Panthers Wrocław wygrali Ligę Mistrzów!

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenByło nerwowo, Pantery znów przespały trzecią kwartę, ale udało się. Po kolejnym dobrym meczu przy Oporowskiej Panthers Wrocław pokonali Milano Seamen 40:37 i sięgnęli po triumf w IFAF Champions League!

Finał Ligi Mistrzów zaczął się idealnie po myśli Wrocławian. Już w pierwszej akcji meczu E.J. White puścił 79-jardową bombę na przyłożenie do Tomka Dziedzica. W tej akcji zaspała secondary Seamen. To o tyle dziwne, że mediolańczycy ewidentnie zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie niosą dalekie piłki do Dziedzica i Patryka Matkowskiego. Niemal każdy defensywny snap grali z dwoma safety, czasem w wariancie Cover 2, czasem wręcz Cover 4 (czterech cofniętych DB), a czasami z jakimiś wariacjami na temat.

Goście odpowiedzieli w następnej serii ofensywnej. Garret Safron podał na przyłożenie do Filippo Fiammenghiego. Wydawało się, że będzie to bardzo trudny dzień dla defensywy Panter, zwłaszcza że na samym początku stracili Adama Larego, który doznał jakiegoś urazu ręki lub ramienia. Dołączył do innych kontuzjowanych defensorów wrocławian: CB Karola Mogielnickiego i SS/LB Pawła Świątka. Lary co prawda wrócił na chwilę w drugiej połowie, ale nie przypominał tego zawodnika, który dzielił i rządził w półfinale przeciwko Danube Dragons.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenReszta pierwszej połowy należała do gospodarzy. Świetnie funkcjonowała gra podaniowa i E.J. White podał jeszcze na trzy przyłożenia. Jedno złapał Tomek Dziedzic, drugie Bartosz Dziedzic, ponownie występujący jako skrzydłowy, a jedno Matkowski. Szkoda tylko, że przy przyłożeniu Matkowskiego fatalny błąd popełnili sędziowie. W tej akcji falstart popełnił Konrad Starczewski. I to falstart tak ewidentny, że w oczekiwaniu na flagę stanął zarówno wrocławski fullback, jak większość defensorów zeszłorocznego mistrza Włoch. Jednak sędziowie nie rzucili flagi, a gdy goście popędzili do nich ze słusznymi pretensjami, zarobili jeszcze 15-jardową karę za niesportowe zachowanie.

Panthers zdecydowanie dominowali w defensywie, a mediolańczycy nie radzili sobie z naszym duetem skrzydłowych. Dodatkowo nieźle wyglądała gra special teams, która z reguły dawała Panterom bardzo dobrą pozycję startową. W formacji defensywnej Adama Larego zastąpił Tomasz Kamiński, który do tej pory nie miał za wiele okazji, by grać na najwyższym poziomie. Jednak wepchnięty na główną scenę spisywał się wyśmienicie. Może nie idealnie, ale jednak lepiej niż grający po drugiej stronie, znacznie bardziej doświadczony, Mikołaj Cieśla.

Prowadzenie mistrzów Polski mogłoby być nawet wyższe, ale kapitalnym przechwytem we własnym endzone popisał się David Guthrie, który w niespotykany na europejskich boiskach sposób przeczytał podanie E.J. White’a. Dodatkowo kiedy zegar odmierzający czas gry pokazał 0:00 piłka przeleciała między słupami po 41-jardowym kopnięciu Stefano Di Tunisiego, nominalnego skrzydłowego.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenNiemniej przewaga 27:10 do przerwy wydawała się bezpieczna, a Dawid Biały (pozdrawiam!) zaczął już koronować Pantery na „mistrzów Europy”. Za wcześnie.

Podobnie jak w piątek, trzecia kwarta okazała się najsłabszą w wykonaniu wrocławian. Na pierwsze przyłożenie Włochów Polacy jeszcze odpowiedzieli przyłożeniem Wiktora Zięby po podaniu White’a. Jenak dwa kolejne zdobyli goście i nagle przewaga wrocławian stopniała do zaledwie trzech punktów (34:31).

Trudno powiedzieć, by coś się nagle załamało w grze Panthers. To raczej Seamen zaczęli grać znacznie lepiej. Przede wszystkim pomogło odejście od upartego, siłowego biegania przez środek. Świetnie funkcjonowała gra podaniowa, a wysocy, fizyczni reciverzy mediolańczyków łapali piłki nierzadko w dobrym, ciasnym kryciu defensywy, czasami naprawdę w ekwilibrystyczny sposób.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenNa szczęście w czwartej kwarcie zaczęło się od kolejnej bomby White’a do Matkowskiego. Goście zdołali jeszcze zdobyć TD na 4 minuty przed końcem meczu i ponownie zmniejszyli straty do trzech punktów. Jednak potem Konrad Starczewski spokojnie połykał jardy i sekundy kolejnymi biegami. Być może Seamen zdołaliby jeszcze odzyskać piłkę, gdyby mądrzej gospodarowali timeoutami, ale jednak ofensywie wrocławian udało się „spalić” zegar do końca i mogliśmy się cieszyć z wygranej IFAF Champions League.

W barwach wrocławian wyróżnić należy zwłaszcza obu reciverów: Patryka Matkowskiego i Tomasza Dziedzica. W drużynie gości kapitalne spotkanie rozegrał David Guthrie, który szalał we wszystkich trzech formacjach: obrony (przechwyt, sporo tackli), ataku (kilka złapanych piłek, w tym TD) oraz w special teams (kilka niezłych akcji powrotnych).

Mówienie, że Panthers są „mistrzami Europy” jest trochę na wyrost. Mamy Big6 Europe, czyli te najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe, jest też European Football League, minimalnie silniej obsadzona niż IFAF Champions League. Jednak dzisiejsza wygrana Panthers to historyczny sukces nie tylko tej drużyny, ale i całego krajowego futbolu amerykańskiego.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Milano SeamenJeszcze kilka lat temu Czesi czy Austriacy bezlitośnie obijali nasze drużyny w europejskich pucharach. Dziś to nasi reprezentanci obijali te ekipy. Panthers pokazali, że rozwój futbolu w Polsce to nie tylko napompowana bańka. Nie tylko gonimy Europę, ale już dogoniliśmy. Daleko nam jeszcze do Niemców, wciąż poza zasięgiem jest liga austriacka czy francuska (jako całość, Panthers w obu ligach zapewne daliby sobie radę). Ale wrocławianie pokazali, że z PLFA trzeba się liczyć. Polacy przestali być młodszym braciszkiem, który pierwszy raz założył pady i tak uroczo usiłuje tacklować, a stali się pełnoprawnym uczestnikiem europejskich pucharów. Przed sezonem pisałem, że udział Panthers w IFAF Champions League pokaże, gdzie jest nasz klubowy futbol na tle Europy. Jest wysoko. Wciąż nie na szczycie, ale to był kolosalny krok. Na pewno największy międzynarodowy sukces w historii polskiego futbolu.

Ogromne gratulacje dla Panter. Zagrali trzy mega ciężkie i fizyczne mecze w ciągu ośmiu dni. To byłoby ciężkie nawet dla piłkarzy czy koszykarzy. W futbolu amerykańskim takie obciążenie jest zabójcze. Było to widać po ilości urazów w drużynie wrocławskiej. Jednak właśnie o takich sezonach marzono we Wrocławiu, gdy łączyły się Devils i Giants. Panthers na pewno nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, ale na razie niech cieszą się sukcesem. Stworzyli historię, a ja jestem dumny, że mogłem być tego świadkiem.

Panthers Wrocław w finale IFAF Champions League

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsPo emocjonującym meczu stojącym na bardzo wysokim poziomie, Panthers Wrocław pokonali Danube Dragons 49:34 i awansowali do finału Ligi Mistrzów IFAF!

Kiedy pierwsze, nieśmiałe europejskie wojaże naszych drużyn kończyły się wysokimi porażkami, trudno było marzyć o takim sukcesie. A jednak nasz futbol amerykański wykonał w ostatnich latach niebywały postęp. Już pierwsze zwycięstwo w tegorocznej IFAF Champions League nad Triangle Razorbacks stanowiło historyczny sukces. Ale dziś we Wrocławiu wszyscy marzą o wygraniu tych rozgrywek Pozostał tylko jeden mecz.

Piątkowe spotkanie półfinałowe z Danube Dragons miało wszystko, co lubią fani futbolu amerykańskiego. Świetne akcje indywidualne i zespołowe po obu stronach piłki, wysoką intensywność, dużo punktów i masę emocji.

Zaczęło się od wymiany ciosów z obu stron. Początkowo Panthers mieli sporo problemów z atletycznymi i dobrze penetrującymi defensywnymi liniowymi Smoków. Od początku zatrzymywali biegi Konrada Starczewskiego i wywierali presję na wrocławskiego QB, EJ White’a. Po drugiej stronie szalał amerykański rozgrywający gości, Alexander Good, kilka niezłych biegów zaliczył też RB Florian Pos. Wrocławianie dość szybko dopadali do obu graczy, jednak mieli spore problemy z ich powaleniem, zwłaszcza w przypadku stosunkowo drobnego, ale bardzo szybkiego i zwrotnego Gooda.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsPo pierwszej kwarcie było 7:10 dla gości i zapowiadało się na bardzo wyrównany mecz. Jednak druga kwarta to piorunujące uderzenie Panter. Sygnał do ataku dały special teams. Po przyłożeniu wrocławian i błędzie gości na kickoffie, Dragons zaczynali swoją serię ofensywną bardzo blisko własnego pola punktowego. Bardzo dobra postawa obrony gospodarzy wymusiła punt. Zły snap i zgubioną piłkę nakrył w polu punktowym Wiktor Zięba, po raz pierwszy dając Panterom przewagę dwóch posiadań (21:10). Goście zdołali odpowiedzieć kopnięciem z pola, ale potem to wrocławianie zdobyli kolejne dwa przyłożenia i po pierwszej połowie mieliśmy wynik 35:13.

Panthers nieco zmienili grę w ataku. Znacznie lepiej spisywała się o-line, która rozgryzła już zmyłki d-line gości i nie pozwalała na tak łatwe penetracje. Ponadto wrocławianie obficie stosowali zone read w połączeniu z opcją (jeden ze skrzydłowych biegnie za rozgrywającym, który ma możliwość odrzucić mu piłkę do tyłu). To nieco neutralizuje agresywną d-line, która musi czytać grę, zamiast po prostu atakować. White niemal zawsze zatrzymywał piłkę przy zone read. Nie wiem czy choć raz zostawił ją Starczewskiemu. To spowodowało, że w pewnym momencie Dragons zaczęli ignorować zmyłkę i szli w ciemno do White’a, ale atletyczny QB gospodarzy i tak zdobywał kolejne jardy i pierwsze próby biegami.

Do tego udało się uruchomić najgroźniejszą broń Panthers, czyli długie podania do Patryka Matkowskiego i Tomasza Dziedzica. Lepsza gra o-line w połączeniu z zagrożeniem biegami kupiło White’owi na tyle dużo czasu, by Matkowski i Dziedzic mogli rozpędzić się na dystansie. W kilku akcjach błysnął również Wiktor Zięba, kolejny z grupy utalentowanych WR-ów z rocznika ’94.

Dobrze grała defensywa wrocławian, która sprawiła sporo kłopotów gościom swoją zmiennością. Cornerbackowie grali zarówno press (nacisk na recivera przy linii wznowienia akcji), jak i kryli „na radar”. Nieźle czytali grę i nawet jeśli nie wybronili podania, to reciver musiał liczyć się z otrzymaniem mocnego ciosu. Kilka akcji zagrali każdy swego bez cofniętego safety, kilka w Cover 2 z dwoma cofniętymi defensorami (najczęściej byli to Deante Battle i Krzysztof Wis). Do tego udanie miksowali zwykłą presję d-line z blitzami braci Ruta.

Obrona wrocławian była zdecydowanie agresywniejsza, co skutkowało kilkoma wybitymi piłkami, ale i masą flag. Tylu przewinień nie widziałem od pierwszego meczu Panthers – Seahawks, gdy obie drużyny rywalizowały w ilości offside’ów i falstartów. Niestety sędziowie prowadzili ten mecz bardzo po aptekarsku. Pozwalali na zdecydowanie mniej niż w PLFA i moim zdaniem nieco zbyt pochopnie sięgali po flagi, by ukarać wrocławian 15 jardami za późne uderzenie lub niesportowe zachowanie. Z drugiej strony gospodarze nie potrafili dostosować się do aptekarskiej linii sędziowania i kilka razy zupełnie niepotrzebnie sprezentowali gościom pierwsze próby jakimś późnym uderzeniem czy defensywnym trzymaniem.

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsWydawało się, że świeżo koronowani mistrzowie Polski kontrolują ten mecz i dowiozą wynik do końca. Jednak trzecia kwarta to zryw gości. W przerwie zmienili taktykę i zaczęli opierać się na krótkich podaniach na skrzydła oraz biegach Gooda. Odbierali pierwszy kickoff w drugiej połowie i udało im się zdobyć przyłożenie. Dodatkowo na skutek kolejnej 15-jardowej kary wykopywali piłkę ze środka boiska, co ułatwiło im skuteczną egzekucję onside kicku. Po kolejnym przyłożeniu zmniejszyli przewagę Panter do jednego posiadania piłki (35:27, czyli przyłożenie z dwupunktowym podwyższeniem). Ofensywa Panthers została zmuszona do puntu i nagle na przełomie trzeciej i czwartej kwarty Dragons kroczyli pewnie po wyrównujące przyłożenie.

Decydującym momentem meczu był błąd ofensywy gości. Good nie zrozumiał się z jednym ze swoich reciverów, który biegł ścieżkę na zewnątrz, podczas gdy rozgrywający drużyny austriackiej posłał piłkę na środek boiska. Tam przechwycił ją Karol Mogielnicki. Chwile później Ej White puścił 74-jardową bombę na przyłożenie do Tomka Dziedzica, która kompletnie podcięła skrzydła gościom.

(Na marginesie: oficjalna strona IFAF Champions League podaje, że po tym przyłożeniu podwyższał Reinhard Knaus, kicker Dragos. To pewna odmiana, bo z reguły po przyłożeniach Panter kopał… Paweł Dobek. Przynajmniej według IFAF. Oczywiście kopał jak zwykle Dawid Pańczyszyn, najwyraźniej #77 Dobka pomylił się komuś z #11 Pańczyszyna)

IFAF Champions League 2016, Panthers Wrocław - Danube DragonsW drużynie gości na wyróżnienie zasługuje Alex Good, który świetnie biegał, podawał i wymykał się niczym piskorz z rąk defensorów Panthers. Jednak pod koniec trzeciej kwarty wyraźnie zaczął odczuwać liczne uderzenia i w ostatniej odsłonie nie był już tak skuteczny. Nieźle spisywali się też skrzydłowi: Johannes Prammer i Felix Reisacher.

W drużynie Panthers w ataku dzielił i rządził White. Nie mamy oficjalnych statystyk, ale zapewne zdobył ok. 100 jardów biegami i ok. 300 jardów podaniami [edit: oficjalne statystyki podają 95 jardów biegiem i 312 jardów podaniami]. Podał na 4 TD i wybiegał 2 kolejne. W czwartej kwarcie w sytuacji 4&1 na 30 jardzie połowy Dragons wykonał kapitalny slalom i przyłożeniem ostatecznie rozstrzygnął spotkanie. Był to bieg bliźniaczo podobny do nieco dłuższej akcji z ostatniego Superfinału. Na wyróżnienie zasługują też reciverzy: Matkowski, Dziedzic i Zięba.

W defensywie jak zwykle najaktywniejszy był Kamil Ruta, który niestety przepłacił to drobnym urazem. Na pozycji cornerbacka kapitalnie spisywał się Adam Lary, kilka razy z dobrej strony pokazał się Mikołaj Cieśla. W d-line najlepiej spisywali się Szymon Adamczyk, Adrian Brudny i Michał Nowak.

W niedzielę o 14.00 finał przeciwko Milano Seamen, drużynie bardzo fizycznej i raczej mało finezyjnej. Możemy spodziewać się ostrej walki i nieco mniej ofensywnych fajerwerków niż w półfinałowym spotkaniu przeciwko Dragons. Niemniej na pewno warto wybrać się na wrocławski stadion przy ul. Oporowskiej. Mam nadzieję, że kiedyś opowiem wnukom, jak to byłem świadkiem pierwszego triumfu polskiego zespołu w Lidze Mistrzów IFAF :)

Refleksje po Drafcie NFL 2016

NFL Draft 2016Zakończył się trzydniowy maraton, podczas którego każdy w Stanach udaje, że przyjrzał się każdemu z kilkuset młodych zawodników na tyle dokładnie, żeby mieć pojęcie jak spisze się w NFL. Ja udawał nie będę i nie będę oceniał który z zespołów wybrał dobrze, a który źle. Na pewno jak co roku do NFL trafiło kilka przyszłych gwiazd, kilku zawodników wziętych w pierwszej rundzie spektakularnie zawiedzie, a gdzieś w dalszych rundach czai się kolejny Richard Sherman, Josh Norman czy Julian Edelman.

Wiele mediów publikuje sążniste podsumowania draftu, które za cztery lata pokażą, że nikt nic nie wiedział (jak co roku zresztą), więc nie będę z nimi konkurował. Zamiast tego garść uwag, ciekawostek i ostrożnych prognoz.

1. Ilość przechodzi w jakość

Przynajmniej w drafcie NFL. Oczywiście, im wyższy wybór, tym większa szansa na trafienie dobrego zawodnika, ale to i tak loteria. Jimmy Johnson, twórca mistrzowskiej dynastii Cowboys, mawiał, że jeśli trafi połowę swoich wyborów w drafcie, to jest bardzo dobry draft. Ron Wolf, legendarny GM Packers twierdził, że jest zadowolony z trafienia 1/3.

Nawet ci uznawani za mistrzów draftu nie są znacząco lepsi od innych w identyfikowaniu talentu. Bill Belichick (Patriots) ma za sobą spektakularną serię klap z wysoko wybranymi DB i WR. Jego pierwszy wybór w drafcie 2014 (DT Dominique Easley) został niedawno wyrzucony z drużyny. Jednak od 2009 r. Patriots zawsze mają więcej niż siedem „startowych” wyborów, a w latach 2009-2010 wybierali w sumie 24 razy! Oczywiście wynika to też z wyborów kompensacyjnych, czyli ostrożnego podchodzenia do własnych weteranów, ale taktyka jest jasna.

Podobnie w przypadku Teda Thompsona z Packers, czy Ozziego Newsoma z Ravens. Oni z kolei rzadko działają agresywnie na rynku wolnych agentów, tym samym kumulują wybory kompensacyjne. Wybory Thompsona w pierwszej rundzie 2011-2013 wskazywałyby, że jest fatalnym GM-em, ale w dalszych rundach „trafiał” na tyle często, że nie miało to większego wpływu na siłę Packers.

Jeszcze innym przypadkiem jest Jon Schneider (Seahawks), którego drafty z lat 2010-2012 stały się fundamentem mistrzowskiej drużyny z 2013 r. i stanowią jedną z najlepszych serii draftów w historii ligi. Jednak drafty z lat 2013-2015 dały tylko jednego startera i to w formacji, którą uznaje się obecnie za największą słabość Seattle (OL Justin Britt). Za sukces można też uznać Tylera Locketta (draft 2015), wybranego w zeszłym roku do All Pro jako returner. Niemniej trzy fatalne drafty sprawiły, że Seahawks z drużyny z mega głębokim składem stali się ekipą z niepokojąco krótką ławką rezerwowych.

Co z tego? Ano tu wchodzimy w temat Cleveland Browns. Jak twierdzi Bill Simmons, „Bóg nienawidzi Cleveland” i coś w tym jest. Faktycznie drużyny z tego miasta zaliczają spektakularne klapy jedna za drugą, a Browns należą do jednej z najbardziej „przeklętych” drużyn NFL. W tym kontekście ciekawa jest strategia nowego zarządu klubu, który, świadom wszystkich rzeczy, które wcześniej napisałem, zaczął z premedytacją kumulować wybory w drafcie na rzadko spotykaną skalę.

W Cleveland mają luki właściwie na każdej pozycji, ale w tym sezonie wybierali aż 14 razy, najwięcej od 1979 r., gdy draft miał dwanaście rund. Tylko trzy z tych wyborów miały miejsce na przysługujących im miejscach. Reszta to wybory kompensacyjne i efekt wymian. A to nie wszystko. Dodatkowo zamienili tegoroczne picki na CB Jamara Taylora, dodatkowe wybory w pierwszej i drugiej rundzie draftu 2017 oraz dodatkowy wybór w drugiej rundzie draftu 2018.

Jeśli draft jest loterią, to najlepszym sposobem na wygraną jest kupienie jak największej liczby losów. Daleko jeszcze do odbudowy Browns, ale działania obecnych włodarzy klubu idą drogą największego prawdopodobieństwa. Sukces nie jest gwarantowany (Trent Richardson i Brandon Weeden w pierwszej rundzie 2012!), ale to dobry kierunek.

 

2. Co z tymi rozgrywającymi?

Historia pokazuje, że wybór quarterbacka w pierwszej rundzie draftu to działanie niesamowicie ryzykowne. Z drugiej strony to właściwie jedyne dostępne źródło rozgrywających dla drużyn, które nie mogą się pochwalić własnym QB. Owszem zdarzają się ryzykowni wolni agenci, którzy wypalają (Peyton Manning, Drew Brees), czasami czają się w dalszych rundach (Russell Wilson, Tom Brady), ale statystycznie pierwsza runda draftu to najpewniejsze z niepewnych miejsce na szukanie gracza na najważniejszą pozycję w futbolu amerykańskim.

ZOBACZ: Dlaczego quarterback w futbolu amerykańskim jest taki ważny?

W tym roku w pierwszej rundzie poszło trzech QB. Z #1 do Rams trafił Jared Goff, z #2 do Eagles Carson Wentz, a osieroceni przez Manninga i Osweilera Broncos zakupili #26, by wybrać Paxtona Lyncha. Szanse na grę w tym roku mają też Christian Hackenberg (#51, Jets) i Cody Kessler (#93, Browns). W sumie aż piętnastu rozgrywających zostało wydraftowanych, choć aż dziewięciu ostatniego dnia draftu (czyli w rundach 4-7). Ilu z nich wciąż będzie w NFL za pięć lat? Pięciu? Może połowa?

Najciekawszą sytuację mamy w Philadelphii, która ma Sama Bradforda na quasi franchise tagu. Zwolnić go nie mogą, kupić nikt go nie chce, a Bradford, wściekły po wyborze Wentza, głośno domaga się transferu. Prawdę mówiąc najlepiej gdyby zamknął dziób i grzecznie trenował, bo niewiele drużyn w NFL byłoby skłonnych zapłacić 20 mln dolarów tak zawodzącemu zawodnikowi. Philly to najlepsze i chyba ostatnie miejsce, w którym może mieć nadzieję na odbudowanie kariery.

Ostrą rywalizację o miano QB1 będziemy mieli również w Cleveland i Denver. W Broncos w tej chwili na szczycie depth chart siedzi Mark „Buttfumble” Sanchez, ale jeśli Lynch nie będzie gotowy na pierwszą kolejkę, to właśnie on może poprowadzić obrońców tytułu. Lynch ma zdecydowanie najlepszą sytuację spośród rozgrywających z pierwszej rundy. Świetni reciverzy i rewelacyjna defensywa sprawiają, że nie będzie na nim spoczywała zbyt duża odpowiedzialność. To w końcu drużyna, która wygrała mistrzostwo z zombie Peytona Manninga za centrem i choć nie będą tak mocni jak w sezonie 2015, to Lynch nie będzie wystawiony na odstrzał w takim stopniu jak Goff i Wentz.

Z kolei w Browns swoją karierę będzie próbował odbudowywać nieudany #2 draftu 2012 Robert Griffin III. Nie wiem co reprezentuje sobą Kessler, ale jeśli nie będzie potrafił wykazać, że jest lepszy od RG3, to nie ma czego szukać w NFL.

 

3. Co potrafią social media

Jeszcze miesiąc temu Laremy Tunsil, OT z Ole Miss, był stuprocentowo pewnym kandydatem do #1 w drafcie. Ostatecznie spadł do Miami Dolphins na #13. Dlaczego?

Tuż przed draftem jego konta na Twitterze i Instagramie zostały zhakowane. Podejrzewam, że nie tyle zhackowane, co hasła do nich trafiły do osób, które nie życzą Tunsilowi najlepiej. Na Twitterze pojawił się filmik, w którym Tunsil pali bongo w masce gazowej. Na Instagramie sugestie, jakoby brał pieniądze od trenerów Ole Miss. Tunsil twierdzi, że filmik jest sprzed dwóch lat, a żadna kontrola nie wykazała w jego organizmie śladów narkotyków. Z kolei pieniądze po prostu pożyczał na czynsz.

Niemniej to wystarczyło, by część drużyn się wystraszyła. Pamiętajmy, że trawka to w NFL poważne naruszenie, a trzecia wpadka dyskwalifikuje na rok. Część drużyn nie chce zużywać wysokiego wyboru na gracza, który może spędzić większość swojego debiutanckiego kontraktu na zawieszeniu.

Jaka by prawda nie była, ten przeciek to nie tylko zmiana na tablicy draftu, ale i ogromne pieniądze. Pamiętajmy, że kontrakty debiutantów w NFL mają wartość określoną z góry, w zależności od miejsca, w którym dany gracz został wybrany. Gdyby Tunsil poszedł z „jedynką” zarobiłby 28 mln w cztery lata. Gdyby poszedł z „szóstką” (wtedy Ravens wzięli pierwszego OT w tym drafcie) dostałby 20,5 mln w cztery lata. #13 to już „tylko” 12,5 mln w cztery lata. Oczywiście #1 był mało prawdopodobny, wiadomo było, że Rams i Eagles wezmą rozgrywających. Jednak spadek z #6 na #13 kosztował go 8 mln dolarów!

(Podobno Ravens chcieli go wziąć i zrezygnowali po filmiku. Nie wiem na ile to prawdopodobne, skoro nie zwolnili Raya Rice’a po wycieku filmiku, na którym ten tłucze do nieprzytomności swoją dziewczynę)

To jednak nie koniec wymiernych strat finansowych Tunsila. Wypadnięcie poza pierwszą dziesiątkę pierwszej rundy to również strata na opcji piątego roku. Przypomnę, że dla graczy z pierwszej rundy draftu kluby posiadają opcję, którą mogą wydłużyć kontrakt o rok ponad standardowe cztery lata. Dla graczy z pozycji 1-10 ceną jest transition tag, dla graczy z pozycji 11-32 średnia zarobków od 3 do 25 najlepiej opłacanego gracza na tej pozycji. Różnica między tymi wartościami dla o-line wynosiła w tym roku 3 mln dolarów (11,9 mln kontra 8,8 mln). Tak więc koszty skandalu dla Tunsila mogą wynieść nawet 11 mln dolarów!

Social media już dawno przestały być zabawką nastolatków. Witamy w XXI wieku.

 

4. Kalkulowane ryzyko?

Draft to czas, kiedy trzeba zaryzykować. Jak przy każdym ryzyku, kluczem jest stopień ryzyka. Czym innym jest wzięcie faceta znikąd w szóstej rundzie (więcej za chwilę), a czym innym…

Jak zwykle mistrzem takich działań jest Jerry Jones, właściciel i GM Dallas Cowboys. Specjalizuje się on w ruchach, które Amerykanie nazywają „boom or bust”, czyli spektakularny sukces albo spektakularna klapa. Najpierw z #4 wziął running backa. Wedle wszystkich ekspertów Ezekiel Elliot będzie świetnym RB, zwłaszcza za linią ofensywną Cowboys. Ale czy zużywanie #4 na RB, pozycję najmniej obecnie cenioną w ofensywie, nie było nadużyciem?

Jeszcze ciekawiej wyglądał #34, z którym Dallas wzięli Jaylona Smitha. Smith to ponoć fenomenalny linebacker, ale w swoim ostatnim występie na uczelni doznał niezmiernie poważnej kontuzji kolana, która wiąże się z uszkodzeniem nerwów. Wszyscy wiedzą, że Smith w tym roku nie zagra, pytanie czy zagra kiedykolwiek. Cowboys mają tu o tyle dobre źródło informacji, że Smitha operował ich klubowy lekarz.

Podobną decyzję podjęli Jacksonville Jaguars, którzy z #36 wzięli Mylesa Jacka. To również uzdolniony LB, ale stracił większość zeszłego sezonu z powodu kontuzji kolana. Jack ma być gotowy na rozpoczęcie sezonu, ale jego głównym atutem jest atletyzm. Jeśli go straci, to Jaguars zostaną z kolejnym Jadeveonem Clowneyem.

Najdziwniejsza decyzja draftu należy do Tampa Bay Buccaneers, którzy zakupili #59, żeby wziąć… kickera. Co prawda Roberto Aguayo to statystycznie najlepszy kopacz w historii NCAA, ale czy faktycznie wart zużycia na niego wyboru z drugiej rundy? Bucs oddali w wymianie #74 i #106, co według Chase’a Stuarta daje kapitał draftowy odpowiadający #34! #59 to 13. najwyższy numer w historii zużyty na kickera i drugi najwyższy w XXI w. (w 2005 r. z #47 poszedł Mike Nugent).

 

5. Drang nach NFL

Najciekawsza „story” tego draftu należy do Moritza Boehingera, który został wybrany z #180 przez Minnesota Vikings. Boehinger gra w futbol dopiero od pięciu lat i to nie w Stanach, a w lidze niemieckiej, gdzie całkowicie dominował. Stał się pierwszym graczem z Europy, który nie rozegrał snapu na żadnym poziomie w Stanach i został wzięty w drafcie. Nie jest jednak pierwszym takim gracze w ogóle w NFL, bo ten zaszczyt należy się naszemu Babatunde Aiyegbusiemu.

Jak pamiętamy, Babs również trafił do Vikings, ale ostatecznie nie załapał się do składu i teraz zajmuje się wrestlingiem. Jednak Boehinger ma nad nim jedną wielką przewagę: ma dopiero 22 lata, więc Vikings mogą dać mu 1-2 lata w practice squadzie, żeby uczył się niuansów swojej pozycji.

Młody Niemiec mówi, że chce być „Dirkiem Nowitzkim NFL”. Jeśli mu się to uda, to być może skauci z NFL zaczną obserwować rozgrywki europejskie, a tam o krok od Final Four IFAF Champions League jest dwóch innych młodych uzdolnionych reciverów: Patryk Matkowski i Tomasz Dziedzic ;)

IFAF Champions League: Panthers Wrocław o krok od Final Four

IFAF Champions League: Panthers Wrocław - Triangle RazorbacksPanthers Wrocław pokazali świetny futbol amerykański po obu stronach piłki, a zwłaszcza w defensywie. Po piorunującej trzeciej kwarcie odnieśli pierwsze w historii polskich drużyn zwycięstwo w europejskich pucharach i jeśli za dwa tygodnie w Pradze pokonają tamtejszych Lions, to awansują do Final Four!

Przed meczem z Triangle Razorbacks nie brakowało sprzecznych opinii na temat faworytów tego spotkania. Polskie klubowe drużyny od dawna nie mierzyły się w oficjalnych meczach z rywalami z Europy, a kiedy cztery lata temu po raz ostatni spróbowali tego Giants Wrocław, ponieśli sromotną klęskę. Wiadomo, że od tego czasu nasz futbol poszedł do przodu, ale dzisiejszy mecz miał być odpowiedzią na pytanie o realną siłę naszego klubowego futbolu amerykańskiego.

Mam nadzieję że faktycznie pokazał realną siłę, bo Panthers zagrali świetny mecz, choć pierwsza połowa nie wyglądała aż tak obiecująco. Jak zwykle najgorszym przeciwnikiem wrocławian byli oni sami. Stracili dwie piłki, a dwie pierwsze wycieczki do red zone nie przyniosły punktów. Za pierwszym razem QB Steven White i RB Mateusz Szefler zgubili piłkę przy przekazywaniu, a za drugim razem kary spowodowały nieuznanie przyłożenia i cofnęły Pantery poza zasięg skutecznego kopnięcia z pola.

Dopiero w połowie drugiej kwarty wynik otworzył Konrad Starczewski, który dostał krótkie podanie od White’a i w swoim stylu wbił się w pole punktowe.

Do przerwy 7:0, bo obrona Panthers nie pozwoliła na wiele ofensywie prowadzonej przez rozgrywającego Marka Delancellottiego. Przyjdzie jeszcze napisać o niej więcej, na razie poprzestanę na stwierdzeniu, że Dziki przez trzy kwarty właściwie nie istniały w ofensywie.

IFAF Champions League: Panthers Wrocław - Triangle RazorbacksNieco lepiej wyglądała obrona Duńczyków. Wyróżniał się zwłaszcza ich linebacker z #63, ale że w ich oficjalnym składzie taki człowiek nie widnieje, to nie wiem jak się nazywa :) W każdym razie Panthers grali bez Ricky’ego Stevensa, bo w Lidze Mistrzów obowiązuje limit dwóch importów. To nieco ułatwiło robotę Duńczykom, którzy dość skutecznie zatrzymywali grę biegową wicemistrzów Polski. Znacznie lepiej funkcjonowała gra podaniowa Panter, a kapitalną pierwszą połowę rozegrał Patryk Matkowski.

Spotkanie rozstrzygnęło się w trzeciej kwarcie, gdy w ciągu niespełna pięciu minut czasu boiskowego wrocławianie zdobyli trzy przyłożenia. Festiwal ofensywny otworzył 21-jardowym biegiem Mateusz Szefler, a kapitalnym blokiem z pozycji FB drogę utorował mu Starczewski. Chwilę później efektownym przechwytem popisał się Adam Lary, a w pierwszej akcji ofensywnej po przejęciu piłki White posłał długą piłkę na skrzydło do Grzegorza Mazura, co skończyło się 56-jardowym TD. Razorbacks rozegrali w ataku tylko kilka akcji, bo tym razem przechwytem popisał się Deante Battle, a dzieła zniszczenia dopełnił Tomasz Dziedzic, który złapał 27-jardowe podanie. W ostatniej odsłonie lekko zdekoncentrowani wrocławianie stracili 10 punktów, ale nie miało to większego znaczenia.

Na ogromne brawa zasługuje defensywa Panthers. Razorbacks ofensywnie po prostu nie istnieli, a to przecież drużyna, która od 2006 r. tylko raz nie zagrała w Mermaid Bowl (czyli spotkaniu o mistrzostwo Danii), a w ciągu ostatnich 10 lat sięgnęli po 6 tytułów mistrzowskich. Kapitalny mecz rozegrał Deante Battle, który ustawiał się zarówno jako safety, jak i nickel corner. Z tej drugiej pozycji siał spustoszenie w blitzach.

Blitze były kluczem do skutecznej defensywy. Niemal w każdej akcji któryś z blitzujących wrocławian wywierał presję na Delancellottiego, który momentami kompletnie tracił głowę. Na pewno jutro obudzi się mocno obolały. Skutecznie blitzowali zwłaszcza Battle, Kamil Ruta i Krzysztof Wis, a kawał świetnej roboty w d-line jak zwykle zrobił Szymon Adamczyk. Razorbacks próbowali to kontrować grą screenami, ale Panthers byli czujni, a poza tym Delancellotti często miał za mało czasu nawet na screen.

IFAF Champions League: Panthers Wrocław - Triangle RazorbacksW ofensywie, poza początkiem meczu, nie było widać braku Stevensa. Kapitalnie grał Starczewski, który w swoim stylu parł do przodu niczym czołg i wyrywał trudne jardy i pierwsze próby z obrońcami uczepionymi pleców. Biegał, łapał i blokował.

Kluczowa była jednak gra podaniowa, na którą Razorbacks nie mieli odpowiedzi. O-line dawała White’owi wystarczająco dużo czasu, żeby ten mógł odnaleźć podaniami kolejnych kolegów. Na początku łapał głównie Matkowski, a potem dołączyli do niego Tomasz Dziedzic, Grzegorz Mazur, Adam Góralski i Miłosz Maćków.

Boli mnie, że muszę to napisać, ale ofensywa kierowana przez White’a wyglądała znacznie lepiej, niż ta kierowana przez Bartka Dziedzica. Nie jest to może do końca wina rozgrywającego reprezentacji Polski, bo White miał kilka „fuksów” (kilka słabszych rzutów mogło paść łupem defensorów Razorbacks), pomogła mu też dobra pogoda. Jednak ten mecz, w połączeniu z występem Dziedzica przeciwko Seahawks, na pewno dostarczył argumentów zwolennikom tezy, że Panthers potrzebują amerykańskiego QB, żeby rywalizować na najwyższym poziomie.

Okazałe zwycięstwo przyszło okupić stratami. Na samym początku meczu poważnie wyglądającego urazu kolana doznał Dawid Tarczyński. Drugą połowę oglądał już „po cywilnemu”. Biorąc pod uwagę jego historię kontuzji kolan, jest się czym martwić. Patryk Matkowski przepłacił kapitalną pierwszą połowę wstrząśnieniem mózgu. Adam Góralski spędził pół meczu na stole fizjoterapeuty, który mocno pracował nad jego kostką. A Dawid Pańczyszyn po jednym z podwyższeń został nieprzepisowo zaatakowany przez rywali i doznał urazu nogi, chyba łydki. Jednak po tej kontuzji kopnął jeszcze celnie z pola, więc raczej nic bardzo poważnego się nie stało.

Wielkie gratulacje dla Panthers Wrocław. Pokazali, że polski futbol może liczyć się w Europie i mam nadzieję, że za dwa tygodnie w Pradze postawią kropkę nad „i”.

P.S. A numerów na tych ciemnych jerseyach Panthers za cholerę nie widać z trybun ;)

LA Rams z pierwszym wyborem w Drafcie NFL 2016

Wymiana draft NFL 2016Po przenosinach do nowego miasta Los Angeles Rams potrzebowali „efektu wow”. I osiągnęli to, pozyskując w wymianie #1 w nadchodzącym drafcie. Zaczynali z #15. W historii NFL żadna drużyna mająca tak niski wybór w pierwszej rundzie nie zdołała przekonać zespołu posiadającego #1, by się z nim rozstał.

To pierwsza taka wielka wymiana od transferu z 2012 r., gdy Washington Redskins oddali królewski okup (w tym trzy wybory w pierwszych rundach kolejnych draftów), by przesunąć się na #2. Wówczas wielu podziwiało ten ruch, zwłaszcza że z „dwójką” miał pójść pewny kandydat na gwiazdę na rozegraniu. Tą gwiazdą okazał się Robert Griffin III, zwolniony niedawno z Redskins, więc klub ze stolicy USA wyszedł na tej wymianie jak Zabłocki na mydle. Pikanterii dodaje fakt, że wówczas to Rams (jeszcze w St. Louis) byli po tej „dobrej” stronie wymiany.

Czytaj więcej: Wymiany w dniu draftu

Tym razem to Rams „handlują w górę”, a Titans oddali #1. Jakie dokładnie są warunki wymiany? Możecie je prześledzić na infografice, na wszelki wypadek przetłumaczę:

Rams dostają: #1, #113 i #177 (wszystkie z tegorocznego draftu)

Titans dostają: #15, #43, #45, #76 (w drafcie 2016) oraz wybory Rams z pierwszej i trzeciej rundy draftu 2017

 

Kto „wygrał” tę wymianę? I czy w ogóle ktoś wygrał?

Zacznijmy od policzenia ile warte są wymienione wybory. W NFL wciąż najczęściej używa się tabeli Jimmy’ego Johnsona, którą opracował w latach 90-tych jako trener mistrzowskich Dallas Cowboys. Poza jej oczywistą wadą, jaką jest wiek i przystosowanie do zupełnie innej ligi, wielu analityków zarzuca jej zbyt mocne „skrzywienie” w stronę pierwszych wyborów w drafcie. Faktycznie, u Johnsona #7 i #8 warte są w sumie mniej niż #1.

Ja wolę używać tabeli Chase’a Stuarta z Football Perspective. Stuart opracował swoją tabelę biorąc pod uwagę uśredniony historyczny „zwrot” z danego wyboru w pierwszych pięciu latach kariery. Czemu w pięciu? Bo na tyle klub ma prawa do zawodnika wybranego w pierwszej rundzie. Co prawda ta skala wydaje się nieco zbyt skrzywiona w stronę wyborów w środkowych rundach (trzeciej i czwartej), ale moim zdaniem bardziej odpowiada rzeczywistości.

Żeby policzyć kapitał draftowy, musimy założyć jakimi pickami w przyszłym roku będą dysponowali Rams. Załóżmy, że zalicza kolejny przeciętny sezon (trudno żeby był inaczej z Jeffem Fisherem jako szkoleniowcem) i podobnie jak w tym roku skończą z #15 w pierwszej rundzie i #79 w trzeciej (zakładam, że żadne wybory nie zostaną klubom odebrane). Przyjąłem też dwa inne warianty. W pierwszym Rams wygrywają dwa mecze mniej niż w ubiegłym sezonie i kończą z #7 w pierwszej rundzie. W drugim wygrywają dwa mecze więcej i kończą z #20.

Oto wyniki (tabela z punktu widzenia Titans, czyli picki pozyskane liczę „na plus”, oddane „na minus”):

wymiana_draft2016_tabele

Jak widać we wszystkich wypadkach to Titans pozyskali więcej kapitału niż oddali. Tabele Stuarta pokazują, że nieproporcjonalnie wiele, tabele Johnsona są nieco mniej surowe dla Rams.

W wariancie bazowym (pierwszy z lewej) pozyskany przez Titans kapitał draftowy odpowiada mniej więcej #3 u Stuarta i #56 u Johnsona. Jeśli Rams się poprawią (wariant prawy) to Titans zyskują #4 (wg Stuarta) i #97 (wg Johnsona). Ale jeśli Rams zagrają jeszcze słabszy sezon (wariant środkowy), to Titans wg Stuarta zyskali kapitał draftowy odpowiadający #1 w drafcie! Tabele Johnosona są nieco bardziej powściągliwe, ale nawet według nich Titans zarobią „na czysto” #20 w drafcie.

Nietrudno zrozumieć czemu takiej wymiany dokonali Titans. Drużyna ma całą masę dziur w składzie, a dla takiej ekipy najważniejsza jest duża liczba losów na loterię jaką jest draft NFL, która zwiększa szanse na znalezienie wartościowego zawodnika. W zeszłym roku wzięli Marcusa Mariotę, więc nie są zainteresowani wzięciem quarterbacka. Byli łączeni z OT Laremym Tunsilem z Ole Miss, ale w ostatnich trzech latach na o-line wydali #10 i #11 i są w drużynie bardziej palące potrzeby.

Nowy GM Titans Jon Robinson „nie wyklucza kolejnych wymian”, ale już na tej zrobił dobry interes. Na pewno liczy na potknięcie Rams, a to wcale niewykluczone. Drużyna będzie w dość trudnej sytuacji, w nowym mieście, na tymczasowym stadionie i w tymczasowych obiektach treningowych i od lat nie potrafi przełamać się w ataku, choć ma jedną z najlepszych d-line w NFL. Jednak nawet jeśli Jeff Fisher poprzestanie na swoim firmowym bilansie 7-9 to historycznie rzecz biorąc Titans zrobili równie dobry interes jak Rams w 2012 r. Zwłaszcza że w tym roku „klasa średnia” podobno jest wyjątkowo silna i wielu analityków uważa, że zawodnicy, którzy pójdą od #15 do #70 reprezentują bardzo zbliżony poziom.

W takim razie czemu Rams w ogóle zdecydowali się na taki ruch, skoro widzieli z pierwszej ręki jak dobrze być po drugiej stronie takiej wymiany? Quarterback. GM Les Snead i trener Jeff Fisher muszą się wreszcie wykazać. Są w klubie od 2012 r. i w tym czasie Barany w żadnym sezonie nie wygrały więcej niż siedmiu spotkań. Nawet najbardziej cierpliwi właściciele zaabsorbowani przeprowadzką do Hollywood w końcu powiedzą „dość”. Rams muszą się przełamać, a najprostszym sposobem jest znalezienie rozgrywającego.

Najwyraźniej nie jest nim Nick Foles, choć Rams miesiąc temu zapłacili mu 6 mln dolarów roster bonusu. Nie mam cienia wątpliwości, że ta wymiana ma na celu pozyskanie młodego quarterbacka, którego Snead i Fisher widzą jako filar Rams na lata. Nie będę udawał, że wiem wszystko o nadchodzącej klasie rozgrywających, ale jest tylko dwóch gości na tej pozycji, którzy zapewne nie dotrwają do #15. Jeff Goff z Cal i Carson Wentz z North Dakota State. Przy czym Rams podobno zainteresowani są „lokalsem”, czyli Goffem. Co prawda ze stadionu Cal znacznie bliżej do Oakland i San Francisco niż do LA, ale kto by się przejmował takimi szczegółami?

Tak czy inaczej Snead i Fisher postawili wszystko na jedną kartę. Jeśli #1, niezależnie czy będzie nim Goff czy Wentz, stanie się filarem ofensywy Rams na lata i czołowym QB w NFL, będziemy wychwalać „nosa” obu tych dżentelmenów. Ale jeśli staną się klapą na miarę RG3, to brak kapitału draftowego stanie się problemem nowego tandemu GM-HC.

Panthers Wrocław – Seahawks Gdynia: nieudany rewanż za Superfinał

Panthers Wrocław - Seahawks Gdynia, X Superfinał PLFADwie najlepsze drużyny w Polsce. Rewanż za dwa ostatnie Superfinały PLFA. Pierwszy start Bartka Dziedzica w klubowym meczu na najwyższym poziomie od IX Superfinału. Losy meczu ważące się do ostatnich sekund, rozstrzygnięte field goalem, gdy zegar meczowy pokazywał już same zera.

Na piśmie to wszystko wygląda bardzo dobrze, ale rzeczywistość wcale nie wyglądała tak kolorowo. Wyglądała kiepsko, zimno i deszczowo.

Seahawks do Wrocławia przyjechali na luzie. Oni nic nikomu nie muszą udowadniać, wszyscy i tak wiedzą, że ich czas nadchodzi w playoffach. To wrocławianie byli pod presją, to oni chcieli pokazać, że X Superfinał, który odebrał im miano niepokonanej drużyny, był tylko wypadkiem przy pracy.

W tym kontekście bardzo ciekawie wyglądała decyzja, żeby od pierwszych minut na rozegraniu wrocławian zagrał Bartosz Dziedzic. Reprezentacyjny rozgrywający spędził ubiegłoroczny sezon klubowy grzejąc ławę dla Kyle’a Israela i wchodząc dopiero w końcówkach rozstrzygniętych meczów. Tym razem wreszcie dostał szansę na poprowadzenie ataku swojej drużyny od pierwszych sekund w prestiżowym meczu. Czy Panthers chcieli ograć swojego rozgrywającego czy był to wynik poobijania Stevena White’a po meczu z Husarią nie sposób jednoznacznie określić. Faktem jest, że Bartek dostał swoją szansę, co cieszy, bo w jesiennych meczach kadry dobitnie pokazał, że jest najlepszym obecnie polskim QB. Niestety tej szansy nie wykorzystał.

Na pewno częściowo można tu winić aurę. Po pięknym tygodniu, weekend we Wrocławiu mamy paskudny. Od wczorajszego wieczoru z przerwami pada deszcz. Podczas spotkania z każdą kwartą padało coraz mocniej i robiło się coraz zimniej. To nie są dobre warunki dla gry podaniowej i ani Dziedzic, ani Terrance Owens, QB Seahawks, nie będą mogli zaliczyć tego spotkania do udanych. Playcalling Panter opierał się głównie na biegach Rickeya Stevensa i Konrada Starczewskiego, a sporo akcji podaniowych sprowadzało się do bootleagów.

Jednak nie o wszystko Bartek może obwiniać pogodę. Jego precyzyjne podania można policzyć na palcach jednej ręki, a do tego zbyt długo trzymał piłkę w rękach, co pozwalało Seahawks na sacki i generowało liczne kary za holding dla o-line Panthers. Czy patrzyłbym na jego mecz inaczej, gdyby sędziowie nie cofnęli dwóch podaniowych przyłożeń Panthers (dwa ewidentne holdingi o-line wicemistrzów Polski)? Możliwe, ale w tej sytuacji ciężko jego występ zapisać na plus.

Po podobnych meczach często pocieszamy się, że było to spotkanie „dla koneserów”. Tym razem żaden koneser nie był usatysfakcjonowany. Obie drużyny zaprezentowały nam przedsezonową formę. Liczba falstartów, offside’ów i innych prostych mentalnych błędów po obu stronach była wprost zatrważająca. I trudno nawet mówić, żeby sędziowie jakoś specjalnie uwzięli się na kary na linii wznowienia akcji, bo błędy te wyraźnie widziałem siedząc na trybunach po drugiej stronie boiska.

Obie ofensywy miały ogromne problemy ze zdobywaniem jardów. W pierwszej serii meczu Rickey Stevens wrócił z kickoffem na środek boiska i Panthers stosunkowo łatwo zdobyli przyłożenie. Czy ktoś się spodziewał, że będzie to ich ostatnie przyłożenie w tym spotkaniu?

W drużynie Seahawks trzeba wyróżnić linię defensywną. Może nie zdominowali swoich rywali z Wrocławia w takim stopniu jak w Superfinale, ale wywarli wystarczającą presję na Dziedzica i ograniczyli poczynania Stevensa. Znów kapitalną robotę na środku zrobił Tim McGee, który nic nie stracił ze swojej siły, ale był chyba jeszcze szybszy niż przed rokiem. Warto też wyróżnić wspierającego go z drugiej linii Michała Garbowskiego.

Mimo problemów Panthers długo utrzymywali prowadzenie. Jednak zgubiły ich proste błędy w końcówce. Najpierw przy puncie Mateusz Ruta dostał zły snap i przy odbieraniu przyklęknął. W NFL mógłby wstać i kopać, ale w Polsce gramy na przepisy NCAA, a tu jak jesteś „down” to jesteś „down”, niezależnie od tego czy był kontakt z rywalem czy nie. W efekcie Seahawks dostali piłkę na 15 jardzie Panthers i w następnej akcji Joshua Quezada wbiegł do pola punktowego gospodarzy, wyrównując stan meczu.

Wydawało się, że Bartek Dziedzic dostał prezent od losu: 2-miute drill na wygraną. Niestety dla wrocławian na połowie Seahawks piłkę zgubił Stevens. Mistrzowie Polski mieli ok. 80 sekund, by uniknąć dogrywki.

I tu nastąpiła najbardziej przykra część tego spotkania. Do tej pory arbitrzy pracowali całkiem nieźle, bardzo sprawnie prowadzili spotkanie i byli zdecydowanie najlepszą drużyną na boisku. Jednak fatalny błąd w końcówce przekreśla cztery kwarty starań. Do końca meczu pozostawały sekundy, gdy Terrance Owens spróbował długiego podania do Marcina Blumy w pole punktowe. Kryjący go Adam Lary w książkowy sposób nadążył za reciverem i zbił piłkę. Przynajmniej tak to wyglądało dla mnie, a siedziałem akurat tuż przy tej akcji. Niestety nie wyglądało to tak dla sędziego liniowego, który rzucił flagę za DPI.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po powrocie z meczu (jak już zmieniłem przemoczone ciuchy i zrobiłem gorącą herbatę), było sprawdzenie tej akcji na nagraniu. Zobaczcie sami (początek zagrania 2:17:00). Nie mogę się tam dopatrzeć niczego co choćby przypominałoby DPI. Nic dziwnego, że Lary początkowo nawet nie podejrzewał, że flaga mogłaby być przeciwko niemu (choć ze strony Blumy też nie sposób się tu dopatrzeć jakiejś nieprawidłowości). Jego głośne protesty skończyły się flagą za niesportowe zachowanie i łatwym FG dla gdynian. Zresztą to łatwe kopnięcie maksymalnie sobie utrudnili, podchodząc do niego w nieprawidłowej formacji, co kończyło się 5-jardową karą. Ostatecznie jednak Przemysław Portalski pewnie trafił 25-jardowe kopnięcie dając mistrzom Polski dość niespodziewane wyjazdowe zwycięstwo.

Ogromna szkoda, że mecz zakończył się w taki sposób. Nie zasłużyli na to zawodnicy, ani kibice, którzy wytrwale marzli i mokli przez cztery kwarty. Nie zasłużyła reszta sędziów, którzy naprawdę posędziowali dobre zawody. Kiedy sędziowałem koszykówkę starsi koledzy uczulali mnie: nie wymyślaj, gwiżdż tylko to, co widzisz, a nie to co ci się wydaje, że widzisz. Trudno mi powiedzieć co w tej sytuacji widział sędzia.

Oczywiście nie ta jedna sytuacja zdecydowała o porażce Panter. Złożyła się na nią masa fatalnych błędów, falstartów, holdingów, „kolanko” Mateusza Ruty pod własnym polem punktowym, fumble Stevensa, słabość gry podaniowej i świetna postawa defensywnego frontu Seahawks. Ale zapamiętamy głównie to niefortunne DPI.

 

Na koniec dwa słowa o stadionie. Niestety Pantery będą rozgrywały domowe mecze na bocznym boisku przy Niskich Łąkach. Pomijam brak zadaszenia trybun (choć bardzo by się dzisiaj przydało). Ale dwie trybuny przy dwóch końcach boiska sprawiały, że trzeba było wybrać, która ćwiartka boiska będzie kompletnie niewidoczna. Marzy mi się, żeby nasz futbol amerykański wyszedł wreszcie z takich niewygodnych dla kibica obiektów. Na szczęście we Wrocławiu to sytuacja tymczasowa, do zakończenia remontu Stadionu Olimpijskiego. Jednak w tym roku oglądanie meczów Panthers na stadionie będzie mocno utrudnione.

 

P.S. Zdjęcie z Superfinału, bo przy takim deszczu nie odważyliśmy się wyjąć aparatu z plecaka.

Rusza Polska Liga Futbolu Amerykańskiego – sezon 2016

Już po raz 11. na krajowe boiska wybiegną reprezentanci klubów PLFA, żeby zmierzyć się w ligowym sezonie. 81 drużyn z 40 miejscowości (podaję za plfa.pl) zmierzy się w Toplidze, PLFA I, PLFA II i PLFA J (juniorzy), a także w ośmioosobowych PLFA-8 i PLFA J-8 (juniorskich).

Zapraszam na mój subiektywny przegląd najważniejszych kwestii przedsezonowych.

 

Podoba mi się…

Panthers Wrocław - Seahawks Gdynia, X Superfinał PLFA…finał Topligi w Białymstoku. Co prawda organizatorem SuperFinałów jest PLFA, ale z przyczyn oczywistych ogromna robota organizacyjna spada na klub będący „gospodarzem” całego przedsięwzięcia. Lowlanders Białystok to drużyna w Toplidze wciąż świeża, ale poziomem organizacyjnym i sportowym plasuje się powyżej topligowej średniej. Swoją sprawność w promocji potwierdzili w offseason świetnym klipem z Jabari „Januszem” Harrisem, a sprawność na boisku w pierwszej kolejce Topligi, gdy grali jak równy z równym na wyjeździe z mistrzem Polski. Białystok zasłużył na swój Superfinał, a skoro ten najważniejszy mecz sezonu „wędruje” po całej Polsce, to czas najwyższy, żeby trafił na wschód, gdzie nie ma bardziej futbolowego miasta niż Białystok. Fajnie, że w tym roku informacja o gospodarzu finału została podana wcześniej, bo to pozwoli kibicom z odpowiednim wyprzedzeniem zaplanować transport i urlopy.

…polska drużyna w europejskich pucharach. Szkoda, że nie reprezentuje nas mistrz Polski, ale skoro Gdynia nie czuła się organizacyjnie i finansowo gotowa na takie wyzwanie, to dobrze że Panthers Wrocław zgłosili swój akces do tych rozgrywek. 30 kwietnia we Wrocławiu Pantery zmierzą się z Duńczykami z Vejle Triangle Razorbacks, a dwa tygodnie później jadą do Pragi na spotkanie z tamtejszymi Lions. Te dwa spotkania powinny nam pokazać na jakim poziomie znajduje się polski futbol klubowy, tak jak jesienne spotkania reprezentacji Polski pokazały nam, że polska karda nie odstaje od europejskiej średniej. Miejmy nadzieję, że efekt będzie lepszy niż w 2008 r.

…że Seahawks Gdynia bronią mistrzowskiego tytułu. Z całym szacunkiem do mistrzów Polski, ale to Panthers Wrocław mają najszerszy i najmocniejszy skład w Polsce. Jednak sztab Macieja Cetnerowskiego, jak żaden inny w Polsce, potrafi opracować świetny plan gry na to jedno najważniejsze spotkanie, a jego gracze umieją kapitalnie wcielić go w życie. To tajemnica ich sukcesu w X Superfinale. Dzięki temu Pantery wciąż nie są syte i do ostatniego dnia sezonu będą musiały walczyć o swój pierwszy tytuł mistrzowski.

 

Nie podoba mi się…

Tomasz Dziedzic, Panthers Wrocław, IX Superfinał PLFA…zmniejszenie liczby drużyn w PLFA. W zeszłym roku do sezonu przystąpiło 89 ekip, w tym o osiem mniej. Przetasowania wynikają oczywiście również ze zmian w strukturach samych klubów (drużyny „B”, sekcje juniorskie), ale zastopowany został trend ciągłego wzrostu liczby drużyn, który obserwowaliśmy od dekady. Można to odczytywać na plus – bo mniej drużyn to wyższy poziom, ale i na minus – mniej graczy, a część klubów (jak Wikingowie) ma problemy organizacyjne. Futbol amerykański to wciąż u nas jeszcze młody sport i dużo drużyn to szansa dla nowych zawodników, którzy chcieliby spróbować swoich sił.

…tylko siedem ekip w Toplidze. Osiem drużyn to absolutne minimum, fajnie byłoby mieć dziesięć klubów na najwyższym poziomie rywalizacji. To jest ta część PLFA, która ma największą szansę przyciągnąć media i przypadkowego kibica. Tymczasem rok po roku w ciągu trzech sezonów spasowały dwie ekipy z województwa śląskiego, Kozły idą tylko siłą rozpędu, a wyzwania organizacyjno-finansowe odstraszają potencjalnych beniaminków. Naturalnie nie można zmniejszać tych wymagań, ale sytuacja, w której mistrz PLFA I nie przystępuje do baraży, nie powinna się wydarzyć. Siedem ekip to nie tylko zmniejszenie zasięgu Topligi, ale i problemy z kalendarzem, choć trzeba PLFA przyznać, że z tego ostatniego problemu wybrnęli iście salomonowo.

…amerykański rozgrywający w Panthers Wrocław. Jesienne mecze pokazały, że Bartosz Dziedzic to najlepsze co możemy wystawić na rozegraniu reprezentacji w perspektywie World Games 2017. Tymczasem w klubie znów będzie rezerwowym. Naturalnie trudno mieć pretensje do władz Panthers Wrocław, które muszą w pierwszej kolejności dbać o dobro swojej drużyny. Jeśli uznali, że do walki w IFAF Europe Champions League i Toplidze potrzebują Stevena White’a na rozegraniu, to widać tak jest. Niemniej każdy zawodnik (nie tylko w futbolu amerykańskim) wie, że żaden trening nie zastąpi ogrania w meczach. W spotkaniu z Husarią Szczecin Dziedzic nie pojawił się na rozegraniu ani na moment, nawet kiedy wynik był rozstrzygnięty. A dla dobra kadry powinien ogrywać się nie w końcówkach spotkań, ale w kluczowych momentach meczów z Seahawks czy Razorbacks. Niestety nie w tym roku.

Mam nadzieję…

Panthers Wrocław - Warsaw Eagles…na świetny sezon PLFA I. Na zapleczu Topligi robi się bardzo ciasno. Są obaj ubiegłoroczni finaliści – Kraków Kings i Seahawks Sopot, ogromne apetyty mają Tychy Falcons, którzy pokonali drużyny z ekstraklasy czeskiej i polskiej (Sharks). Swoje do powiedzenia mogą mieć również beniaminkowie. Gliwice Lions w sparingu pokonali łatwo beniaminków drugiej ligi czeskiej, a Outlaws Wrocław topligowe Kozły Poznań. Oczywiście sparingi wszystkiego nie powiedzą, ale zapowiada nam się znacznie ciekawszy i bardziej wyrównany sezon niż w Toplidze.

…że część klubów przestanie bać się magicznej liczby 1000. Wiadomo, tysiąc widzów to bardzo rygorystyczne przepisy ustawy o organizacji imprez masowych, ale futbol nigdy się nie rozwinie, jeśli na normalne mecze ligowe nie będzie (oficjalnie) przychodziło więcej niż magiczne 990 kibiców.

…na odrodzenie Warsaw Eagles. Po fatalnym sezonie 2015 Orły wymieniły trenera, zarząd i rozgrywającego, a wśród polskich graczy miała w Warszawie miejsce taka karuzela transferowa, że szczerze mówiąc nie ogarniam jej ostatecznego bilansu (i dalej nie wiem kto ma najfajniejsze dresy w Stolicy). Mam jednak nadzieję, że dzięki temu stołeczny klub wróci do rywalizacji w ścisłej czołówce Topligi, bo potrzeba kolejnych drużyn, które zagrożą duopolowi Seahawks-Panthers.

…że transmisje na żywo staną się standardem nie tylko w Toplidze. Jak widzieliśmy (a właściwie nie widzieliśmy) w Szczecienie, nawet w Toplidze jest z tym problem, ale umożliwienie fanom w całej Polsce oglądania każdego spotkania w zadowalającej jakości byłoby fajnym krokiem naprzód dla PLFA.

…że wpadniecie na mecze Outlaws Wrocław posłuchać mojego gadania :) W tym roku znów będę miał zaszczyt prowadzić jako spiker spotkania Outlaws Wrocław, więc już teraz zapraszam Was serdecznie na ich mecze. Zaczynamy 10 kwietnia przeciwko Cougars Szczecin o godz. 14:00 na stadionie przy ul. Sztabowej. Tydzień później do Wrocławia przyjeżdżają Seahawks Sopot. Te dwa spotkania powinny pokazać o co będą walczyć w tym sezonie Banici. Wzmocnili się ciekawymi importami i solidnie przepracowali okres przygotowawczy, choć nie udało się uniknąć urazów.

Obawiam się…

…nudnego sezonu zasadniczego w Toplidze. Czy Panthers zaliczą drugi z rzędu perfect regular season? Ostatni mecz w sezonie zasadniczym przegrali 18 maja 2014 r. z Warsaw Eagles. Za ich plecami są Seahawks Gdynia, którzy nie napalają się na sezon zasadniczy, wiedząc, że ich czas przyjdzie w lipcu. Czy Lowlanders lub Eagles są w stanie coś namieszać? Czy 51:0 oddaje realną siłę Husarii? I wreszcie czy to Sharks są tak mocni, czy raczej Kozły tak słabe? Niestety raczej nie mamy co się tu spodziewać zbyt wielu niespodzianek.

…niskiej frekwencji na XI Superfinale. Przy wszystkich niewątpliwych zaletach Białystoku jako organizatora XI Superfinału, jest też jedna ogromna wada: słaba komunikacja tego miasta z większością futbolowych ośrodków w Polsce. Dwa lata temu do Gdyni większość Polski nie zdecydowała się wybrać, a Trójmiasto jest jednak nieporównywalnie lepiej skomunikowane. Ja w tym roku na Superfinał nie pojadę z przyczyn osobistych, ale nawet gdyby termin bardziej mi pasował, to nie wiem czy zdecydowałbym się na wyprawę z Wrocławia. To może skończyć się frekwencyjną klapą, zwłaszcza jeśli Lowlanders nie awansują do finału.

 

Zapraszam Was…

… na wszystkie stadiony PLFA! Do zobaczenia :)

Hall of Fame, class 2021?

Co roku dokonywany jest wybór nowych członków Pro Football Hall of Fame (Galerii Sław Profesjonalnego Futbolu). Żeby zawodnik NFL mógł się w niej znaleźć i przymierzyć słynną złotą marynarkę, od zakończenia przez niego kariery musi minąć co najmniej pięć lat. Czy byliśmy świadkami skończenia kariery przez pięciu graczy, którzy już za pięć lat dostąpią takiego zaszczytu?

Peyton Manning, Charles Woodson, Calvin Johnson, Jared Allen, Marshawn Lynch (kolejność nieprzypadkowa). Tych pięciu graczy rozegrało już swój ostatni mecz w NFL. Każdy z nich odcisnął spore piętno na futbolu amerykańskim. Każdy ma na koncie wyczyny, które można oglądać w nieskończoność.

Jednak wybór do Hall of Fame w pierwszym głosowaniu to rzadki zaszczyt. Dostąpiły go tylko 73 osoby na 303 wybranych (w tym roku Brett Favre). Zdarza się, że w jednym roczniku jest ich dwóch. Czasem nawet trzech. Ale nigdy nie zdarzyło się, by w jednym roku było ich pięciu.

Którzy z tych pięciu zawodników mogą liczyć na wybór w pierwszym głosowaniu? I czy na pewno cała piątka zasłużyła na Hall of Fame?

 

Zaklepane miejsce w klasie 2021

Peyton Manning

Jeśli Manning nie znajdzie się w Hall of Fame w 2021 r., to znaczy, że nastąpiła zombie apokalipsa. Ewentualnie komitet selekcyjny wisi na najbliższej latarni, na której solidarnie obwieszą go wściekli dziennikarze i kibice. Trudno wyobrazić sobie zawodnika, który bardziej zasługuje na swoje miejsce w Galerii Sław i tylko wymóg owych pięciu lat sprawia, że Peyton nie zasiądzie tam już w przyszłym roku.

Od czego zacząć laudację Peytona Manninga? Od pięciu tytułów MVP sezonu zasadniczego? Od 10 wyborów do All Pro? Od 14 wyborów do Pro Bowl?

Peyton to bez wątpienia najlepszy QB w historii NFL w sezonie zasadniczym. Jest liderem w historii NFL pod względem ilości jardów podaniowych, przyłożeń podaniowych i zwycięstw w sezonie zasadniczym. Jego sezon 2004 do dziś pozostaje jednym z najlepszych sezonów wykonaniu quarterbacka w historii NFL. W tamtym roku niemal co dziesiąte jego podanie było przyłożeniem. A potem nadział się na Patriots.

Nie będę ściemniał. Nigdy mu nie kibicowałem. Zawsze życzyłem mu przegranej. Ale każda opowieść potrzebuje dobrego antagonisty i dla mnie w NFL takim czarnym charakterem był Peyton Manning. Był moim Darthem Vaderem, Hansem Landą i Agentem Smithem. Wrogiem tak doskonałym, że budził podziw i szacunek. Jednym z tych, których „kochamy nienawidzić”. Bez Peytona NFL bardzo wiele straci.

Przedsmak mieliśmy już w zeszłym roku, gdy po boisku poruszał się zombie w koszulce Manninga. Niby przegonił Bretta Favre’a na liście rozgrywających, którzy podali na najwięcej jardów w karierze, ale przykro było patrzeć na ledwo poruszający się wrak zawodnika. Statystycznie był jednym z najgorszych rozgrywających w lidze, a kiedy wrócił na playoffy po kontuzji udało mu się po prostu niczego nie zepsuć. Nie tak chciałbym go zapamiętać i na pewno nie tak go zapamiętam, podobnie jak zatarło się w mojej pamięci te kilka lat spędzone przez Michaela Jordana w barwach Washington Wizards.

Jednak dziedzictwo Peytona nie jest takie proste. Pewną skazą na jego koncie są playoffy. Długo czekał na pierścień, który zdobył w 2006 r. Jeszcze dłużej na drugi. O ironio zdobył go jako piąte koło u wozu dzięki doskonałej defensywie Broncos. Zdarzały mu się fatalne występy w playoffach, ale znacznie więcej winy ponoszą władze Colts, które rok za rokiem nie potrafiły zbudować wokół Manninga dobrej drużyny. Najlepszym dowodem na słabość Colts był sezon 2011, który Manning stracił po kontuzji szyi, a jego drużyna wygrała jedynie dwa spotkania.

Można mówić, że to winna Peytona, który, w przeciwieństwie do Toma Brady’ego, zawsze negocjował maksymalną pensję. Nie godził się na żadne zniżki, by w klubie zatrudniono mu lepszych kolegów. Tyle że Peyton nie ma żony supermodelki zarabiającej ciężkie pieniądze. Przez 18 lat zarobił co prawda ćwierć miliarda dolarów, ale to i tak tylko ułamek majątków, jakimi dysponują właściciele klubów NFL. A dla Manninga 18 lat kariery oznacza zrujnowane zdrowie, problemy motoryczne i neurologiczne, z którymi będzie się zmagał do końca życia. Zasłużył na każdy cent z tych 248,7 mln dolarów, które zarobił w swojej karierze.

Czy Peyton jest najwybitniejszym QB wszechczasów? A czy w ogóle można wskazać tego jednego najwybitniejszego? Na pewno jest w gronie tych największych, z Johnnym Unitasem, Joe Montaną i Tomem Bradym. I na pewno za pięć lat zobaczymy go w Hall of Fame.

NFL Films podsumowuje karierę Peytona Manninga

 

Może załapie się do klasy 2021

Charles Woodson

Woodson to prawdziwy ironman. W zeszłym sezonie w NFL grało tylko sześciu graczy wydraftowanych w XX wieku (siódmy, który zaczął karierę w ubiegłym stuleciu, Adam Vinatieri, nie został wydraftowany). Dwaj wychodzili na boisko kilka razy w meczu kopnąć piłkę (Sebastian Janikowski i Shane Lechler). Trzej należeli do kasty quarterbacków, z którymi przepisy każą obchodzić się jak z jajkiem (Peyton Manning, Tom Brady, Matt Hasselback). Tylko jeden był narażony na wszystkie ciosy, na każde nieczyste zagranie, a mimo to tydzień po tygodniu wybiegał na boisko. Charles Woodson.

Do NFL przyszedł w 1998 r., w tym samym drafcie co Peyton Manning. Rok wcześniej pokonał go w głosowaniu na Nagrodę Heismana. Z #4 wybrali go Oakland Raiders. Szybko stał się jednym z czołowych graczy NFL. W pierwszych czterech sezonach został defensywnym debiutantem roku, cztery razy wybrano go do Pro Bowl i trzy razy do All Pro. A potem przyszły playoffy 2002 i słynna Tuck Rule Game.

Czy gdyby to było fumble kariery Toma Brady’ego i Billa Belichicka potoczyłyby się ku ich własnemu pewnemu miejscu w Hall of Fame? Trudno powiedzieć, niemniej wydawało się, że ten mecz rzucił klątwę na Woodsona.

W kolejnych trzech sezonach DB cały czas leczył różne urazy, kłócił się z trenerem i po dwóch sezonach na franchise tagu został bez pracy w wieku 29 lat. Wydawało się, że jego kariera dobiega końca.

I wówczas zadzwonili Packers. GM Ted Thompson rozpoczął pracę nad odbudową drużyny. Był jedynym GM-em w NFL, który odważył się zaryzykować i wziąć na siebie zgorzkniałego, często kontuzjowanego weterana. A ten odpłacił mu sześcioma kapitalnymi sezonami, tytułem defensywnego gracza roku w 2009 r. i zwycięstwem w Super Bowl rok później.

Na koniec kariery wrócił jeszcze do Oakland, gdzie stał się liderem drużyny i jednym z nielicznych jasnych punktów w secondary. Po 18 latach jest piąty na liście wszechczasów w przechwytach i drugi w przyłożeniach po przechwytach. Jest najwyżej z DB, którzy grali większość kariery w XXI w., kiedy przepisy niemal absurdalnie faworyzują reciverów. Ile miałby przechwytów, gdyby grał trzydzieści lat temu? A tak skończył z 65, z których 11 zamienił na przyłożenia.

Woodson to bez wątpienia jeden z najlepszych DB XXI w i ma swoje miejsce w Hall of Fame. Czy zostanie wybrany w pierwszym głosowaniu? Ron Woodson, który  jest tuż przed Charlesem Woodsonem na liście najlepiej przechwytujących i liderem powrotów na TD po INT, został wybrany w 2009 r. w pierwszym głosowaniu. Może i Charlesowi się uda.

 

Hall of Fame? Może kiedyś

Calvin Johnson

Często wielcy mistrzowie nie wiedzą kiedy zejść ze sceny. Jednak Calvin Johnson zszedł z niej zdecydowanie za szybko. Grał zaledwie dziewięć sezonów, a w wieku 30 lat na pewno zostawił sporo paliwa w zbiorniku. Jednak można zrozumieć jego decyzję. Przez te dziewięć lat Lions zagrali tylko dwa mecze w playoffach, oba przegrali. W siedmiu sezonach nie potrafili wygrać nawet ośmiu meczów, a Johnson miał wątpliwą przyjemność znaleźć się w „Unperfect Team”, która w 2008 r. przegrała wszystkie 16 spotkań.

W ciągu swojej kariery Johnson zarobił prawie 114 mln dolarów, chyba mu wystarczy. Można zrozumieć, że nie miał ochoty narażać swojego zdrowia i katować swojego organizmu w barwach drużyny, która zapewne znów nie wygrałaby nawet połowy spotkań.

Na początku tej dekady Johnson był uznawany za najlepszego wide recivera w NFL. W latach 2010-2013 cztery razy z rzędu wybierany był do All Pro. A sezon 2012 w jego wykonaniu to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, w historii na tej pozycji. Złapał podania na 1964 jardy, o prawie 120 jardów poprawiając rekord NFL należący do Jerry’ego Rice’a i do dziś jest to wynik niepobity. W 11 meczach tego sezonu przekroczył 100 jardów (również rekord). Wydawało się, że łapie wszystko, co Matt Stafford rzuci w jego okolicę. A mimo to Detroit wygrali tylko cztery spotkania.

Rok później, 27 października 2013 r. przeciwko Dallas Cowboys złapał podania na 329 jardów. Jest to drugi najlepszy wynik w historii NFL, najlepszy w meczu bez dogrywki i jedyny mecz na ponad 300 reciving yards w XXI wieku.

Ostatnie lata miał nieco słabsze. Wciąż był czołówką, ale już tak nie dominował. Przyplątały się urazy. Czy zasługuje na Hall of Fame? Na przeszkodzie może stanąć jego stosunkowo krótka kariera. Na liście wszechczasów pod względem złapanych jardów jest dopiero 27. i to w czasach, kiedy w NFL podaje się więcej niż kiedykolwiek. I choć pod względem średniej złapanych jardów na mecz w historii ustępuje tylko Julio Jonesowi, to jego wybór do Hall of Fame może trochę potrwać. Jednak prędzej czy później pewnie się tam znajdzie.

Top 10 momentów z kariery Calvina Johnsona według NFL Films

 

Jared Allen

136 sacków w karierze to dziewiąty wynik wszechczasów. Z ośmiu graczy przed nim siedmiu jest już w Hall of Fame, a ósmy, Jason Taylor, będzie mógł zostać wybrany po raz pierwszy dopiero za rok.

Jak na świetnego pass rushera Allen trafił do NFL wybrany dość nisko. W czwartej rundzie draftu wzięli go Kansas City Chiefs. Głównie dlatego, że studia spędził w Idaho State, który gra w FCS, a więc na niższym poziomie rywalizacji uniwersyteckiej.

W Chiefs Allen spędził cztery lata i zaliczył 43 sacki. Ostatni rok wykłócał się o pensję, został zawieszony na dwa spotkania za jazdę na podwójnym gazie, a mimo to zanotował 15,5 sacka i był liderem NFL w tej kategorii. Po sezonie Chiefs desygnowali go do franchise tagu, a potem oddali w wymianie do Vikings.

W Minnesocie Allen spędził najlepsze lata. W sześciu sezonach każdorazowo notował dwucyfrową liczbę sacków, a w 2011 r. tylko pół sacka zabrakło mu do wyrównania rekordu NFL (zaliczył 22). Przegrał wówczas głosowanie na defensywnego gracza roku z J.J. Wattem.

Robił tez takie rzeczy:

Ostatnie dwa lata spędził w Chicago i Carolinie. Nękany kontuzjami i coraz starszy zanotował tylko 7,5 sacka. Nic dziwnego, że po sezonie postanowił odjechać w stronę zachodzącego słońca. Prawie mu się udało.

Czy zobaczymy go w Hall of Fame? Zapewne, ale nie w 2021 r.

 

Hall of Fame? Za wysokie progi

Marshawn Lynch

Ci którzy widzą Lyncha w Hall of Fame pamiętają mu zapewne głównie „Beast Quake”.

Owszem, fenomenalna akcja. Nie da się też ukryć, że w latach 2011-2014 był jednym z ofensywnych liderów Seahawks, którzy w tym czasie dwukrotnie grali w Super Bowl i raz je wygrali. Jednak ogólny obraz jego kariery nie jest aż tak różowy.

Buffalo Bills wybrali go z #12 w drafcie 2007. Przez cztery kata w tej drużynie nie wyróżnił się niczym szczególnym. Ot, running back nieco powyżej przeciętnej. Jak na #12 w drafcie to spory zawód. W końcu stracił miejsce w składzie na rzecz niewydraftowanego Freda Jacksona. Straciłby je szybciej, ale trenerzy nie chcieli tak szybko zrezygnować z byłego pierwszorundowego wyboru.

W końcu został bez żalu oddany do Seattle. Wcześniej zdążył zbiec z miejsca stłuczki samochodowej i zostać skazanym za posiadanie zakrytej broni bez zezwolenia.

Czy w Seattle od razu został czołowym RB w NFL? Nie. Pierwszy sezon miał słaby, zaliczał zaledwie 3,5 jarda na bieg i miał problemy z fumblami. Podlinkowane wyżej „Beast Quake” było jednym z nielicznych jasnych punktów w kiepskim roku.

Przełom nastąpił w 2011 r. Lynch stał się czołowym RB w lidze, a jego siłowy, nieustępliwy styl budził entuzjazm fanów. Tylko czy cztery lata to wystarczająca przepustka do Hall of Fame? Moim zdaniem nie.