NFL, tydzień 6: Co się dzieje z Peytonem?

Trzeba powiedzieć jasno: Peyton Manning jest tylko cieniem wielkiego siebie. Gdyby nie fakt, że to Peyton Manning, pięciokrotny MVP, posiadacz większości indywidualnych rekordów na swojej pozycji i stuprocentowy kandydat do Hall of Fame w pierwszym głosowaniu, już dawno usiadłby na ławce.

Manning w tym roku podaje ze skutecznością 61,6% (26. miejsce w lidze), notuje 6,43 jarda/próbę (31.), ma na koncie 10 INT (najwięcej) i zaledwie 7 TD (21.), jego passer rating to 72,5 (33., tylko Ryan Mallett jest niżej), a QBR wynosi 46,4 (24.). Jak donosi ESPN, aż 21 procent jego podań jest przerzuconych lub niedorzuconych i to jego najgorszy wskaźnik od dziesięciu lat.

Co gorsza nie można tego zrzucić na słabszą formę. Problemy zaczęły się już pod koniec zeszłego sezonu, kiedy w ostatnich sześciu meczach łącznie z playoffami miał statystyki: 120/201 (59,7%) na 1380 jardów (6,87 jarda/próbę), 6 TD, 6 INT i passer rating 78.0.

Zobacz: Co dalej z Peytonem Manningiem?

Końcówkę zeszłego sezonu grał z kontuzjowanym udem, co wyraźnie niekorzystnie wpłynęło na mechanikę jego rzutu. W tym roku od trzeciego tygodnia rozgrywek regularnie pojawia się w raporcie kontuzjowanych Broncos z adnotacją „Non Injury Related” czyli „niezwiązane z kontuzją”, choć nie przeszkadza mu to w pełnym udziale w treningach. Co ciekawe, oficjalna polityka ligi w sprawie raportów o kontuzjowanych graczach mówi, że ten termin oznacza zawodnika, który nie jest w pełni obciążony treningowo z powodów spraw osobistych, dyscyplinarnych lub innych niezwiązanych ze stanem zdrowia. Jest w tym też odpoczynek dla weteranów, więc pewnie o to chodzi, ale i tak sprawa wygląda dość dziwnie.

W tej chwili Peyton jest dla drużyny raczej obciążeniem niż atutem. Gdyby jakimś cudem Broncos przenieśli do roku 2015 Peytona w rekordowej edycji MVP 2013, z miejsca staliby się głównym faworytem do mistrzostwa. Ich defensywa gra fenomenalnie i idealny bilans Broncos to niemal w całości ich zasługa. Defensywa Broncos zdobyła już w tym sezonie cztery TD, z czego dwa pick-six to zasługa Aquiba Taliba, który gra na najwyższym poziomie w karierze. Front seven takżże nie próżnuje. 26 sacków to najlepszy drużynowy wynik w NFL, a jest to wynik faktycznie drużynowy, bo najlepszy DeMarcus Ware uzbierał 4,5 sacka.

Jednak w zachwytach nad Broncos trzeba pamiętać, że do tej pory ich najmocniejszym rywalem byli Minnesota Vikings, których ledwo pokonali na własnym boisku. Jedyne zwycięstwo różnicą wyższą niż jedno przyłożenie odnieśli przeciwko Detroit Lions, którzy w niedzielę potrzebowali dogrywki do pokonania słabiutkich Chicago Bears i było to dopiero ich pierwszym zwycięstwem w sezonie. W sumie rywale Denver mają w tym roku bilans 10-24, co przekłada się na 4,7 zwycięstwa w 16-meczowym sezonie. To tak jakby grali każdy mecz z odpowiednikami zeszłorocznych Bears albo Redskins.

W niedzielę przeciwko Browns byli o krok od klęski i uratowało ich tylko to, że Browns jakiś cudem każdą sytuację potrafią zawalić. Najpierw Broncos dostali piłkę przy remisie na 1:30 przed końcem meczu na własnym 23 jardzie i nie potrafili posunąć się do przodu nawet o cal. Dla uczciwości trzeba przyznać, że to nie tylko wina Manninga, bo fatalnego dropa po idealnym podaniu Peytona zaliczył Demaryius Thomas. Na szczęście dla Denver Browns, którzy odzyskali piłkę na własnym 40 jardzie, nie zdołali nic z nią zrobić, bo trzy akcje później Josh McCown posłał bezsensowne podanie, przejęte przez defensorów Broncos.

W dogrywce wydawało się, że Manning podarował mecz Browns, kiedy posłał fatalne INT na własnej połowie. Wydawało się, że Browns pozostaje jedynie pobiec trzy raz, by uczynić FG nieco łatwiejszym niż 57 jardów i kopnąć zwycięskie punkty. Nic bardziej mylnego. Po pierwszym biegu na -3 jardy, Browns zaordynowali dwie akcje podaniowe, co skończyło się dwoma sackami i -13 jardami w serii ofensywnej Cleveland.

Czy Manning dojdzie do siebie? Bałbym się zakładać przeciwko niemu, ale wszystko wskazuje na to, że nie jest to przejściowy kryzys, tylko zmierzch legendy. A bez niego mogą mieć problemy, bo w listopadzie podejmują u siebie Packers i Patriots oraz jadą do Indianapolis. W tych meczach Peyton musi być niczym lekarz: po pierwsze nie szkodzić.

 

500 jardów to za mało

Od 1970 r., gdy powstała współczesna NFL, tylko 15 razy rozgrywający przekroczył 500 jardów podaniowych w meczu. Paradoksalnie to wcale nie jest dobry znak, bo QB z taką ilością jardów mają kiepski bilans 7-8. To elitarne grono w niedzielę zasilił Philip Rivers, ale i w jego wypadku 500 jardów (a dokładnie 503) nie wystarczyło do wygranej, choć jest pierwszym w tym gronie, który przegrał mecz, kiedy nie rzucił żadnego INT.

Jego Chargers zawitali na Lambeau Field, gdzie Aaron Rodgers od sezonu 2008 przegrał tylko 10 spotkań, które rozpoczął i zakończył w pierwszym składzie. W tym czasie tylko Patriots rzadziej przegrywali na własnym boisku.

Packers szybko wyszli na prowadzenie, ale Chargers gonili cały mecz i byli dosłownie o krok od wyrównania w końcówce czwartej kwarty. Chargers mieli pierwszą próbę na 3 jardy od pola punktowego Packers przy 7-punktowej przewadze gospodarzy, ale nie zdołali zdobyć punktów, a w decydującej czwartej próbie debiutant Damarious Randall świetnie zbił piłkę zmierzającą w stronę ustawionego w polu punktowym Danny’ego Woodheada.

Chargers nie mają się czego wstydzić, ale też nie mogą być do końca zadowoleni, bo trafili na Packers gnębionych problemami, a i tak nie udało im się wywieźć z Wisconsin zwycięstwa (a następna okazja dopiero za osiem lat). Przede wszystkim zacięła się ofensywa Packers, głównie ze względu na kontuzje.

Przez cały sezon poczynania kolegów z trybun obserwuje Jordy Nelson. Devante Adams, który miał go zastąpić, nie może wyleczyć skręconej kostki. Debiutant Ty Montgomery, kolejny szybki, wysoki reciver, grający na zewnątrz, zszedł z boiska z kontuzją w pierwszej kwarcie. James Jones robi w Packers kawał świetnej roboty, ale nie bez powodu miał problemy ze znalezieniem dla siebie innej drużyny – ma spory problem z separacją od obrońców. Aaron Rodgers nie ma również do dyspozycji dobrego TE, bo Richard Rodgers to gracz co najwyżej użyteczny. Pozostaje Randall Cobb, ale wobec kompletnego braku zagrożenia na zewnątrz, cała uwaga skupia się na nim w slocie. Żaden reciver Packers nie złapał w niedzielę więcej niż dwóch podań i fakt, że w tej sytuacji Rodgers podał na 255 jardów i 2 TD pokazuje całą jego maestrię.

Niepokojem napawa fanów sytuacja z Eddiem Lacym. Running back od kilku tygodni leczy skręconą kostkę i wyraźnie brakuje mu mocy. W niedzielę grał sporo, ale głównie jako dodatkowy bloker. Biegł tylko cztery razy, w sumie na 3 jardy. Godnie zastąpił go James Starks, który zanotował 112 jardów po ziemi, w tym 65-jardowy rajd na TD, ale od dwóch lat Lacy jest bardzo ważnym ogniwem ataku Packers.

Posypała się też nieco obrona. Oczywiście, trzeba oddać Riversowi co jego, ale tym razem GB mieli ogromne problemy z wymuszeniem choćby puntu. Chargers kapitalnie podtrzymywali serie ofensywne i rozegrali w ataku 89 snapów przy zaledwie 49 Packers. To pozwoliło Riversowi wykonać 65 podań, posłać do celu 43 i zaliczyć 503 jardy. Wszystko to rekordy klubu, 43 celne podania to również drugi wynik w historii współczesnej NFL (rekordzistą od 1994 r. jest Drew Bledsoe, który na 45 celnych podań potrzebował 70 prób). Kompletnie bezradna była secondary, która już w pierwszej połowie pozwoliła Keenanowi Allenowi na złapanie 11 piłek, a gdyby nie jego kontuzja w czwartej kwarcie zapewne skończyłby z wynikiem lepszym niż 14 chwytów na 157 jardów.

Rivers nic sobie nie robił z presji front seven, drugiego najlepiej sackującego pass rushu w lidze. Został w tym spotkaniu zsackowany trzykrotnie, dostał też 13 legalnych uderzeń od obrońców, ale to nie wystarczyło, żeby go spowolnić.

Packers mają na koncie komplet sześciu zwycięstw i przed sobą bye week, który nie mógł przyjść w lepszym momencie. Poza poobijaną ofensywą urazy leczą NT B.J. Raji i S Morgan Burnett (obaj opuścili mecz z Chargers). Na Wszystkich Świętych zawitają do Denver, gdzie Rodgers będzie miał okazję przetestować najlepsza defensywę w lidze.

Tymczasem Chargers mają na koncie już cztery porażki, choć w niedzielę grali znacznie lepiej niż klub z bilansem 2-4. Teraz będą mieli okazję nieco nadrobić straty, bo grają cztery mecze przeciwko drużynom z równie fatalnym lub nawet gorszym bilansem (kolejno: Raiders, Ravens, Bears, Chiefs).

 

Yes, he Cam

Nie jestem fanem Cama Newtona. Uważam, że jak na fenomenalne warunki fizyczne robi za małe postępy i nie przepadam za jego „gwiazdorzeniem”, na czele z celebracją przyłożeń „na Supermana”. Ale trzeba facetowi odać, że w tym sezonie robi kawał fenomenalnej roboty.

Nie widać tego w statystykach, ale tutaj pretensje należy przede wszystkim mieć do GM-a Dave’a Gettlemana. Cam po prostu nie ma z kim grać, bo jedynym solidnym graczem łapiącym jego podania jest TE Greg Olsen. A mimo to prowadzi Panthers do kolejnych zwycięstw. Tym razem drużyna z Charlotte wygrała na jednym z najtrudniejszych terenów w lidze, w Seattle, po imponującym comebacku w czwartej kwarcie. Newton był w niej rewelacyjny, obdzielał swoich reciverów świetnymi podaniami i znakomicie dyrygował ofensywą.

Warto jednak odnotować poważny kryzys w Seattle. Jak już kilka razy pisałem, po oddaniu Maxa Ungera o-line Seahawks gra fatalnie. Gdyby za nimi stał mniej mobilny QB niż Russell Wilson, zapewne już leżałby w szpitalu. Ofensywa Seahawks zaczyna się i kończy na Wilsonie, choć w tym meczu wreszcie błysnął Jimmy Graham, który złapał 8 piłek na 140 jardów. Jednak polityka zatrzymywania gwiazd za wielkie pieniądze nie zdaje tam egzaminu, bo po prostu brakuje solidnego „mięsa”, którym można by uzupełnić luki w składzie.

Co gorsza sypie się defensywa. Nie można już zwalać ich problemów na brak Kama Chancellora. Przeciwko Panthers zabrakło Bobby’ego Wagnera, ale nawet on by nie pomógł przy decydującym przyłożeniu Grega Olsena, które było konsekwencją nieporozumienia między dwiema największymi gwiazdami tej obrony: Richardem Shermanem i Earlem Thomasem.

Wątpię, by Panthers pozostali długo niepokonani. Mają przed sobą ciężką serię spotkań: wyjazdy do Philadelphii i Indianapolis, a następnie goszczą Packers. Ale jak na razie graja powyżej oczekiwań, a to zasługa ich ciemnoskórego, wiecznie uśmiechniętego rozgrywającego.

 

W skrócie:

  1. Coś się kończy, coś zaczyna. Z grona niepokonanych odpadli Falcons, którzy przegrali w Nowym Orleanie. TE Benjamin Watson złapał 10 piłek na 127 jardów, co już oznacza jego najlepszy sezon w barwach Saints. Weteran, który debiutował w lidze w 2004 r. przeżywa drugą młodość po odejściu Grahama.
  2. Na koncie Toma Brady’ego znalazło się pierwsze w tym sezonie INT. Celowo nie piszę, że rzucił INT, bo 100% winy za pick-six ponosi Julian Edelman, który nie złapał bardzo dobrego podania od Brady’ego. Patriots, jak to zwykle w ostatnich latach bywa, pewnie pokonali Colts. W Indianapolis wymyślili jeden z najgorszych zmyłkowych puntów wszechczasów. Nie wiem jeszcze jak, ale na pewno wymyślą coś, żeby winę za to… oryginalne zagranie zwalić to na oszusta Belichicka.
  3. Na minutę przed końcem pierwszej połowy Michael Vick miał -1 (słownie: minus jeden) jard podaniowy. Całe szczęście dla Steelers, że zszedł w przerwie z kontuzją. Landry Jones, była gwiazda Oklahomy, rzucił swoje pierwsze podania w NFL i zrobił to na tyle skutecznie, by zaliczyć 168 jardów i 2 TD. Panie Vick, kończ waść, wstydu oszczędź.
  4. Czyżby zanosiło się na kolejny sezon, w którym Cardinals tylko dobrze zaczną? Porażka ze Steelers bez Big Bena to na pewno nie jest to, na co liczyli. Nie pomogło ponad 400 jardów Carsona Palmera i 196 Johna Browna. Ok, pomogło, dzięki Brownowi wygrałem w Fantasy, ale w przypadku Cardinals kluczowy okazał się brak skuteczności w red zone i trzy straty.
  5. Sam Bradford postanowił chyba przetestować, czy faktycznie każdy QB może rozgrywać u Chipa Kelly’ego. Przeciwko Giants trzykrotnie podał w ręce rywali, ale Eagles i tak wysoko wygrali. Wydawało się, że nowojorczycy mają otwartą drogę na szczyt NFC East, ale chyba jednak im się tam nie spieszy.
  6. Dlaczego Levis Stadium w San Francisco jest jedną z najgorszych aren NFL? W niedzielę kicker Ravens Justin Tucker przestrzelił FG, bo… zapadło się pod nim boisko. OK, „zapadło” to może trochę za mocne słowo, ale na pewno ta trawa nie powinna zachowywać się jak ruchome piaski. Zresztą sami zobaczcie jak murawa ustępuje pod jego lewą stopą.

Zobacz też

Brak komentarzy

  1. Nie do końca się zgodzę co do formy Rodgersa. Owszem, jest generalnie najlepszy lub jeden z dwóch najlepszych. Tak, cała ofensywa jest połamana lub przynajmniej poobijana. Ale mimo wszystko kilka razy mocno niedokładnie podawał, w innych paru przypadkach miał gościa na dystansie ale nie rzucił mu piłki. To ostanie akurat nie wiem czy nie wynika z faktu, że były to być może noname’y, do któych Aaron zaufania nie ma. Słabo to wszystko wygląda. To już kolejny, trzeci mecz, w którym ofensywa kuleje. Z Denver może być masakra. Jakby przyjrzeć się bilansowi przeciwników Packers to też szału nie ma. Razem 11-24 czyli praktycznie tak samo jak Broncos, którym to wytknąłeś.

    Paradoksalnie obrona nie zgarała tak źle jak pokazują statystyki. Kilka kluczowych chwytów Chargers było z kategorii niesamowitych, celność rzutu Riversa w tych sytuacjach też idealna. Mimo, że to umiejętności zawodników San Diego sprawiły, że grali dalej, to jedak trzeba mieć sporo szczęścia, żeby to wszystkie cyrkowe zagrania wyszły. Do tego dochodzą chyba dwa wypuszczone przechwyty obrony GB.

    Ja mam nadzieję, że to typowe, przejściowe problemy. Tyle, że rok temu po przegranej z Detroit Rodgers wyszedł z uśmiechem i powiedział swoje słynne R-E-L-A-X. Teraz już taki wesoły nie jest. Chyba widzi, że sam sobie z tym nie poradzi.

    1. Jest sporo racji w tym co piszesz. Odniosę się do kwestii porównania Packers-Broncos. Seahawks, Rams i Chargers to jednak mimo podobnego bilansu silniejszy zestaw rywali niż Vikings, Browns i Ravens (bo tak chyba należy zestawić najmocniejsze trójki dla obu drużyn). Poza tym Menning i spółka prześlizgują się na krawędzi porażki niemal w każdym swoim spotkaniu, wygrane Packers poza niedzielnym meczem z Chargers były jednak dość przekonujące.
      Co do Rodgersa myślę że wiele to kwestia braku zaufania. Nie mówię już nawet od Nelsonie, ale jeśli Adams i Montgomery dostawali większośc powtórzeń na treningach z Rodgersem, to on nawet nie do końca wie do czego zdolni są ci z dalszej części depth chart (jak Janis). To pewnie kwestia czasu. Pozytywem jest fakt, że poza niedzielnym meczem z Chargers, defensywa spisuje się dużo lepiej niż przed rokiem.

  2. Po kontuzji Nelsona była dyskusja na temat tego kto będzie WR nr 3. Sporo mówiło się i pisało, że Janis ma tendencję do upuszczania piłki i z tego powodu Rodgers mu nie ufa.

    Chargers perfekcyjnie odrobili zadanie domowe. Na początku zabrali się jedynie za blokowanie linii defensywnej dając czas Riversowi na pozbycie się piłki. Sacków na nim było całe 0. Jak nasi zaczęli kombinować naokoło żeby w końcu się dostać do QB rywali, Chargers zaczęli używać biegacza. Mieli przy tym sporo szczęścia, które wynikało jednak z ich umiejętności. Ale nie da się tak grać cały czas. Nie wierzę, że każda drużyna będzie miałą dzień konia w meczu z Green Bay. Najlepszym przykładem jest St. Louis. Gdyby Foles zagrał choćby poprawnie, GB mogłoby przegrać. Ale z drugiej strony QB Rams zagrał źle, bo zgraja Packers nieustannie go atakowała.

    Co do siły rywali Packers i Broncos, to tylko subiektywne wrażenie. Choć muszę przyznać, że mam takie samo jak Ty – że przeciwnicy Green Bay więcej sobą reprezentują. Kansas City jest chyba najlepszym odniesieniem. Z Broncos Chiefs przegrali właściwie na własne życzenie, a z Packers polegli bezdyskusyjnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *