NFL przed sezonem 2017 – AFC South

AFC South to najsłabsza dywizja w NFL i trudno im o dużą konkurencję w tym zakresie. W zeszłym roku w playoffach grali Houston Texans, ale tylko dlatego, że ktoś z AFC South w playoffach zagrać musiał. W tym roku dużo zależy od zdrowia Andrew Lucka, ale być może Titans zrobią kolejny krok naprzód i wrócą do playoffów po ośmiu sezonach przerwy.

 

Houston Texans

NFL AFC SouthZeszłoroczni Teksańczycy byli jedną z najsłabszych drużyn w historii w playoffach. Indeks DVOA sytuował ich na 29. miejscu w NFL, zaraz za San Francisco 49ers.

Jedną z głównych przyczyn tak słabego sezonu była dramatyczna sytuacja na rozegraniu. Wybrany osobiście przez trenera Billa O’Briena rozgrywający, Brock Osweiler, po raz kolejny udowodnił, że w NFL nie mają pojęcia o ocenie quarterbacków. Jego masywny kontrakt udało się na szczęście zrzucić na barki Cleveland Browns, ale trzeba było do tego dorzucić wybór w drugiej rundzie draftu 2018.

Wybór w pierwszej rundzie draftu 2018 powędrował do… Cleveland w zamian za prawo do wybrania w drafcie 2017 Deshauna Watsona. W efekcie w Ohio będą z całego serca kibicować wszystkim przeciwnikom Houston w tym sezonie. Niemniej sytuacja Teksańczyków na rozegraniu powinna być nieco lepsza. Głównie dlatego, że gorsza być nie może. Póki co startować będzie zapewne Tom Savage, ale Watson zapewne dostanie swoją szansę po kilku słabszych spotkaniach starszego kolegi.

Zobacz pozostałe dywizje:

AFC East

AFC North

AFC West

NFC East

NFC North

NFC South

NFC West – 3 września

Poza tym Texans nie udało się dogadać z WR DeAndre Hopkinsem, który wchodzi w sezon na opcji piątego roku. Jeden z najbardziej utalentowanych młodych WR w lidze cierpi od dawna na brak klasowego rozgrywającego. Czy będzie chciał zostać w Teksasie? Texans mają jeszcze w odwodzie franchise tag na 2018.

Drużyna pożegnała się z koordynatorem ofensywy, Georgem Goodseyem, a obowiązki OC będzie pełnił HC Bill O’Brien, co nie jest najlepszym rozwiązaniem. Specjalnym asystentem HC został Romeo Crennel, który sam ma doświadczenie jako główny trener, a do sztabu dołączył Wes Welker, który grał pod O’Brienem w Patriots. Ta struktura jest dość eksperymentalna i trudno powiedzieć jak zadziała w praktyce.

Największym wzmocnieniem Texans będzie powrót po kontuzji DL J.J. Watta. Po raz pierwszy Watt i Jadeveon Clowney będą jednocześnie w pełni sił, co stanowi dość przerażającą perspektywę dla o-line rywali. Karierę postanowił zakończyć potężny NT Vince Wilfork, ale front Houston i tak może należeć do najlepszych w lidze.

Presja z frontu będzie o tyle ważna, że Texans stracili najlepszego cornerbacka. A.J. Bouye wybrał 67,5 mln/5 lat u rywala z dywizji – Jaguars.

Przyszłość Texans rysuje się w dość ciemnych barwach, chyba że Watson okaże się prawdziwym franchise QB. Jeśli ich defensywa nie wespnie się na absolutne wyżyny, to w tym sezonie nic nie ugrają. Ich salary cap obciążą nowe umowy Hopkinsa i Clowneya, a w drafcie 2018 nie mają co liczyć na większe wzmocnienia bez dwóch najwyższych wyborów.

 

Tennessee Titans

Gdyby nie niespodziewana porażka w grudniu z grającymi o pietruszkę Jaguars, to Titans reprezentowaliby AFC South w playoffach. I zapewne pokazaliby się ze znacznie lepszej strony niż Texans.

W pierwszym sezonie pod wodzą duetu GM Jon Robinson – HC Mike Mularkey, Titans poprawili się aż o sześć zwycięstw. Stawiałoby ich to jako kandydatów do regresji w tym roku, gdyby nie to, że nie było tam przypadku. To zasługa mądrej budowy drużyny poprzez linię ofensywną i młodego, taniego QB.

Oczywiście trafienie w młodego, taniego QB to loteria, więc Marcus Mariota trafił się Tytanom jak ślepej kurze ziarno. W swoim drugim sezonie chłopak z Hawajów wykonał ogromny postęp, a że już debiutancki sezon miał solidny, to w większości wskaźników statystycznych wskoczył do TOP10 rozgrywających w lidze. Niemała w tym zasługa mądrze zbudowanej linii ofensywnej, która była na piątym miejscu w run blocking i 15. w pass protection wg Football Outsiders. Do tego oldschoolowa, ale pasująca do tej ekipy gra biegowa z DeMarco Murrayem w roli głównej i mamy receptę na solidny sezon.

Co więcej żaden zawodnik Titans nie uderza w sezonie 2017 w salary cap kwotą większą niż 10 mln dolarów, co sprawia, że nawet po wszystkich wzmocnieniach ekipa z Nashville ma sporo wolnych dolarów.

W Tennessee wzmocnili dwa najsłabsze punkty drużyny: DB i WR. Jeśli chodzi o skrzydłowych, to na wolnym rynku udało się pozyskać Erica Deckera, a z #5 w drafcie wzięli Coreya Davisa. Swój drugi wybór w pierwszej rundzie (#18) zużyli na CB Adoree’ Jacksona. Do secondary dołączyli też Jonathan Cyprien z Jaguars i Logan Ryan z Patriots. Zwłaszcza ten drugi miał fenomenalną końcówkę sezonu zakończoną mistrzowskim pierścieniem. Jeśli zagra na podobnym poziomie, to jego 30 mln/3 lata będzie nie lada okazją.

Titans nie mają wielu słabych stron. Można się zastanawiać, czy Matt Cassell jako zmiennik dla ryzykownie grającego Marioty to najlepsze rozwiązanie, ale każda drużyna w NFL, która traci pierwszego rozgrywającego ma przerąbane. No, chyba że wezmą Daka Prescotta w czwartej rundzie draftu albo Toma Brady’ego w szóstej, ale to nie zdarza się za często.

Tennessee to mój czarny koń tegorocznych rozgrywek. Biorąc pod uwagę, że w zeszłym roku w tej roli stawiałem Jaguars to nienajlepszy prognostyk ;) Ale może tym razem nie zapeszę.

 

Indianapolis Colts

Niewiele zmieniło się w Indy przez ostatnie dwie dekady. Wybitny rozgrywający (wcześniej Peyton Manning, teraz Andrew Luck), który musi ciągnąć cały klub, bo nie potrafią zbudować wokół niego drużyny. Tyle że Andrew Luck ma nieco mniejszą odporność na ciosy niż Manning i przez dwa ostatnie sezony jego urazy sprawiały, że Colts nie byli w stanie nawiązać walki.

Co gorsza nie wiadomo jak będzie w tym roku. Luck wciąż rehabilituje się po offseasonowej operacji ramienia. Co gorsza prawego ramienia (jest praworęczny). Nie wiadomo czy wróci na początek sezonu zasadniczego, a nawet jeśli wróci, powrót do pełnej dyspozycji chwilę potrwa.

Najlepszym ruchem Colts z całego offseason było zwolnienie generalnego managera Ryana Grigsona i zastąpienie go Chrisem Ballardem (chociaż zastąpienie go tresowanym szympansem też dałoby pozytywny efekt). Najgorszym było pozostawienie na miejscu HC Chucka Pagano, współodpowiedzialnego za obecny bajzel w Indy.

Zobacz: Indianapolis Colts, czyli jak elitarny QB uratuje twoją posadę

Nowy GM wziął się bardzo intensywnie za budowę nowej defensywy. W drafcie wydał na nią niemal cztery razy tyle kapitału (przeliczając wybory na punkty wg systemu Chase’a Stuarta) co na ofensywę. Dodatkowo ściągnął do drużyny kilku wolnych agentów, jednak w przeciwieństwie do Grigsona, nie gwarantował im ogromnych pieniędzy. DT Jonathan Hankins i pass rusherzy Jabaal Sheard i John Simon otrzymali stosunkowo niewielkie kontrakty. Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej połowa starterów w obronie Colts będzie wymieniona.

Tyle że wciąż nie wiadomo co z ofensywą. Póki co Luck się leczy, a nawet gdy wróci, szybko może wrócić do lekarza. Fatalna linia ofensywna nie została wzmocniona. Na rynku klasowi liniowi są piekielnie drodzy. Indy zdecydowali się sięgnąć w czwartej rundzie draftu po liniowego, ale tacy gracze rzadko stają się wartościowym wzmocnieniem już w pierwszym roku.

Colts poczynili kroki w dobrą stronę, ale uprzątnięcie bagna po Grigsonie potrwa jeszcze trochę.

 

Jacksonville Jaguars

Kiedy na Florydzie uznają, że Blake Bortles jest klapą? Wiele wskazuje, że już uznali. Nowy trener Doug Marrone zdecydował, że starterem na rozegraniu w trzecim tygodniu preseason będzie Chad Henne. Problem z Bortlesem polega na wykorzystanej opcji piątego roku. W tej chwili jego pensja na sezon 2018 wynosi ok. 19 mln dolarów, które stają się w pełni gwarantowane w wypadku kontuzji. Jags mogą postąpić podobnie jak Redskins z Robertem Griffinem i trzymać go cały sezon na ławce rezerwowych albo wręcz zwolnić przed sezonem. Jednak ani Henne ani Brandon Allen, trzeci QB, nie gwarantują lepszej gry.

Problemy na rozegraniu obciążają cała drużynę, która wygląda naprawdę ciekawie. Trio młodych WR Allen Hurns, Allen Robinson i Marquise Lee jest obiektem zazdrości wielu doświadczonych rozgrywających. Nieco gorzej prezentuje się sytuacja w linii ofensywnej. Brandon Albert, który miał być LT, obraził się na cały świat i skończył karierę. W drugiej rundzie Jags wybrali Cama Robinsona z Alabamy, ale rookie na LT to rzadko dobry pomysł.

W Jacksonville znów postanowili zainwestować w RB, choć w ostatnich latach dużo wrzucili w tę pozycję. Tym razem z #4 wzięli Leonarda Fournette, licząc na powtórkę sukcesu Ezekiela Eliotta z Cowboys. Tyle że Fournette to dość klasyczny biegacz w typie Adriana Petersona, a nie wszechstronny zawodnik przydatny również w akcjach podaniowych, jak Eliott czy David Johnson.

Już w zeszłym roku obrona Jaguars była dobra, momentami bardzo dobra. W tym sezonie może być jeszcze lepsza. Na rynku wolnych agentów pozyskali jednego z najlepszych DL w lidze, Calaisa Campbella. Z kolei na CB podebrali rywalom z dywizji A.J. Bouye, który powinien stworzyć fantastyczny duet z Jalenem Ramseyem. Wzięli też udział w rozbiorze secondary Cowboys. Barry Church powinien być lepszy na safety niż Jonathan Cyprien.

Doug Marrone to trener bardzo konserwatywny, by nie powiedzieć przestarzały. Wątpliwe, by był w stanie rozwiązać problemy na rozegraniu. A bez wsparcia ofensywy obrona Jaguars dużo nie zwojuje.

 

Mój typ: Dywizja dla Titans. Luck wróci zdrowy i ryzykując własne życie powalczy o dziką kartę, ale bez powodzenia. Mimo powrotu Watta Texans zaliczą wyraźny regres i wygrają nawet mniej meczów niż Jaguars, ale żadna z tych drużyn nie zbliży się do playoffów.

 

P.S. Pamiętaj, żeby polubić fanpage na Facebooku, gdzie w sezonie będę krótko podsumowywał na gorąco obejrzane mecze. Z kolei na Twitterze znajdziecie opinie na żywo, w trakcie spotkań.

NFL przed sezonem 2017: AFC North

AFC North to jedna z najbardziej fizycznych dywizji w NFL. Tyle że ostatnie lata to jej lekki kryzys. Pittsburgh Steelers to klasa AFC, ale Bengals i Ravens złapali zadyszkę. Browns są w drugim roku wielkiej odbudowy, ale na efekty zapewne przyjdzie poczekać przynajmniej do przyszłego roku.

 

Pittsburgh Steelers

NFL AFC NorthStalowi nie zmienili za wiele od zeszłego sezonu. W końcu należą do najbardziej konserwatywnych drużyn w NFL, od 1969 r. mieli zaledwie trzech trenerów. Poza tym jeśli grasz w finale konferencji to niepotrzebna ci rewolucja.

Najważniejsze jest to, co się nie wydarzyło. A mianowicie QB Ben Roethlisberger nie ogłosił emerytury, z czym nosił się publicznie w styczniu. Postanowił jednak wrócić na swój czternasty sezon w roli pierwszego rozgrywającego Steelers. Po rocznym zawieszeniu do składu powraca szybki WR Martavis Bryant, który powinien jeszcze wzmocnić ofensywę, którą Fiitball Outsiders sklasyfikowali na siódmym miejscu w NFL w ubiegłym roku.

Udało się podpisać nową umowę z WR Antonio Brownem, która wiąże go z klubem do 2021 roku, nie udało się natomiast w przypadku RB Le’Veona Bellla, który będzie grał na franchise tagu. Podobno Bell chce być opłacany jako najlepszy RB plus drugi WR i odrzucił ofertę 60 mln/5 lat. Tyle że nie ma na to szans. Bell jest jednym z najlepszych RB w NFL, ale jeszcze ani razu w ciągu czterech lat nie dograł sezonu do końca bez kontuzji. Co więcej rynek RB jest w permanentnym trendzie spadkowym i raczej nie ma szans na jego odwrócenie w najbliższym czasie.

Ofensywa Steelers może być nieco lepsza, o ile kontuzje ominą najlepszych graczy, natomiast pozostają znaki zapytania po stronie obrony. Na kolejny sezon wrócił nieśmiertelny LB James Harrison. Choć w wieku 39 lat pozostaje produktywnym pass rusherem, to jednak nie jest graczem, który mógłby przebywać na boisku 80-90% snapów. Niemniej pass rush raczje nie będzie atutem Pittsburgha, podobnie jak cała defensywa, chyba że debiutanci wkomponują się w drużynę znacznie szybciej niż to normalne.

AFC nie wygląda w tym roku na specjalnie mocną, więc status quo nie jest najgorszą wiadomością dla Steelers. Z drugiej strony kto się nie rozwija, ten się cofa…

 

Baltimore Ravens

Kruki wciąż pozostają zakładnikami mistrzostwa, które zdobyli w 2012 r. Joe Flacco rozegrał wówczas najlepsze cztery mecze z rzędu w życiu, zgarnął MVP Super Bowl i podpisał kosmiczny kontrakt, który, po renegocjacjach, obciąża koszmarnie salary cap Ravens. Jego przeszło 24,5 mln to największe uderzenie w czapkę ze wszystkich zawodników w NFL. A mówimy o rozgrywającym, który statystycznie spisuje się znacznie poniżej przeciętnej (nie licząc nieco lepszego sezonu 2014).

Cian Fahey: Colin Kaepernick jest lepszy niż Joe Flacco (artykuł po angielsku)

Zobacz pozostałe dywizje:

AFC East

AFC South

AFC West

NFC East

NFC North

NFC South

NFC West – 3 września

Co więcej Flacco może nie być gotowy na start sezonu. Wciąż nie trenuje z zespołem, a oficjalnym powodem jest „sztywność” („stiffness”) pleców. Cóż, wszelkie naciągnięcia i skurcze już dawno byłyby wyleczone, więc spekuluje się, że w grę mogą wchodzić jakieś problemy z kręgosłupem, może pęknięty dysk. A jeśli twoją drugą najlepszą opcją jest Ryan Mallett, to nawet przepłacony Joe Flacco zaczyna wyglądać dobre.

Długo wydawało się, że Flacco nie będzie miał do kogo podawać. Ravens stracili niemal wszystkich WR, którzy cokolwiek pokazali w NFL, na czele ze Stevem Smithem, który wybrał emeryturę. Jednak w czerwcu trafiła im się nie lada gratka i zdołali pozyskać Jeremy’ego Maclina, niespodziewanie zwolnionego z Kansas City. Do tego za minimalną pensję ściągnęli Danny’ego Woodheada, który, o ile jest zdrowy, stanowi duże zagrożenie jako reciver z głębi pola.

To jednak wcale nie znaczy, że będą bardzo groźni w ataku, nawet z Flacco za centrem. Maclin, Woodhead i Mike Wallace (zakładając, że  będzie zdrowy i produktywny) to nie kombinacja marzeń. Dodatkowo drugi rok z rzędu z Baltimore uciekł najlepszy liniowy. Rok temu był to Kelechi Osemele, w tym roku RT Ricky Wagner. Następców za bardzo nie widać.

Na plus należy zapisać wzmocnienia w secondary. Z Arizony doszedł safety Tony Jefferson, a z Dallas CB Brandon Carr. To daje Ravens naprawdę solidną i głęboką trzecią linię obrony, która będzie im bardzo potrzebna. Od linii defensywnej raczej nie powinni oczekiwać większego wsparcia. Ravens wydali tak dużo na nowy kontrakt potężnego Brandona Williamsa, że musieli oddać za półdarmo Tima Jerrigana do Eagles i nie podeszli nawet do walki o Lawrence’a Guya, który skończył w Nowej Anglii na skromnym kontrakcie w wysokości 13,4 mln/4 lata. W efekcie nie do końca wiadomo kto będzie generował pass rush, a bez pass rushu nawet najlepsza secondary nie wytrzyma wiecznie.

W Baltimore mieli dość ograniczone pole manewru i zrobili ile się dało. Niestety to raczej nie wystarczy, by zakwalifikować się do postseason.

 

Cincinnati Bengals

Sezon Bengals zależy od dwóch rzeczy: linii ofensywnej i zdrowia. Niestety oba stoją pod znakiem zapytania.

W zeszłym roku WR A.J. Green i TE Tyler Eiffert zagrali razem tylko trzy spotkania. Bengals zdobywali w nich średnio 26 punktów na mecz. W pozostałych? 19.

Do tej dwójki dołącza #9 tegorocznego draftu, WR John Ross, który biega 4,22 na 40 jardów i powinien skłonić rywali do cofnięcia secondary, otwierając środek boiska dla Eifferta.

Tyle że Dalton nie poda do żadnego z tej trójki, jeśli sekundę po snapie dostanie potężne uderzenie od defensywy rywali. Tymczasem linia, słaba już przed rokiem, stała się jeszcze słabsza. OT Andrew Whitworth i OG Kevin Zeitler odeszli odpowiednio do Rams i Browns. Ich następcy, Cedric Ogbuechi i Jake Fisher, jak do tej pory nie pokazali, że potrafią grać na choćby zbliżonym poziomie. Do drużyny wrócił Andre Smith, ale jego ostatni sezon w Bengals (dwa lata temu) nie pozostawił po sobie dobrych wspomnień. Jeśli linia nie „zaskoczy”, to żadne wzmocnienia wśród reciverów nie pomogą.

Co po drugiej stronie piłki? Obrona Bengals, niegdyś czołowa w lidze, powoli osunęła się w przeciętność. Udało się zatrzymać CB Dre Kirkpatricka, w drafcie wzięli kilku uzdolnionych defensywnych liniowych, ale trudno opierać nadzieje na debiutantach.

Jeśli w Cincy chcą wrócić do playoffów, musi ich tam wprowadzić ofensywa. A ta zdoła to zrobić tylko, jeśli będą potrafili ochronić Andy’ego Daltona. Powodzenia.

 

Cleveland Browns

O offseasonie Browns szerzej pisałem w tekście Moneyball odbudowuje Cleveland Browns, więc zainteresowanych oodsyłam do niego. Teraz skupię się raczej na prognozie.

Browns są w drugim roku swojej odbudowy i powinny zacząć pojawiać się pierwsze efekty, o ile Hue Jackson poukłada odpowiednio tę gromadę młokosów. Jednak na ich niekorzyść działa brak rozgrywającego.

Pozyskiwanie rozgrywającego to w NFL kompletna loteria i to loteria z bardzo kiepskimi szansami. Mimo prób w Ohio nie udał się pozyskać Jimmiego Garoppolo i wydaje mi się, że Sashi Brown czeka na kolejny offseason, by złożyć Garoppolo ofertę nie do odrzucenia. W międzyczasie mogą sprawdzić czy DeShone Kizer nie jest przypadkiem kolejnym Russelem Wilsonem/Dakiem Prescottem.

Browns w tym sezonie powinni być lepsi, bo trudno być gorszym niż 1-15. Ale to rok 2018 będzie prawdziwym testem dla ekipy budowanej przez Browna i DePodestę.

 

Mój typ: Dywizja dla Steelers, Bengals będą balansowali na krawędzi playoffów, ale do nich nie wejdą. Ravens zaliczą regres i będą mieli podobny bilans jak Browns, czyli w okolicy 4-5 zwycięstw.

 

P.S. Pamiętaj, żeby polubić fanpage na Facebooku, gdzie w sezonie będę krótko podsumowywał na gorąco obejrzane mecze. Z kolei na Twitterze znajdziecie opinie na żywo, w trakcie spotkań.

NFL przed sezonem 2017: AFC East

Futbol amerykański w wydaniu NFL wraca po przeszło półrocznej przerwie! Czas zacząć przyglądać się zmianom, które zaszły od Super Bowl 2017. Przez najbliższe dwa tygodnie wspólnie z zaproszonymi gośćmi, będziemy omawiać sytuację poszczególnych ekip NFL.

Na początek AFC East. Czy ktokolwiek będzie tam w stanie zagrozić obrońcom tytułu, New England Patriots? To wątpliwe. Miami Dolphis, po zeszłorocznym niespodziewanym awansie do playoffów, stracili Ryana Tannehilla, który na obozie przygotowawczym uszkodził kolano. Buffalo Bills i New York Jets zaczynają kolejne etapy permanentnej przebudowy.

 

New England Patriots

NFL AFC EastZ reguły w mistrzowskiej ekipie można by oczekiwać pewnego rozprężenia, ale nie tym razem. Po pierwsze to drużyna Billa Belichicka, który rozprężenie dopuszcza dopiero na emeryturze. Po drugie Patriots zbroją się na potęgę, korzystając z dobrej dyspozycji Toma Brady’ego.

Rozgrywający skończył niedawno 40 lat. Choć upiera się, że utrzyma formę fizyczną do 45 roku życia, to wszyscy wiedzą, że QB w tym wieku może nagle spaść z klifu, tak jak zdarzyło się to dwa lata temu Peytonowi Manningowi. Dlatego Pats robią wszystko, by duet Brady-Belichick mógł zaatakować kolejny, szósty już, tytuł mistrzowski.

W związku z tym zaczęli robić coś, co do tej pory kojarzyło się raczej ze słabo zarządzanymi drużynami, których generalny manager musiał wykazać się sukcesem „na wczoraj” – zaczęli wymieniać wybory w drafcie na weteranów.

Zobacz pozostałe dywizje:

AFC North

AFC South

AFC West

NFC East

NFC North

NFC South

NFC West – 3 września

Z New Orleans Saints przyszedł Brandin Cooks, najlepszy reciver w Nowej Anglii od czasów Randy’ego Mossa. Z Indianapolis Pats pozyskali TE Dwayne’a Allena, a z Caroliny pass rushera Kony Ealy’ego.

To jednak nie wszystko, bo Patriots byli również aktywni na rynku wolnych agentów. W drużynie pozostał lider defensywy, LB Dont’a Hightower, który podpisał nową, pięcioletnią umowę. Z Buffalo podebrali CB Stephona Gilmore’a i RB Mike’a Gillisleego (ten ostatni był zastrzeżonym wolnym agentem, Bills nie wyrównali oferty NE), z Cinncinati dołączył RB Rex Burkhead, a z Baltimore DL Lawrence Guy. Poza Gilmorem wszyscy nowo importowani zawodnicy to stosunkowo tani weterani, których będzie się można łatwo pozbyć, jeśli się nie sprawdzą.

W drużynie pozostał też CB Malcolm Butler, który był zastrzeżonym wolnym agentem, ale mimo zainteresowania innych drużyn (Saints), nie otrzymał wiążącej oferty. Może stworzyć naprawdę groźny duet z Gilmorem.

Mimo zainteresowania innych drużyn w Fixborough pozostali obaj najważniejsi asystenci Billa Belichicka, czyli OC Josh McDaniels i DC Matt Patricia. To spora korzyść dla NE, bo obaj już przynajmniej od dwóch sezonów są przymierzani do ról głównych trenerów w innych klubach.

