Kontuzje Packers, promień nadziei w Nowej Anglii

Green Bay Packers logoNiepotrzebna przegrana

Dawno już nie widziałem tak szalonego meczu jak wyjazdowe spotkanie Green Bay Packers z Cincinnati Bengals. Gospodarze zdobyli pierwszych 14 punktów, goście odpowiedzieli 30 z rzędu, a Bengals zakończyli mecz serią 20 z rzędu. Była masa strat i niepotrzebnych błędów i niestety porażka Packers.

Przede wszystkim Packers nie mają gry powrotnej. Randall Cobb, kluczowy reciver, słusznie jest oszczędzany. Jego obowiązki przejął Jeremy Ross, ale ten nie dość że nie generuje nic pozytywnego w grze powrotnej, to jeszcze jego fumble przy kickoffie sprawiło, że Packers przegrywali 14 punktami zanim jeszcze Aaron Rodgers dotknął piłki.

Nie żeby to dużo zmieniało, bo Rodgers zagrał najsłabszy mecz jaki pamiętam i kompletnie zmarnował najlepszy mecz defensywy Packers jaki pamiętam. W pierwszej połowie defensywa wymusiła straty w czterech kolejnych posiadaniach Cincinnati. Fenomenalnie grał Clay Mathews, który zaliczył sack i wymusił dwa fumble. Jedno z fumble defensywa zamieniła na TD, ale z trzech pozostałych strat Bengals ofensywa uzbierała tylko sześć punktów.

Rodgers był wyraźnie nie w formie. Nie potrafił znaleźć rytmu z reciverami, był wyraźnie sfrustrowany, a po ostrej wymianie zdań z trenerem McCarthym musiał odciągać go B.J. Radji. Co gorsza w jednej z pierwszych akcji meczu wstrząśnienia mózgu doznał najlepszy TE drużyny, Jarmichael Finley. Na drugą połowę nie wyszedł też Clay Mathews, któremu odnowił się uraz podudzia oraz RB James Starks. Tego ostatniego zastąpił jedyny zdrowy RB w Packers Jonathan Franklin, wybrany w czwartej rundzie tegorocznego draftu, który do wczoraj nawet nie powąchał piłki. Przez większość czasu Franklin miał debiut marzenie. Wybiegał 103 jardy i TD w 13 próbach i potrafił zrobić coś z niczego. Na pewno ma spory potencjał. Packers objęli prowadzenie 30:14 i wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą.

Niestety obrona siadła. Widoczny był brak Mathewsa. Andy Dalton wobec braku presji ze strony Packers spokojnie podawał do kogo chciał. To wówczas CB Sam Shields, rozgrywający bardzo dobre zawody, został jedyny raz pokonany przez A.J. Greena i niestety skończyło się to TD dla Bengals. Potem GB było w red zone rywali i Rodgers rzucił swoje drugie INT w meczu, po raz pierwszy od 2010 r. O ile pierwsze było winą Jamesa Jonesa, który nie wiedzieć czemu zatrzymał się przy wychodzeniu na pozycję, o tyle drugie to całkowicie wina Rodgersa. Nawet field goal w tej sytuacji niemal zapewniłby zwycięstwo Green Bay, tymczasem gospodarze błyskawicznie zdobyli przyłożenie i tylko dzięki Datone’owi Jonesowi, który zablokował podwyższenie, zrobiło się +3, a nie +2.

Na nieco trzy minuty przed końcem w sytuacji 4&inches na 30 jardzie Bengal Mike McCarthy postanowił zdobyć pierwszą próbę zamiast kopać field goal. Żeby była jasność, uważałem i dalej uważam, że to była dobra decyzja w tej sytuacji. Na boisku był Franklin, który do tej pory spisywał się świetnie, pierwsza próba pozwala spalić bezcenne sekundy z zegara, a przede wszystkim zapewnić zwycięstwo, czego field goal by nie osiągnął. Niestety Franklin zgubił piłkę, a akcja powrotna dała TD Bengals.

Packers przegrali to spotkanie głównie przez fatalną postawę ofensywy. O dziwo to defensywa stanęła na wysokości zadania, choć bez Mathewsa grali klasę słabiej. Teraz Packers mają wolny tydzień, podczas którego muszą dojść do zdrowia. Kontuzjowanych jest trzech nominalnych starterów w defensywie (Hayward, Burnett i Mathews) oraz dwóch w ofensywie (Finley i Lacy). Urazy leczą też Kuhn i Starks, o mającym sezon z głowy Buladze nawet nie ma co wspominać.

 

New England Patriots logoCień nadziei dla Pariots

Po pierwszych fatalnych meczach w ofensywie wreszcie coś zaskoczyło i to przeciwko Buccaneers, którzy tydzień temu mocno obrzydzili życie Drew Breesowi.

Przede wszystkim dobrze funkcjonowała gra biegowa, w której zmieniali się Stevan Ridley, Brandon Bolden i LeGarette Blount. Patriots przebiegli w sumie 156 jardów na bardzo dobrej średniej 4.7 jarda na próbę.

Co ważniejsze wreszcie zafunkcjonowała gra podaniowa. Brady wykonał udane podania aż do sześciu reciverów i nie ograniczał się tylko do Juliana Edelmana. Niezłe spotkania rozegrali debiutanci Aaron Dobson i Kenbrell Thompkins, ważną bronią w screen passach był też Bolden. Oczywiście nie było idealnie. Kilka razy reciverzy popełnili błędy, także Tom Brady nie zawsze był tak precyzyjny, jak w poprzednich sezonach. Na razie funkcjonuje tylko gra podaniowa na krótkie i średnie dystanse, wciąż brakuje skuteczności przy dalekich piłkach, jednak w porównaniu z tragicznym meczem w czwartkowy wieczór przed tygodniem z New York Jets i tak jest to ogromny krok w dobrym kierunku.

Kolejny dobry mecz rozegrała defensywa, która kompletnie stłamsiła atak Bucs. Trzeba jednak powiedzieć, że po pierwsze atak TB jest w rozsypce sam z siebie, a po drugie  pomogło kilka upuszczonych podań przez reciverów Bucs. Na pochwałę zasługuje jednak cała defensywa, a zwłaszcza Aquib Talib, który całe popołudnie walczył jeden na jednego z Vincentem Jacksonem i najczęściej wygrywał te pojedynki, co umożliwiło wywarcie bardzo dużej presji na i tak niepewnego Josha Freemana.

Przestrzegam jednak przed nadmiernym entuzjazmem. Do tej pory defensywa Pats stawiła czoła tak groźnym przeciwnikom jak Bills i ich debiutujący QB E.J. Manuel, wędrownemu cyrkowi znanemu jako Jets i ich debiutującemu QB Geno Smithowi czy wreszcie Bucs i ich QB Joshowi Freemanowi, skłóconemu z własnym trenerem. Niezłe przetarcie, ale prawdziwy test za tydzień. Patriots jadą do Atlanty na mecz z Falcons i jeśli po tym spotkaniu znów będą niepokonani, trzeba będzie kolejny raz pochylić czoło przed geniuszem Billa Belichicka i Toma Brady’ego.

 

Jutro zapraszam na podsumowanie reszty kolejki.

Zobacz też

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *