World Games 2017: Francja za mocna dla Polski

mikołaj Pawlaczyk powstrzymywany przez obrońców Fancji fot. Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)Nie tak to miało wyglądać. O ile defensywa dotrzymywała kroku faworyzowanym Francuzom, o tyle ofensywa nie miała za wiele do powiedzenia w półfinałowym meczu World Games 2017. Trójkolorowi byli wyraźnie lepsi i zasłużenie wygrali 28:2, a wynik niestety oddaje to, co w sobotni wieczór działo się na murawie Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu.

Zaczęło się jak marzenie. Dobrze zatrzymana akcja powrotna Francuzów po kickoffie, a w pierwszym snapie ofensywnym wymuszone fumble, po którym piłkę odzyskuje Antoni Omondi. Niestety tu zaczęły się schody. Ofensywa nie zdołała zdobyć pierwszej próby, a kopnięcie Adama Nelipa z około 50 jardów trafiło w poprzeczkę. Jak się później miało okazać, była to jedna z dwóch najlepszych w tym meczu okazji do zdobycia punktów przez ofensywę.

Wkrótce potem doświadczeni Francuzi zaczęli wypracowywać przewagę. Warto tu podkreślić świetną pracę naszej defensywy, która nie dała się zdominować, mimo przewagi szybkości i masy po stronie Trójkolorowych. Zdołali ograniczyć najgroźniejszą broń Francuzów, czyli bieganie środkiem. Kilka razy w czasie meczu RB Francji zdołali się urwać na długie biegi, ale częściej to nasz d-line skutecznie zamykał ścieżki biegowe, ograniczając zyski do minimum.

Niestety większe problemy mieliśmy z play action, które siało spustoszenie w szeregach Biało-Czerwonych, zwłaszcza w drugiej kwarcie. Ciężkie formacje Francuzów z 1-2 TE ściągały naszych linebackerów pod linię wznowienia akcji. Kiedy goście biegali, obrona sobie radziła. Ale kiedy z tych formacji rzucali, często kończyło się to dużymi zyskami jardowymi.

Pierwsze przyłożenie dla Francji było efektem kalkulowanego ryzyka. Omondi poszedł na safety blitz i zabrakło mu zaledwie ułamków sekund do sacku. Niestety Paul Durand, QB przeciwnika, zorientował się w tym i znalazł podaniem Andrew Jamesa, którego w tej sytuacji krył znacznie wolniejszy i mniej zwrotny Szymon Barczak. Barczak nie znalazł się w kadrze przypadkiem, to świetny zawodnik, ale przeciwko szybkiemu i zwrotnemu rywalowi po prostu nie miał szans. Takie blitze to „sack or bust”. Trzecia próba, dobre ryzyko, nie udało się.

Początek drugiej kwarty to promyczek nadziei. Zaczęło się od dobrego puntu Nelipa.

Dygresja: warto pochwalić nasze special teams. Punty Nelipa i ekipa odpowiedzialna za ich pokrycie to kawał dobrej roboty. Podobnie jak akcje powrotne po kickoffach. Special teams było tym elementem gry, w którym byliśmy lepsi od Francuzów. Niestety nie na tyle lepsi, żeby miało to znaczenie dla końcowego wyniku.

Wróćmy do drugiej kwarty. Przyparci do własnego endzone Francuzi popełnili błąd przy snapie, który skończył się safety po tackle Pawła Świątka. To były pierwsze i niestety ostatnie punkty Biało-Czerwonych w tym meczu.

Francuzi konsekwentnie punktowali i odjeżdżali. Chyba pierwszy raz widziałem mecz, w którym zespół wygrał klasyfikację strat (naliczyłem trzy straty Francuzów i jedną Polaków), a jednocześnie został zdecydowanie pokonany.

Niestety polska defensywa nie była obroną Chicago Bears ’85, która wygrywała mecze bez pomocy ofensywy. Tej ofensywnej pomocy w sobotę zabrakło. Obrona raz po raz była przywoływana na plac boju, bo atak miał problemy z pozostaniem na boisku.

Nie pomogła zmiana rozgrywającego w przerwie. Bartosza Dziedzica, który większość pierwszej połowy spędził umykając przed pass rushem Francuzów, zastąpił Karol Żak. Obraz gry uległ nieco zmianie, ale głównie z powodu zmiany playcallingu: Żak dostał nieco więcej akcji podaniowych. Trudno jednak mówić, żeby ofensywa pod wodzą Żaka wyglądała lepiej niż pod wodzą Dziedzica. Co prawda to właśnie Żak był blisko podania na TD. Piłkę w polu punktowym upuścił Patryk Matkowski. Choć „upuścił” to może za duże słowo. Podanie nie było do końca precyzyjne, ale piłka na pewno była do złapania.

Polacy nie zdołali zapunktować nawet kiedy Francuzi dwukrotnie podarowali nam pierwsze próby po karach przy naszych odkopnięciach. O-line wyraźnie przegrał walkę „w okopach”, nasi reciverzy nie potrafili regularnie uwalniać się od krycia, a z ławki nie było widać żadnego pomysłu na inne granie. Kiedy wyszedł jeden slant, trenerzy od razu zaordynowali tą samą zagrywkę, w czym Francuzi od razu się połapali i przechwycili piłkę.

Szkoda, bo ta drużyna ma większy potencjał, niż 2:28. Ale kilka akcji pozostanie w naszej pamięci: dwa punkty po safety, efektowny rajd Tomasza Żukowskiego po przechwycie, kapitalne INT Adama Larego na linii pola punktowego (świetnie przeczytana akcja, najwyższa europejska klasa) i punt Adama Nelipa zatrzymany na centymetry od pola punktowego.

Czas na podsumowanie turnieju jeszcze przyjdzie po meczu o brąz. Niezależnie jednak od mojego rozczarowania grą i wynikiem nie mogę się zgodzić z pojawiającymi się w internecie opiniami, jakoby Polacy się nie starali i są „gwiazdeczkami Facebooka”. Nasi reprezentanci zostawili na boisku mnóstwo zdrowia i nie oszczędzali się, o czym pewnie najlepiej wie mocno poobijany pierwszy QB Trójkolorowych. Pamiętajmy, że to nie są przepłacane i rozpieszczane gwiazdeczki tzw. Ekstraklasy w piłce nożnej. Ci faceci robią to całkowicie za darmo, podporządkowując futbolowi amerykańskiemu całe swoje życie zawodowe i prywatne. Choćby z tego względu należy im się szacunek i owacja trybun, a nie pospiesznie wychodzący przed końcem meczu „fani”. Dla naszych kadrowiczów zdjęcie z rodziną w biało-czerwonych barwach to często jedyna nagroda za lata wyrzeczeń. Naprawdę ktoś chce im tego odmówić?

Na koniec dwa słowa o organizacji. Szkoda, że za całość nie odpowiadali Panthers Wrocław :) A zupełnie poważnie, to mocno, ale pozytywnie zdziwiła mnie frekwencja na pierwszym meczu półfinałowym, gdy na trybunach zameldowało się ponad 4 tys. kibiców. Na meczu Polaków było już ponad 8 tys. fanów. Szkoda tylko, że w organizacji dopingu na trybunach przeszkadzał DJ, który podkręcał muzykę, gdy trybuny zaczynały coś skandować i kompletnie rozbijał doping. Także opcje gastronomiczne były dość ubogie, zwłaszcza dla osób, które przyszły na oba mecze. Na zwykłych ligowych spotkaniach Panthers wybór i jakość są dużo lepsze.

 

Niemcy w finale World Games

Mecz Polska – Francja z oczywistych względów interesował nas najbardziej, ale wcześniej drugi półfinał grali Niemcy z Amerykanami.

Wcześniej wydawało się, że „po gospodarsku” wzięliśmy sobie najłatwiejszego rywala w półfinale, ale okazuje się, że Francuzi są zdecydowanie najmocniejsi. A na pewno maja najlepiej poukładany atak.

USA – Niemcy nie było nawet meczem dla koneserów. Drużyna USA zebrana z łapanki wśród zawodników grających w Europie była kompletnie niezgrana. Ale trudno żeby było inaczej, skoro niektórzy pierwszy raz zobaczyli kolegów w dniu meczu. W sumie z 34 przebranych do meczu zawodników aż 9 gra lub grało w PLFA. Najlepszym graczem w barwach Amerykanów był RB Triston McCathern, reprezentujący w tym roku barwy Bielawa Owls.

Zresztą Niemcy też nie pokazali niczego wielkiego. Zabrakło kilku czołowych graczy, których nie puściły kluby. Poza tym reprezentacja Niemiec nie grała razem od kilku lat i do World Games przystąpili „z marszu”.

Przez cały mecz wynik był na styku, a obie drużyny prześcigały się w głupich błędach. W pierwszej połowie Niemcy z trzech wycieczek do red zone wynieśli dwa niecelne field goale. Nie zdołali zdobyć punktów nawet gdy piłka leżała już o pół jarda od pola punktowego Amerykanów. Braki w zgraniu drużyna USA nadrabiała atletyzmem, przewagą fizyczną i umiejętnościami indywidualnymi.

Prawdę mówiąc zapewne wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna postawa rozgrywającego, Dustina Willinghama. Brak zgrania to jedno, ale katastrofalna technika podań to coś zupełnie innego. Duża część jego podań dziwacznie rotowała w powietrzu, aż prosząc się o przechwyt i kilkukrotnie się doczekał.

Poza tym Amerykanie mieli ogromny problem ze snapami. Te raz za razem były albo za niskie albo przelatywały nad głową rozgrywającego. Właśnie takie fumble przy snapie zakończyło ich szanse na odzyskanie prowadzenia na koniec czwartej kwarty.

Niemcy też niespecjalnie imponowali w ataku. Co prawda wysocy reciverzy wykonywali niesamowite chwyty nawet w podwojeniach, ale ich bieganie ścieżek pozostawiało wiele do życzenia. Zwycięskie przyłożenie zdobyli po efektownym trick playu. Rezerwowy QB Paul Zimmermann ustawił się jako WR, otrzymał podanie do tyłu i podał do kompletnie niepilnowanego Kwamego Ofori, zupełnie zaskakując Amerykanów. To była zdecydowanie akcja meczu, świetnie zaplanowana i wyegzekwowana.

Niemcy zagrają w finale z Francją w poniedziałek o godz. 19:00. Jeśli marzą o wygranej, będą musieli liczyć na swoją obronę, bo ofensywa nie pokazała zbyt wiele. Amerykanie w poniedziałek o 13:00 zmierzą się o brąz z Polską. Mimo mizerii zaprezentowanej przez USA w półfinale to oni będą faworytami meczu. Mają dwa dni na opracowanie playbooka. Pytanie tylko jak z regeneracją. Pod koniec półfinału amerykańscy liniowi (po obu stronach piłki) słaniali się na nogach.

 

Zdjęcie: Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *