Topliga PLFA: Czy ktoś zatrzyma Panthers Wrocław?

Patryk Matkowski (Panthers Wrocław, #3) w starciu z defensorem Warsaw EaglesZa nami pierwsza połowa sezonu zasadniczego Topligi. Jak na razie absolutnie dominują w niej Pantery, a sobotni triumf w Gdyni, w którym Seahawks otarli się wręcz o mercy rule (sic!) pokazuje, że w tym sezonie mogą nie mieć konkurencji. Co nie jest dobrą informacją dla krajowego futbolu amerykańskiego.

Panthers Wrocław dominują całkowicie i zajmują pierwsze miejsce z kompletem zwycięstw. Mają najlepszą ofensywę i defensywę w lidze. Nikomu nie pozwolili zdobyć więcej niż czternastu punktów, a najmniejszy margines zwycięstwa to 23 „oczka”. W sobotę przetoczyli się po mistrzach Polski jak walec. Ich zwycięstwo nie było zagrożone ani przez moment, odkąd w pierwszej akcji spotkania Kyle Isreal podał na przyłożenie do Grzegorza Mazura. Wątpię, żeby 33 punkty były faktycznie różnicą między Panthers i Seahawks, ale taki blowout i to jeszcze do zera pokazuje, że w tej chwili Seahawks są sporo z tyłu.

W ofensywie Panthers są jedyną w tegorocznej Toplidze drużyną, która opiera się na grze górą. Israel ma do dyspozycji absolutnie najlepszy korpus WR w lidze. Tomasz Dziedzic, Grzegorz Mazur, Patryk Matkowski i Dawid Tarczyński są po prostu nie do zatrzymania dla większości krajowych cornerbacków. Mazur i Dziedzic są tak szybcy, że Pantery nie potrzebują nawet specjalnie wyrafinowanych zagrywek. Po prostu puszczają swoich reciverów na proste, dalekie ścieżki, a ci spokojnie wyprzedzają rywali. W tej sytuacji Marcus Sims, facet który rok temu wybiegał w Austrii Niemczech 2,5 tys. jardów, jest luksusem, a nie koniecznością.

Inne topligowe ekipy próbowały to bronić grając różne wariacje na temat Cover 2 (dwóch cofniętych safety) lub nawet z czterema cofniętymi DB, ale mało kto tak w Polsce gra, więc brak ogrania w tych formacjach daje często katastrofalne efekty. Poza tym zabranie jednego obrońcy z tackkle boxu to wręcz zaproszenie do biegania dla Simsa.

W defensywie Panthers grają kapitalnie przeciw biegowi i długim podaniom. Ich słabym punktem (może słabszym, bo i tak trudno tu mówić o słabości) jest krótka gra podaniowa, zwłaszcza do tight enda. Tyle że w Toplidze brakuje nam graczy z tej pozycji oraz ekip, które mogłyby spróbować przeciwstawić Panterom West Coast Offence. Warto przy tym zwrócić uwagę jak zróżnicowana jest obrona Panthers. Część akcji grają z tylko z trzema liniowymi (których rozumiem tu jako zawodników, którzy zaczynają akcję z przynajmniej jedną ręką na ziemi) i kreatywnie blitzują, co jest prawdziwą rzadkością w krajowym futbolu.

Aż do soboty Seahawks Gdynia wyglądali na drużynę, która może powalczyć z Panterami. W pierwszych czterech meczach zdobyli więcej punktów od wrocławian i dość pewnie wygrali w Warszawie z Eagles. Tracili jednak sporo punktów i słabość ich defensywy potwierdził mecz z Panthers, a ich o-line została zupełnie zdominowana przez wrocławian.

Można mieć też wątpliwości co do jakości importów z Pomorza. Micah Brown zapowiadany był jako „dual threat QB”. Biega faktycznie nieźle i czasami wybawia tym swoją drużynę z opałów. Znacznie gorzej z podaniami, które zbyt często szybują daleko od zamierzonego celu. Marcin Bluma, Paweł Fabich czy konwertowany na recivera Sebastian Krzysztofek sroce spod ogona nie wypadli i grają całkiem solidnie, ale co mogą zrobić, jeśli nie dostaną celnego podania? Z kolei RB Angelo Pease, który otarł się o Green Bay Packers, to faktycznie demon prędkości. Jeśli o-line zrobi mu ścieżkę, to potrafi zostawić za plecami cała defensywę. Gorzej, jeśli tej ścieżki nie ma. Pease nie posiada zdolności Tunde Oguna, który potrafił zrobić coś z niczego. Brakuje mi też dobrych cutbacków, czyli zmian kierunku, w jego wykonaniu.

Co do importów w defensywie trudno mi się wypowiedzieć. Lamonte Gaddis wyróżnił się przeciwko Panterom kilkoma dobrymi blitzami, ale przez większość meczu on i Timothy McGee byli kompletnie niewidoczni i równie bezradni przeciwko ofensywie Panthers jak ich polscy koledzy. Po pierwszej połowie sezonu mają na koncie więcej straconych punktów niż Warsaw Eagles i niemal tyle samo co Lowlanders Białystok.

Najsłabiej z „Wielkiej Trójki” spisują się na razie Warsaw Eagles. Duża w tym „zasługa” dwóch wydarzeń, na które nie do końca mieli wpływ. Dwaj zawodnicy, którzy mieli być filarem ich ofensywy, QB Kevin Vye i OT Babatunde Ayiegbusi, podjęli walkę o miejsca w składach drużyn NFL. Trudno ich za to winić, ale stało się to dosłownie na moment przed startem Topligi i postawiło Orły w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Vye’a na rozegraniu zastąpił Herbert Lee Bynes i jak na razie zawodzi. Nie da się ukryć, że facet ma bardzo silne ramię, ale właściwie na tym kończą się atuty tego gracza. Zdecydowanie za często jego podania latają z dala od celu i równie często padają łupem obrońców co reciverów. Vye nie ma przy tym łatwej roboty, bo bez Babsa o-line Eagles gra sporo poniżej możliwości.

Moje wątpliwości budzi również Charles McCrea. To świetny atleta i bardzo dobrze spisywał się w defensywie ubiegłorocznych mistrzowskich Seahawks. Tymczasem w Warszawie przesunięto go do ataku, gdzie czasem gra jako running back, czasem jako reciver z backfieldu, czasem jako slot reciver. Coś pomiędzy Darrenem Sprolesem, Shanem Vereenem i Percym Harvinem? Jak na razie eksperyment chyba chybiony, bo McCrea rzadko pokazuje pełnię swoich atletycznych możliwości w nowej roli.

Orły podobno szukają wzmocnień, podczas transmisji meczu z Lowlanders GM Jacek Śledziński wspominał o poszukiwaniach zawodników na linię, choć moim zdaniem należałoby również wymienić rozgrywającego. Cała nadzieja w tym, że Eagles z reguły drugą część sezonu mają lepszą. Jak na razie tylko defensywny front spisuje się na miarę (jak zwykle sporych) warszawskich oczekiwań.

Jak na razie sezon układa się bardzo po myśli Panthers i ich kibiców, ale niezbyt korzystnie dla futbolu amerykańskiego jako takiego. Od powstania Topligi boryka się ona ze znacznym zróżnicowaniem poziomu grających w niej drużyn i sporą przewidywalnością. Jeśli totalna dominacja Panter jest faktem, to tegoroczny Superfinał może być meczem do jednej bramki (czy raczej jednego endzone). Wrocławianie na pewno będą chcieli zobaczyć zwycięstwo miejscowej ekipy na Stadionie Miejskim, ale wątpliwe żeby fani, którzy w swoim pierwszym meczu futbolowym zobaczą blowout, pokazali się jeszcze na trybunach. Tak więc dla dobra polskiego futbolu mam nadzieję, że Seahwks i/lub Eagles wymyślą coś, by przynajmniej nawiązać walkę.

 

Znacznie ciekawiej jest na niższych miejscach w tabel. Od wielu lat nie mieliśmy tak wielu zaskakujących rozstrzygnięć. Bardzo dużo dobrego dało dokooptowanie do rozgrywek dwóch beniaminków – Primacol Lowlanders Białystok i Husarii Szczecin. Dzięki temu Topliga nie przypomina już zeszłorocznego 6-drużynowego kadłubowego tworu, a przede wszystkim obu beniaminkom udało się sporo namieszać.

Na półmetku sezonu Lowlanders zajmują czwarte miejsce w tabeli Topligi z trzema zwycięstwami w pięciu meczach, a Husaria jest na piątym miejscu z bilansem 2-3. Wszystko wskazuje na to, że to ci dwaj beniaminkowie powalczą o ostatnie miejsce premiowane awansem do playoffów, a kluczowe może okazać się bezpośrednie starcie 16 maja w Szczecinie. Biorąc pod uwagę rangę starcia i fakt, że ich wcześniejsze spotkanie w Toplidze pretenduje jak na razie do miana meczu sezonu (36:29 po 21-punktowym comebacku Lowlanders), warto będzie pojawić się na stadionie lub zasiąść przed komputerami.

Byłoby jeszcze ciekawiej, gdyby Lowlanders udało się wygrać w Warszawie z Warsaw Eagles. Bardzo długo grali jak równi z równymi, jednak w końcówce przeważyło doświadczenie Orłów i brak kontuzjowanego w trakcie meczu RB Alexa Allena.

Na plus ten sezon mogą zaliczyć również Warsaw Sharks. Ekipa nazywana czasem złośliwie Sumy Warszawa (zawsze szorują po dnie tabeli), zdołała wygrać wreszcie pierwszy mecz w historii drużyny. Co więcej pokonali na wyjeździe Kozły Poznań, czyli drużynę doświadczoną i wciąż niebezpieczną, mimo że w tym roku przechodzą spory kryzys. Trudno uznać Rekiny za potentata Topligowego, ale ich atak wreszcie zdobywa punkty, choć wykonanie skutecznego podwyższenia pozostaje póki co poza ich zasięgiem. Jak na razie podjęli walkę z Eagles, wygrali z Kozłami i zaaplikowali 18 punktów aktualnym mistrzom Polski. Nie wyszedł im tylko mecz z Husarią (0:33), ale niewątpliwie drużyna idzie w dobrym kierunku. Warto przy tym nadmienić, że Kozły to jedna z dwóch topligowych drużyn, która rozegrała tylko cztery spotkania, bo ich mecz z Zagłębiem Steelers został przeniesiony na 20 czerwca.

Kto w takim razie spisuje się poniżej oczekiwań? Przede wszystkim Kozły Poznań. Tracą najwięcej punktów w lidze i po pierwszej połowie sezonu legitymują się zaledwie jednym zwycięstwem. I ta nieszczęsna porażka z Sharks…

Kozły są w dość trudnej sytuacji. Wielu najbardziej doświadczonych polskich zawodników przeniosło się czy to do Eagles czy do Seahawks. Jeśli chodzi o importów, to spore wątpliwości budzi powierzenie Jeremy’emu Dixonowi roli rozgrywającego. Do tego zostali pokrzywdzeni przy ustalaniu kalendarza sezonu zasadniczego. W przeciwieństwie do pozostałych „słabszych” ekip, przypadł im w udziale wątpliwy zaszczyt dwukrotnego spotkania z Panthers, Seahawks i Eagles. Patrząc na tegoroczną dyspozycję Kozłów, nawet jedno zwycięstwo z tymi ekipami będzie dla nich ogromnym sukcesem. W tej sytuacji awans do playoffów jest poza ich zasięgiem.

No i wreszcie „czerwona latarnia” ligi, czyli Zagłebie Steelers Interpromex. Mimo optymizmu przed sezonem jak na razie przegrywają wszystko jak leci i mają najmniej skuteczny atak ligi. Przegrali z oboma beniaminkami, z Lowlanders nawet dwukrotnie, a w Białymstoku nie zdołali zdobyć nawet jednego punktu. W drugiej części sezonu mają dwa starcia z Sharks, w których zapewne rozstrzygnie się los miejsc 7-8.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *