorzec? Żadna z tych drużyn nie grała w playoffach. Poza Texans, ale oni i tak tam byli z braku lepszej drużyny w dywizji.

Dla porównania mistrzowie NFL New England Patriots na siedmiu RB przeznaczają w sumie 12,66 mln dolarów pod salary cap. Wicemistrzowie, Atlanta Falcons wydają 3,4 mln na czterech RB. Green Bay Packers 2,72 mln na sześciu. Seattle Seahawks 8,13 mln na dziesięciu. Oakland Raiders 5,2 mln na pięciu. Wyjątkiem w zeszłorocznej czołówce są Dallas Cowboys, którzy mają pod czapką tłusty debiutancki kontrakt Elliotta oraz Pittsburgh Steelers i franchise tag dla Bella.

W dzisiejszej NFL elitarny running back to dla większości drużyn zbędny luksus. To szybkozbywalne dobro, które można kupić za półdarmo, a potem wymienić na nowszy model bez szkody dla drużyny. Drodzy rodzice, nie pozwólcie waszym dzieciom na bycie running backami.

 

P.S. Będzie mi bardzo miło jeśli zechcesz zostawić lajka na Facebooku lub na Twitterze

 

Zdjęcie: Kelly Bailey na licencji CC BY 2.0

Moneyball odbudowuje Cleveland Browns

1 mecz w playoffach, 2 sezony na plusie, 8 GM-ów, 9 trenerów, 26 startowych rozgrywających. Bilans 88-200. To Cleveland Browns od 1999 r., najgorzej zarządzany klub NFL w XXI wieku. Czy plan, który Sashi Brown i Paul DePodesta realizują konsekwentnie drugi offseason przyniesie efekty na boisku?

 

W połowie lat 90-tych wydawało się, że Browns mogą wreszcie nawiązać do wielkich tradycji drużyny Paula Browna, która w latach 50-tych i 60-tych zdobyła cztery mistrzostwa NFL, jedenastokrotnie grała w finale ligi i tylko raz w ciągu dwudziestu sezonów nie osiągnęła dodatniego bilansu.

W Ohio był ciekawy skład prowadzony przez młodego, zdolnego szkoleniowca, Billa Belichicka, protegowanego legendarnego Billa Parcellsa. W sezonie 1994 zanotowali bilans 11-5 i w pierwszej rundzie playoffów pokonali prowadzonych przez Parcellsa New England Patriots. Jednak w offseason wybuchła bomba.

Właściciel drużyny, Art Modell, uznał, że czas przenieść Browns do innego miasta. W amerykańskim sporcie nie ma wielu świętości, ale przenoszenie Browns do innego miasta brzmiała jak przeprowadzka Boston Celtics czy New York Yankees. Niepewnośc i fatalna atmosfera wokół drużyny sprawiły, że w sezonie 1995 Browns wygrali tylko pięć meczów, a Modell zwolnił Belichicka.

Ostatecznie Modell dostał prawo do przeniesienia klubu. Mógł zabrać wszystkich zawodników, trenerów i innych pracowników, ale nie dziedzictwo Browns. Prawo do nazwy, rekordów i całego dziedzictwa drużyny zostało w Cleveland. Nowy klub Modella nazwano Baltimore Ravens. Browns ponownie zagrali w NFL dopiero w 1999 r., jako zupełnie nowa drużyna, choć formalnie kontynuator świetnych tradycji poprzedniej ekipy o tej nazwie.

 

Lata chude

Początkowo wydawało się, że Browns wrócą do grona contenderów. Początki, jak dla każdej nowej ekipy, były ciężkie. Wybrany z #1 w drafcie 1999 QB Tim Couch okazał się niewypałem, zapoczątkowując całą serię nieudanych eksperymentów na QB. W dwóch pierwszych sezonach nowi Browns wygrali w sumie pięć meczów. Jednak w 2001 r. drużynę przejął trener Butch Davis, który wcześniej odbudował futbolowy program Uniwersytetu Miami (tego na Florydzie). W 2002 r. został również generalnym managerem.

W 2001 r. Browns wygrali siedem meczów, a w 2002 dziewięć. Awansowali też do playoffów. Do dziś nie udało im się powtórzyć awansu, choć raz (2007) wygrali nawet 10 spotkań w sezonie zasadniczym.

W Cleveland rozpoczął się niekończący korowód trenerów, GM-ów i rozgrywających. Mało kto zostawał na dłużej niż dwa sezony. Przybrało to wręcz karykaturalną postać. Po zwolnionym w 2004 r. Butchu Davisie żaden trener nie osiągnął nawet 40% zwycięstw w swojej „karierze” w Browns. Dla wielu epizod w Cleveland stawał się gwoździem do trumny.

Każdy zawodnik, który pokazał choć trochę kompetencji, uciekał gdzie pieprz rośnie. A nie było ich wielu. Lista draftowych wpadek jest imponująca. Z 14 graczy wybranych w pierwszych dwóch rundach draftów 2009-2013 tylko CB Joe Haden wciąż gra w Browns.

W trakcie sezonu 2012 drużynę kupił Jim Haslam. Początkowo niewiele się zmieniło. Po zakończeniu roku pracę tradycyjnie stracili HC i GM. Rob Chudziński i Mike Lombardi, kolejny duet na tej pozycji wytrzymali tylko rok. Ray Farmer i Mike Pettine dostali tylko dwa lata. I wówczas Haslam zrobił coś nieoczekiwanego.

 

DePodesta i Brown

W styczniu 2016 r. nowym Generalnym Managerem został Sashi Brown. Niespełna 40-letni prawnik, do tej pory doradca front office w latach 2005-2012 w Jaguars, od 2013 r. w Browns. Do pomocy dostał Paula DePodestę, 44-letniego analityka, znanego fachowca od zaawansowanej analityki. Tyle że DePodesta całą zawodową karierę spędził w baseballu. Jest znany z książki „Moneyball”, gdyż był jednym z głównych analityków w Oakland Athletics (w filmie go nie ma, bo nie zgodził się na wykorzystanie swojej postaci, częściowo na nim wzorowana jest postać grana przez Jonah Hilla).

Oczywiście NFL zaczęło szydzić. Dwóch smarkaczy będzie się bawiło komputerkami, żeby zrobić coś z niczego. Media pisały, że Browns powinni zatrudnić kogoś z futbolowym doświadczeniem.

Brown i DePodesta wyszli z prostych założeń. Najlepiej budować drużynę przez draft, bo to źródło tanich, młodych i względnie niezużytych zawodników, któych można wdrożyć do swojego systemu. Draft to loteria, bo nie ma skautów i GM-ów wyraźnie lepszych w identyfikowaniu właściwych graczy. W związku z tym najlepszym sposobem jest zgromadzenie jak największej ilości wyborów w drafcie. I zaczęli to robić. Spektakularnie i z niespotykaną konsekwencją.

Zaczęli od draftu 2016. Najpierw uznali, że żaden z topowych QB nie daje gwarancji na przyszłość. Pozwolili więc, by Eagles zapłacili królewski okup za ich #2. Orły wyłożyły #8, #77 i #100 w drafcie 2016 oraz pierwszą rundę w 2017 (#12 jak się okazało) i drugą rundę w 2018. To nie koniec. #8 w 2016 r. oddali do Tennessee, dorzucili #176, w zamian dostali #15, #76 i drugą rundę w 2017 (#52). W efekcie z #2 i #176 zrobiło się siedem picków. W tych dwóch transakcjach Browns zarobili na czysto wybory o wartości przekraczającej wartość #1 w drafcie. Innymi słowy wyczarowali sobie #1. Ot tak.

W sumie w trakcie draftu 2016 Browns dokonali pięciu wymian. Za każdym razem w dół, biorąc kolejne wybory i zawodników. W efekcie wybrali 14 zawodników, najwięcej odkąd draft liczy tylko siedem rund.

Trudno było oczekiwać, by Browns 2016 byli mocni. Nie byli. Wygrali tylko jeden mecz i skończyli z #1 w drafcie 2017. Ale tego było im mało. Przed sezonem 2016 musieli pogodzić się z kilkoma bolesnymi stratami na rynku wolnych agentów (Alex Mack, Mitchell Schwartz, Tashaun Gipson, Travis Benjamin). Jednak wciąż generowali wybory.

Nieudany wybór z pierwszej rundy draftu 2013, Barkevius Mingo, powędrował do Patriots za #175 w drafcie 2017. Wymienili punterów z Detroit, zyskując pick w czwartej rundzie 2018. Dostali wybór w drugiej rundzie 2018 za wzięcie na siebie kontraktu Brocka Osweilera.

W efekcie przed draftem 2017 znów mieli masę wysokich wyborów, w tym dwa w pierwszej rundzie (#1 i #12). Jednak Brown i DePodesta wiedzieli, że muszą zacząć zamieniać te wybory na zawodników, w przeciwnym razie cała ich maestria na nic. Jeszcze w trakcie ubiegłorocznych rozgrywek pozyskali z Patriots Jamiego Collinsa, prototypowego nowoczesnego linebackera. Oddali za niego wybór z trzeciej rundy tegorocznego draftu (#103).

Offseason to mocne uderzenia na rynku wolnych agentów. Znów poszli w stronę, którą podpowiadała analityka, czyli linię ofensywną. Udało im się utrzymać OG Joela Bitinio, LT Joe Thomasa i dodać do nich C J.C. Trettera i OG Kevina Zeitlera. Na papierze to jedna z najmocniejszych linii w lidze. Z Rams dołączył WR Kenny Britt.

 

Draft 2017

W drafcie 2017 nie chodziło już tylko o mnożenie wyborów. Ale kiedy Texans znowu zaproponowali ciekawą ofertę… Tym razem za #12 ekipa z Houston oddała #25 i pick w pierwszej rundzie 2018. Browns wybrali w pierwszej rundzie aż trzech zawodników. Z #1 wzięli Mylesa Garetta, który uznawany jest za najlepszego pass rushera od czasu Vona Millera. Z #25 wszechstronnego safety Jabrila Peppersa. A z #29 TE Davida Njoku.

W tym roku według większości znawców nie było dobrych wyborów na rozegraniu, a Patriots nie chcieili rozstać się z Jimmim Garoppolo. Brown nie rzucał się na dostępnych QB, ale w drugiej rundzie zgarnął DeShone Kizera, utalentowanego chłopaka, któremu zaszkodził słaby sezon w wykonaniu jego uniwersyteckiej drużyny. Tak więc wyszli z draftu z trzema pickami z pierwszej rundy i młodym rozgrywającym, za którego nie musieli zastawiać całej przyszłości.

A w drafcie 2018 znów mają dwa wybory w pierwszej i trzy w drugiej rundzie (plus dodatkowy wybór w czwartej i szóstej).

 

Oczywiście przed Browns jeszcze daleka droga. Trzeba poukładać tych 24 chłopaków wybranych w ostatnich dwóch draftach. Trzeba wreszcie „wyprodukować” startowego rozgrywającego. Jednak Brown i DePodesta mają plan i realizują go z rzadko w NFL spotykaną konsekwencją. Cleveland Browns jako drużyna są mi kompletnie obojętni. Jednak ich front office zaimponowało mi na tyle, że trzymam kciuki za ich strategię.

 

P.S. Jeśli podobał Ci się tekst, zostaw proszę lajka na Facebooku lub na Twitterze.

Kto jest kim w klubie NFL

Kto decyduje o składzie drużyny, a kto o składzie meczowym? Gdzie podejmowane są kluczowe decyzje w czasie draftu? I kto właściwie rządzi w klubie? Dziś o tych pracownikach klubu, którzy nie zakładają padów, ale mają ogromny wpływ na wynik drużyny.

 

Choć wielu kibiców nie lubi o tym myśleć, klub NFL to przede wszystkim korporacja z branży rozrywkowej, obliczona na zarabianie pieniędzy. To zawodnicy są najbardziej widoczni i zgarniają większość chwały, ale to nie oni rządzą w firmie. Podobnie jak największe nawet gwiazdy Hollywood nie rządzą na planie filmowym.

Pamiętajcie, że struktura, którą opisuję w tym tekście to najpopularniejsze i typowe rozwiązania, ale od każdej zasady znajdą się wyjątki.

 

Zarząd

Każdy klub NFL to korporacja, czyli to co my określamy jako spółkę akcyjną (oczywiście to nie dokładnie to samo, ale nie będę wchodził w szczegóły różnic w działaniu spółek handlowych w Europie i Stanach). Kluby te zrzeszone są w swego rodzaju truście, w którym każda drużyna ma takie same udziały. Tym trustem jest National Football League. Wartość tego przedsięwzięcia jest kosmiczna. Przeciętny klub wart jest ok. 2,3 mld dolarów, co pozwala wycenić wartość całej ligi na 73,6 mld dolarów. Dla porównania przychody budżetu Polski w 2017 r. zaplanowane zostały na ok. 83,6 mld dolarów.

Według zasad panujących w lidze, każdy klub może mieć maksymalnie 32 udziałowców, z czego jeden musi posiadać minimum 30% udziałów. Od tej zasady jest jeden wyjątek, o którym za chwilę. W praktyce niemal każdy klub ma dominującego udziałowca, który kontroluje wszystkie udziały lub ich większość.

Najczęściej są to zamożni biznesmeni, dla których klub NFL jest jednym z wielu miliardowych przedsięwzięć biznesowych. Dla przykładu właścicielem Seattle Seahawks jest Paul Allen, współzałożyciel Microsoftu, którego majątek wyceniany był przez „Forbesa” w 2016 r. na 18,9 mld dolarów, z czego Seahawks stanowią ok. 11,8% (2,23 mld dol). Allen jest również właścicielem klubu NBA Portland Trail Blazers.

Wyjątkiem w tym gronie są Green Bay Packers. Drużyna od samego początku jest własnością społeczności Green Bay, malutkiego miasta w Wisconsin. Ich kapitał znajduje się w posiadaniu przeszło 360 tys. akcjonariuszy. Akcje nie dają prawa do dywidendy i nie można ich sprzedać, jedynie przekazać członkom najbliższej rodziny. Nikt nie może posiadać więcej niż 5% akcji. Co jakiś czas emitowane są nowe akcje klubu (ostatnio w 2011 r. w celu zebrania pieniędzy na rozbudowę stadionu). Jedynym przywilejem „właścicieli” jest możliwość wyboru siedmioosobowej rady nadzorczej na czele z prezesem. Prezes pełni rolę właściciela w kontaktach z resztą ligi.

Właściciele spotykają się dwa razy do roku na spotkaniu ligowym, gdzie ustalane są najważniejsze sprawy, jak zmiany przepisów. Na co dzień większość z nich nie angażuje się bezpośrednio w prowadzenie klubu, choć jest sporo wyjątków, na czele z Jerrym Jonesem, który pełni funkcję Generalnego Managera w Dallas Cowboys. Na co dzień reprezentantem interesów właścicieli jest wybierany przez nich komisarz ligi. Od września 2006 r. tę funkcję pełni Roger Goodell.

Jak już wspomniałem, zaangażowanie dużej części właścicieli w codzienne działania klubu jest nieznaczne. Pełnią oni z reguły funkcje prezesa (CEO) lub szefa rady nadzorczej (Chairman). Na co dzień na czele klubu stoi CEO (jeśli właściciel jest w radzie nadzorczej), COO (Chief Operational Officer, po polsku powiedzielibyśmy o Dyrektorze Wykonawczym) lub President (najczęściej tłumaczone na polski jako prezes).

Niezależnie od tytulatury to właściciel lub wyznaczony przez niego człowiek są w firmie „pierwszym po Bogu” i podlegają im wszyscy inni pracownicy klubu. Najczęściej bezpośrednio pod CEO/COO znajduje się dział, nazwijmy go, administracyjny. To wszyscy pracownicy nie związani bezpośrednio z futbolem, czyli marketing, PR, księgowość i reszta osób, bez których żadna duża organizacja nie może się obejść. Nas jednak interesuje głównie część związana bezpośrednio ze sportem.

Pod tekstem znajdziecie schemat przedstawiający typowy dział futbolowy w klubie NFL.

 

Generalny Manager

Na czele wszystkich operacji futbolowych stoi Generalny Manager, podlegający bezpośrednio CEO. Nie zawsze nosi dokładnie taki tytuł. John Elway w Denver Broncos oficjalnie jest „Wiceprezesem ds. Działalności Sportowej” (Executive Vicepresident of Football Operations). Jednak potocznie mówi się o nich „GM”. To szczyt kariery we „front office”.

Front Office to pion podlegający GM-owi. Odpowiadają za wszystkie kwestie futbolowe, które nie podlegają trenerom. Więcej o nich za chwilę.

GM to najczęściej były skaut, choć zdarzają się też specjaliści od salary cap lub byli zawodnicy, jak wspomniany Elway czy John Lynch w San Francisco 49ers.

W większości klubów to on ma ostatnie zdanie w kwestii doboru trenera, zakontraktowania i zwalniania zawodników oraz wyborów w drafcie. Tak więc to GM kompletuje skład drużyny i to on odpowiada za kiepskie wybory w drafcie i wątpliwe kontrakty. Dokładne kompetencje GM-a i jego relacje ze sztabem trenerskim różnią się w różnych drużynach.

 

Front office

W skład front office wchodzą dwa główne piony. Po pierwsze magicy od salary cap. To ich obowiązkiem jest takie zarządzanie czapką płacową, by klub miał jak najwięcej środków na zakontraktowanie nowych zawodników. Oni konstruują płace i pilnują, by drużyna nie wyszła nad kreskę. To jednak głównie robota dla prawników i księgowych.

Drugim, najczęściej większym pionem front office są skauci. To oni wyszukują zawodników do klubu. Niektóre kluby posiadają „Dyrektora ds. Zawodników” (Director of Player Personnel), który jest głównym skautem, jednak najczęściej tę rolę pełni GM.

Skauci dzielą się na dwie grupy. Jedna, zarządzana przez Dyrektora ds. Zawodowców (Director of Pro Personnel) obserwuje graczy obecnie w NFL, w practice squadach oraz tych, którzy o NFL się otarli, ale są obecnie bez kontraktu. Oni muszą zaalarmować szefa natychmiast, kiedy ciekawy gracz staje się dostępny, zaproponować wymianę lub ocenić kwalifikacje wolnych agentów. Każdy klub NFL ma pełną bazę danych na temat zawodników konkurencji, co przydaje się również trenerom przed meczami z konkretną ekipą. Najczęściej skauci mają przydzielony klub NFL lub kilka klubów, które obserwują.

Druga grupa zajmuje się zawodnikami w NCAA. Oficjalnie drużyny NFL mogą obserwować jedynie seniorów (zawodników rozgrywających swój czwarty sezon na uczelniach) lub młodszych, o ile ci młodsi oficjalnie zgłosili się do draftu. Na ich czele stoi Dyrektor ds. Skautingu na Uczelniach (Director of College Scouting). Z reguły każdy ze skautów ma swój rejon i jego zadaniem jest wyławiać perełki z podległych mu uczelni i przedstawiać je do oceny „wyżej”. To ten dział przygotowuje pierwszy szkic „ściągi”, z której drużyny korzystają podczas draftu, by wybrać najlepszego ich zdaniem gracza.

 

Główny trener (Head Coach)

To najważniejsza osoba w sztabie trenerskim. Najczęściej jest wybierany przez GM-a i podlega mu, ale są też drużyny, gdzie stanowisko trenera jest równorzędne GM-owi i obaj podlegają bezpośrednio prezesowi. Relacje między HC i GM to jedna z najważniejszych więzi w klubie. GM wybierający zawodników bez konsultacji z trenerem może zrobić klubowi ogromną krzywdę. Z kolei trener nie może wyrzucać z siebie niekończących się życzeń bez oglądania się na salary cap i opinie skautów. W większości klubów to GM wybiera 53-osobowy skład, ale to HC wyznacza 45 graczy aktywnych w dniu meczu. W efekcie między nimi musi istnieć mniejsze lub większe porozumienie, a otwarte konflikty prędzej czy później kończą się zwolnieniem jednego z nich (czasem obu).

Ciekawy jest przypadek Billa Belichicka, który w New England Patriots pełni zarówno funkcję GM-a, jak i trenera. To obecnie jedyny taki przypadek w NFL, choć niejedyny w historii ligi.

Codzienne obowiązki trenera różnią się w zależności od jego preferencji i talentów. Jednak generalnie odpowiada on za dobór reszty kadry trenerskiej i wyznaczenie ogólnych założeń taktycznych. Niektórzy szkoleniowcy angażują się bardzo po jednej stronie piłki (w ataku lub obronie), inni lubią bawić się w playcallerów, prowadzić osobiście treningi lub prowadzić jedynie ogólny nadzór. Tak czy inaczej ponosi on największą odpowiedzialność za grę drużyny.

 

Sztab trenerski

Wśród osób podlegających HC należy wyróżnić koordynatorów. To przede wszystkim koordynator ofensywy (OC) i defensywy (DC) oraz cieszący się znacznie mniejszym prestiżem koordynator special teams. Koordynatorzy to z reguły doświadczeni trenerzy, często z doświadczeniem jako HC. Posada koordynatora to najczęściej przedostatni krok w karierze trenerskiej, przed osiągnięciem pozycji HC.

Koordynatorom podlegają trenerzy poszczególnych pozycji. Czasami pewne pozycje są łączone (np. safety+CB, WR+QB) lub każda ma swojego trenera.

W czasie meczu najczęściej koordynator wybiera zagrywkę w ataku/obronie, z której wynika personel (np. pięciu liniowych, trzech WR, jeden TE, jeden RB i QB). Zadaniem trenerów pozycyjnych jest wysłać na boisko odpowiednich graczy. Oczywiście wcześniej sztab trenerski ustala, że w tej formacji/przy tej zagrywce powinni wyjść ci gracze, ale zadaniem trenera pozycyjnego jest zadbanie, by odpowiedni ludzie znaleźli się na boisku, upewnienie się, że żaden nie jest kontuzjowany, a także podjęcie decyzji o zmianie, jeśli któryś gra słabo.

Przed meczem sztab trenerski analizuje grę przeciwnika i przygotowuje plan meczowy, czyli ogóle założenia taktyczne na spotkanie. Obowiązki w tym procesie różnią się z drużyny na drużynę. Są kluby, w których pracują osoby nie biorące udziału w treningach, a jedynie analizujące nagrania meczowe, w innych jest to dodatkowy obowiązek „normalnych” trenerów.

Ponadto w sztabie trenerskim znajdziemy jednego lub kilku trenerów odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne zawodników oraz różnych asystentów do zadań specjalnych. HC podlega również sztab medyczny z klubowym lekarzem i fizjoterapeutami.

 

Schemat organizacyjny typowego pionu futbolowego w klubie NFL

(Kliknij by powiększyć)

 

Jeśli podobał Ci się tekst, zostaw proszę lajka na Facebooku lub na Twitterze.