Czy coś w Nowej Anglii może być powodem do niepokoju? Po pierwsze i najważniejsze: pass rush. Tuż przed obozem przedsezonowym emeryturę ogłosił wszechstronny liniowy Rob Ninkovich. Na i tak najsłabiej obsadzonej pozycji zrobiło się jeszcze luźniej, kiedy na jednym z treningów więzadła w kolanie zerwał Derek Rivers, najwyżej wybrany tegoroczny rookie Patriots. Wygląda na to, że Hightower będzie musiał częściej pełnić rolę pass rushera.

Niemniej NE pozostają głównymi kandytdatami do mistrzostwa. Do zdrowia wraca Rob Gronkowski, Tom Brady wygląda maksymalnie na 30 lat i dostał kilka nowych zabawek. Secondary Pats może w tym roku siać postrach na miarę słynnego Legion of Boom. Drużyna jest faworytem nie tylko AFC East, ale i całej NFL. To oni jako ostatni obronili tytuł mistrzowski (sezon 2004). Czy uda im się to znowu?

 

Miami Dolphins

W pierwszym sezonie pod wodzą trenera Adama Gase’a Delfiny wygrały 10 spotkań i niespodziewanie awansowały do playoffów, dopiero po raz trzeci w tym stuleciu (choć wciąż pozostają bez wygranej w postseason od 2000 r.). Jednak w tym roku będzie bardzo trudno powtórzyć ten sukces.

W sezonie 2016 Qb Ryan Tannehill po raz pierwszy w karierze był wyraźnie lepszy niż średnia w NFL w większości kategorii statystycznych. W tym sezonie nie będzie miał okazji na kolejny progres: na jednym z treningów zerwał więzadła w kolanie, co wyklucza go z gry na cały sezon 2017.

W jego miejsce na Florydę ściągnięto z emerytury Jaya Cutlera, znanego z dużych możliwości zaprzepaszczanych przez frustrujące błędy. Cutlera skusiło 10 mln dolarów, o które będzie bogatszy za pół roku (plus dodatkowe 3 mln, które może zarobić z mało prawdopodobnych bonusów). Co skusiło Miami, mających całkiem solidnego zmiennika w osobie Matta Moore’a, trudno powiedzieć. Wygląda na nieco paniczny ruch.

Wcześniej Dolphins skupili się głównie na podpisywaniu nowych umów z własnymi graczami. Kontrakty dostali WR Kenny Stills, S Reshad Jones i LB Kiko Alonso. Wszystko to wartościowi kontrybutorzy, tyle że dostali dość duże pieniądze, jak na ich umiejętności. Tymczasem Miami już w tej chwili mają niemal 180 mln dolarów pod czapką płacową w 2018 r., a na nową umowę czeka ich najlepszy WR, Jarvis Landry, którego wartość Spotrac.com szacuje na ponad 14 mln/rok. GM Chris Grier będzie miał sporo problemów, by to poskładać do kupy.

Wróćmy jednak do sezonu 2017. W Miami słusznie uznali, że więcej problemów mają w defensywie i większość debiutantów jest właśnie po tej stronie. Do drużyny dołączyli też wszechstronny LB Lawrence Timmons z Pittsburgha i pass rusher William Hayes. Gase postanowił też ściągnąć zawodnika, który pod jego wodzą w Denver wykręcał świetne statystyki, by stracić sporo wartości w Jaguars. mowa oczywiście o TE Juliusie Thomasie.

Największym problemem Dolphins będzie linia ofensywna. Cutler nie należy do najbardziej mobilnych QB, tymczasem cały środek o-line to słaby punkt. I to nawet jeśli zdrowy będzie center Mike Pouncey, który od 2012 r. nie był w stanie rozegrać kompletu 16 spotkań. Bez niego linia kompletnie się sypie.

Defensywa została wzmocniona personalnie, ale nie wiadomo czy przełoży się to na jej lepszą grę. Ofensywa będzie potrzebowała wsparcia.

Przed rokiem Dolphins mieli sporo szczęścia. Wygrali 8 z 10 meczów zakończonych różnicą jednego przyłożenia lub mniejszą (w długim terminie drużyny NFL mają bilans ok. 50% w takich meczach). Potrzebowali dramatycznych końcówek, by wygrywać z takimi tuzami jak Browns, 49ers czy Bills. Z ekipami, które skończyły sezon z dodatnim bilansem, zanotowali zaledwie jedno zwycięstwo w pięciu meczach. W 2017 r. typuję ich regres, ale z Cutlerem na rozegraniu przynajmniej będzie zabawnie.

 

Buffalo Bills

Jeśli wydawało wam się, że Browns to najbardziej żałosna drużyna NFL, pomyślcie jeszcze raz. Bills nie udało się zakwalifikować do playoffów od 1999 r. i jest to najdłuższa taka seria we wszystkich zawodowych sportach w USA. W tym roku raczej nie uda im się jej przerwać.

Dodatkowo Bills raz po raz wykonują dziwne ruchy. W tym roku zwolnili GM-a i wszystkich jego skautów dzień po drafcie. Tak więc nowy GM, zaledwie 40-letni Brandon Beane, odziedziczył skład, z którym niewiele już mógł zrobić (ale udało mu się, o tym za chwilę) i nowego trenera, Seana McDermotta, do tej pory koordynatora defensywy Carolina Panthers. Na marginesie: Beane też przyszedł z Panthers, więc panowie znali się wcześniej.

Bills są w trakcie kolejnej przebudowy. Poza nowym duetem HC-GM postanowili pozbyć się swojego najważniejszego gracza, a tę decyzję podjął już nowy GM. WR Sammy Watkins został wybrany z #4 w drafcie 2014 przed takimi graczami jak Odell Beckham Jr, Mike Evans, Brandin Cooks, Allen Robinson czy Jarvis Landry (nie wspominając o gwiazdach z innych pozycji). Bills oddali za niego #9 w drafcie 2014 oraz #19 i #115 w drafcie 2015. Jednak Watkins, głównie w wyniku szeregu problemów zdrowotnych, okazał się klapą.

Brandon Beane oddał go w trójstronnej wymianie, pozbywając się też CB Ronalda Darby’ego. W zamian pozyskał WR Jordana Matthewsa, CB E.J. Gainesa, pick Rams z drugiej rundy draftu 2018 i pick Eagles z trzeciej rundy tego samego draftu. W przyszłym roku będzie miał też do dyspozycji dodatkowy wybór w pierwszej rundzie, pozyskany jeszcze przez starego GM-a.

To wszystko jednak melodia przyszłości, a tymczasem sezon 2017 rysuje się w czarnych barwach. Ofensywę ponownie poprowadzi Tyrod Taylor, jeden z bardziej nieortodoksyjnych QB w NFL. To gwarantuje sporo ciekawych akcji, ale raczej nie zwycięstw.

W Buffalo nie mieli za dużo wolnych pieniędzy, więc graczy raczej tracili niż pozyskiwali. Wspomniałem już o dwóch stratach na rzecz Patriots (Gilmore i Gilleslee), tym boleśniejszych, że w sezonie 2016 w podobnych okolicznościach stracili WR Chrisa Hogana, który wniósł wartościowy wkład w mistrzowską ekipę NE.

Bills starali się pozyskać dużo tanich weteranów. Sporym wzmocnieniem będzie wszechstronny DB Micah Hyde, którego z niezrozumiałych dla mnie względów nie chcieli zatrzymać w Green Bay. FB Patrick DiMarco i K Steven Hauschka mogą być wzmocnieniem, ale nie odmienią znacząco oblicza drużyny.

Sezon 2017 trzeba w Buffalo spisać na straty. Ograć młodych, wyczyścić salary cap i czekać na draft 2018. Zbawienia dla udręczonych kibiców Buffalo wciąż nie widać.

 

New York Jets

„Ta druga” drużyna z Wielkiego Jabłka wciąż nie może się otrząsnąć z kiepskich decyzji personalnych z początku dekady. Sezon 2017 będzie dla nich walką o #1 w drafcie, a nie o playoffy.

Jets nie pozostawiają złudzeń. Zaczęli od „odstrzelenia” drogich weteranów po niewłaściwej stronie trzydziestych urodzin. Z Nowym Jorkiem pożegnali się Nick Mangold, Darelle Revis, Eric Decker i Brandon Marshall (ten ostatni pozostał w mieście, bo zatrudnili go Giants).

„Ciekawie” będzie na rozegraniu, gdzie mamy dwóch młokosów: Christiana Hackenberga i Bryce’a Patty’ego (żaden do tej pory nic nie pokazał) oraz szanowanego weterana Josha McCowna. Tyle że McCown jest szanowany raczej za swoje cechy pozaboiskowe niż formę na murawie.

Co pozytywnego można powiedzieć o Jets? Ściągnęli „po taniości” kilku weteranów, m.in. CB Moriisa Claiborne’a i OT Kelvina Beachuma. Wciąż mają niebezpieczną d-line (jedyna ich formacja, o której można powiedzieć coś pozytywnego). I konsekwentnie handlowali w czasie draftu, by „rozmnożyć” wybory. Ostatecznie wzięli dziewięciu graczy w tym roku, w tym safety Jamala Adamsa z #6, który określany jest jako jeden z najbardziej uzdolnionych graczy na tej pozycji.

 

Mój typ: Dywizja oczywiście dla Patriots. NE nie będą mieli perfect season, to wymaga za dużo szczęścia, ale nie powinni mieć kłopotów z wygraniem AFC. Drugie miejsce dla Dolphins, którzy zanotuję pewnie w okolicy 7-8 zwycięstw. Bills tuż za Dolphins, a Jets będą szorować po dnie ligi.

 

P.S. Pamiętaj, żeby polubić fanpage na Facebooku, gdzie w sezonie będę krótko podsumowywał na gorąco obejrzane mecze. Z kolei na Twitterze znajdziecie opinie na żywo, w trakcie spotkań.

Kurt Warner, czyli „Kopciuszek” a’la NFL

W pierwszy sierpniowy weekend w Pro Football Hall of Fame zasiadło siedmiu nowych członków. Wśród nich Kurt Warner, którego historia to gotowy materiał na film. Film, który wytwórnia zapewne by odrzuciła, mówiąc, że takie cuda się nie dzieją. Życie i kariera sportowa Warnera to przykład, że nie ma dołka, z którego nie da się wygrzebać.

 

Magazynier za pensję minimalną

Pro Football Hall of Fame Class 2017Kurt Warner urodził się 22 czerwca 1971 r. w Burlington w stanie Iowa. Burlington to małe miasteczko (25 tys. mieszkańców) w stanie uważanym za głęboką amerykańską prowincję. Kiedy miał sześć lat jego rodzice się rozwiedli. Warner grał w futbol w pobliskim liceum w „metropolii” Cedar Rapids (126 tys. mieszkańców) i nic nie wskazywało, by w przyszłości miał stać się gwiazdą sportu.

Po małym liceum nie wzbudził większego zainteresowania w NCAA. Ostatecznie trafił do Uniwersytetu Północnej Iowy (UNI), położonego ok. 100 km. od jego ogólniaka. UNI gra w FCS, czyli akademickiej drugiej lidze, a i tam nie należy do potęg (jeden występ w finale FCS w historii). Nawet w tak względnie słabym otoczeniu Warner nie potrafił się przebić. Dopiero w swoim ostatnim roku na uczelni (1993) został starterem.

W międzyczasie na imprezie poznał Brendę Carney Meoni, byłego kaprala US Marines i rozwódkę z dwójką synów. Jeden z synów cierpiał na porażenie mózgowe po tym jak ex-mąż Brendy (ojciec chłopca) przypadkiem upuścił go na głowę. Od razu między nimi zaiskrzyło i Kurt odprowadził starszą od siebie o kilka lat kobietę do domu. Ta postanowiła być z nim szczera i opowiedziała mu o swojej sytuacji. „Myślałam, że więcej go po tym nie zobaczę” wspominała. 22 października 2017 r. Kurt i Brenda Warnerowie będą obchodzili 20. rocznicę ślubu. Mają piątkę dzieci, a Kurt adoptował dwóch chłopców z pierwszego małżeństwa Brendy.

Oczywiście nie było mowy, by Warnera wybrano w drafcie NFL 1994. Udało mu się jednak załapać na camp Green Bay Packers. Podpisał umowę z bonusem w wysokości 5 tys. dolarów.

„Myślałem, że wszystko jasne. Będę w Packers przez cała karierę. Za bonus kupiłem sobie zielony samochód i zacząłem szukać domu w Green Bay” wspominał Kurt w dokumencie „Kurt Warner. A Football Life”. Jednak nie udało mu się dostać posady zmiennika Bretta Favre’a. Pod koniec lata znalazł się bez pracy. Steve Mariucci, ówczesny trener rozgrywających w Green Bay powiedział mu, że ma potencjał, ale nie jest jeszcze gotowy na NFL.

Warner zamieszkał z Brendą w piwnicy u jej rodziców. W dzień pracował za darmo jako asystent trenera na swojej alma mater, w nocy wyładowywał towar na półki w markecie za pensję minimalną. Jednak nie tracił nadziei, że kiedyś wróci do futbolu.

 

Gwiazda Arena Football League i NFL Europe

Ostatecznie Warner postanowił spróbować sił gdzie indziej. Sezony 1996 i 1997 spędził jako rozgrywający Iowa Barnstormers, drużyny z Arena Football League. AFL nie płaciła za dobrze, ale Warner był jedną z największych gwiazd. Jego drużyna dwa razy grała w finale, a Kurt w obu sezonach został wybrany najlepszym rozgrywającym ligi.

Pech go nie opuszczał. W 1997 r. otrzymał zaproszenie na testy do Chicago Bears. Jednak podczas podróży poślubnej został ukąszony przez pająka i łokieć spuchł mu do rozmiarów uniemożliwiających rzucanie.

Dopiero pod koniec tego roku podpisał umowę z St. Louis Rams, która miała zacząć obowiązywać od sezonu 1998. Warner wciąż nie był odpowiednio przygotowany, więc Rams wysłali go do Europy, gdzie istniała NFL Europe, mająca być zapleczem dla NFL. Nasz bohater występował w barwach Amsterdam Admirals i zanotował najlepsze statystyki ze wszystkich ligowych rozgrywających.

 

The Greatest Show on Turf

W 1999 r. Warner odmienił historię NFL. A mógł to zrobić na dwa sposoby. Do NFL dołączali wówczas Cleveland Browns, stworzeni na miejsce drużyny, którą Art Modell przeniósł do Baltimore. Każda drużyna NFL musiała wskazać pięciu graczy, których nowi Browns mogli podebrać z jej składu. Kurt Warner był do wzięcia, ale Browns nim wzgardzili. Do dziś nie dorobili się rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia.

Warner miał zacząć sezon jako zmiennik Trenta Greena. Rams byli pod ścianą. Drużyna nie skończyła sezonu na plusie ani raz od przenosin z Los Angeles w 1995 r. Trener Dick Vermeil zanotował w sezonach 1997-98 bilans 9-23. Tymczasem ich podstawowy QB w meczu przedsezonowym zerwał więzadła w kolanie. Był to koniec jego sezonu. Vermeil i reszta sztabu trenerskiego była załamana, ale robili dobrą minę do złej gry. Na konferencji prasowej trener wygłosił zdanie, które przeszło do historii NFL: „We will rally around Kurt Warner, and we’ll play good football” („Zmobilizujemy się wokół Kurta Warnera i będziemy grali dobry futbol”).

Tego co wydarzyło się później nie zobaczymy już zapewne nigdy. Facet znikąd w drużynie permanentnych słabeuszy zdominowali sezon 1999. W czterech pierwszych meczach Waner zanotował 14 podań na przyłożenie, a Rams zaczęli sezon od bilansu 4-0. W październiku „Sports Illustrated” pytał na okładce „Kim jest ten gość?

Warner zaliczył jeden z najlepszych sezonów w historii. Podał na 4353 jardy (65,1%), 41 TD, 13 INT i passer rating 109,2. W cuglach zdobył MVP sezonu zasadniczego, a po dramatycznej wygranej nad Tennessee Titans został również MVP Super Bowl.

Amerykanie, uwielbiający takie historie, pokochali Kurta Warnera i jego charakterystyczny szeroki uśmiech. Rams nagrodzili go siedmioletnim kontraktem na 47 mln dolarów. Problemy finansowe rodziny Warnerów należały do przeszłości.

Ofensywa Rams z lat 1999-2001 jest powszechnie uważana za jedną z najlepszych w historii NFL. Nazywana „The Greatest Show on Turf” (w wolnym tłumaczeniu „Najwspanialsze przedstawienie na murawie”) jest jedną w historii NFL, która zdobywała ponad 500 punktów w trzech sezonach z rzędu.

W sezonie 2000 Warner miał trochę problemów ze zdrowiem i opuścił kilka meczów. Jednak Rams nie zwalniali w ofensywie. Jako drużyna zaliczyli 5492 jardy podaniowe, co do dziś jest niepobitym rekordem co jest drugim wynikiem w historii za Denver Broncos 2013 (korekta by @AlienDeg). Tempa nie dotrzymała obrona. Warner i spółka pożegnali się z playoffami w pierwszej rundzie, w skutek czego klub zwolnił aż dziewięciu z defensywnych starterów.

Sezon 2001 to powrót Warnera w najwyższej dyspozycji. Rams znów przeszli jak burza przez sezon zasadniczy z bilansem 14-2. Warner po raz drugi został MVP. Mimo 22 INT miał passer rating 101,4.

St. Louis znów zameldowali się w Super Bowl. Tym razem nie byli Kopciuszkiem, a Goliatem, który według wszystkich fachowców miał zgnieść swojego rywala. Tym rywalem byli New England Patriots, prowadzeni przez innego rozgrywającego znikąd, Toma Brady’ego oraz Billa Belichicka, trenera który pięć lat wcześniej został w niesławie zwolniony z Cleveland. Pats wygrali ten finał, fundując kibicom jeną z największych niespodzianek w historii. Dla dynastii Patriots był to początek, dla Rams ostatnia chwila chwały.

 

Upadek MVP

Gdzie zniknął Kurt Warner? Takie pytania zadawali sobie fani i media w 2002 i 2003 r. Rozgrywający, prześladowany złamaniami dłoni, w obu sezonach wylądował na ławce rezerwowych po fatalnej postawie na początku sezonu. Na otwarcie rozgrywek 2003 zgubił sześć fumbli w jednym meczu! 1 czerwca 2004 r. Warner ponownie został bez pracy. Od jego zwolnienia Rams nie zanotowali ani jednego sezonu na plusie.

Jednak już po dwóch dniach Warner znalazł nowego pracodawcę. Byli nim New York Giants, gdzie ex-MVP miał pełnić rolę mentora dla młokosa wybranego z #1 w drafcie 2004, którego Giants uważali za przyszłość klubu. Tym młokosem był Eli Manning.

Warner zaczął sezon jako pierwszy QB Giants. Grał nieźle, ale nie na poziomie „The Greatest Show on Turf”. Nowojorczycy wygrali pięć z siedmiu pierwszych meczów, ale po kolejnych dwóch porażkach Warner wylądował na ławce. Nie wstał z niej do końca sezonu, mimo że młodszy z braci Manningów wygrał tylko jeden swój start w sezonie, a w jednym z meczów zanotował passer rating 0,0 (sic! zero). Warner zachowywał klasę, publicznie mówiąc, że młody Manning powinien teraz przede wszystkim jak najwięcej grać. Po sezonie Kurt rozwiązał swoją umowę z Giants (miał taką opcję w kontrakcie) i podpisał roczną umowę z Arizona Cardinals.

Sezon 2005 to nierówna gra Warnera prześladowanego kontuzjami. Jednak pokazał się z na tyle dobrej strony, że Cardinals podpisali z nim nową, trzyletnią umowę.

Tyle że NFL to wieczna rywalizacja. Waner znów musiał się zmierzyć z młodym, cenionym nabytkiem. Z #10 w drafcie 2006 Arizona wzięła Matta Leinarta. Zawodnik ten był uznawany za jeden z największych talentów w NCAA. Przewodził najsilniejszej ówczesnej drużynie USC, gdzie jako starter zanotował bilans 37-2 (!), a po drodze zgarnął Nagrodę Heismana. Po kilku słabszych meczach na początku rozgrywek Warner znów został zastąpiony przez młokosa. Dla dwukrotnego MVP było to spore upokorzenie, ale nigdy się nie skarżył.

Kolejny rok rozpoczął jako zmiennik, ale słaba gra i kontuzje Leinarta sprawiły, że ostatecznie rozpoczął 11 z 16 meczów Cardinals w tamtym sezonie. Nie grał na miarę MVP, ale zanotował 27 TD przy 11 INT i niezły passer rating 89,8 (minimalnie wyprzedzając w tej kategorii Drew Breesa).

 

Ostatnia szarża Kurta Warnera

Cardinals również nie należeli do potęg NFL, delikatnie mówiąc. W latach 1976-2007 grali w playoffach tylko dwa razy, w tym raz w sezonie 1982, skróconym niemal o połowę przez strajk zawodników.

2008 r. to powrót wielkiego Kurta Warnera. Podał na 30 TD przy 14 INT i passer rating 96,9. Był to trzeci najwyższy passer rating w tamtym sezonie NFL i dał mu czwarte powołanie do Pro Bowl. Jednak MVP zgarnął Peyton Manning, w niemal każdej statystycznej kategorii słabszy od Warnera. Kurtowi nie pomógł bilans Cardinals, którzy skończyli sezon z dziewięcioma zwycięstwami. Wystarczyło to jednak do wygranej w NFC West, dzięki czemu drużyna miała zagrać pierwszy mecz playoffów na własnym stadionie w historii.

W postseason Cardinals kolejno odprawili z kwitkiem Falcons, Panthers i Eagles. W finale czekali Pittsburgh Steelers. Warner znów był wielki. Podał na 377 jardów 3 TD i 1 INT. Jednak to właśnie to INT okazało się kluczowe. W ostatniej akcji pierwszej połowy James Harrison przechwycił podanie Warnera na linii własnego pola punktowego, a następnie wykonał jedną z najbardziej pamiętnych akcji w historii NFL: 100-jardowy powrót na TD. Ta akcja została wybrana przez NFL Films siódmym najlepszym zagraniem w historii Super Bowl.

Ostatecznie to Steelers wygrali 27:23 po drugiej nieprawdopodobnej akcji – idealnym podaniu Bena Roethlisbergera na przyłożenie do Santonio Holmesa w samej końcówce. Pick-six Warnera kosztował 10 punktów (strata siedmiu zamiast łatwego FG). Cardinals do tej pory nie wrócili do Super Bowl.

Sezon 2009 okazał się ostatnim w karierze Warnera. Wciąż grał nieźle (10. w lidze w passer rating, w okolicy Toma Brady’ego). Cardinals znów wygrali NFC West. W pierwszej rundzie playoffów zagrali jeden z najlepszych meczów w historii przeciwko Packers. Stary wyga Kurt Warner kontra smarkacz Aaron Rodgers w drugim sezonie jako starter Green Bay. Obie drużyny zdobyły w sumie 96 punktów, co do dziś pozostaje playoffowym rekordem NFL. Lepszy okazał się Warner, który miał na koncie więcej przyłożeń (5) niż niecelnych podań (4). Do dziś pozostaje najstarszym graczem w historii, który podał na 5 TD w playoffach. Passer rating 154,1 to drugi najlepszy wynik w historii playoffów u graczy, którzy wykonali przynajmniej 20 podań w meczu. Spotkanie rozstrzygnęło fumble Rodgersa w dogrywce, z którym defensywa Arizony wróciła na TD.

W kolejnym meczu Cardinals spotkali się z Saints, którzy maszerowali po mistrzostwo. Święci łatwo wygrali to spotkanie, ale najwięcej uwagi media poświęciły potężnemu uderzeniu, które otrzymał Warner.

Uderzenie było legalne, ale w 2012 r. śledztwo wykazało, że w nielegalnym programie nagród obowiązującym wówczas w Saints za uszkodzenie Warnera w tym meczu była wyznaczona nagroda. Warner nigdy nie otrząsnął się po tym uderzeniu. Wrócił do gry, ale był cieniem samego siebie.

Po tym meczu zakończył karierę. Powiedział, że chce się poświęcić żonie i siódemce dzieci, ale wiadomo, że uderzenie wstrząsnęło nim i Brendą. Wiedzieli, że kolejne może się skończyć tragicznie.

Dziś Kurt Warner jest analitykiem NFL Network. W czasie swojej kariery zarobił ponad 65 mln dolarów. Dzięki temu wraz z żoną mogą poświęcać się różnym akcjom charytatywnym. W zeszłym roku Kurt był koordynatorem ofensywy w licealnej drużynie, w której jeden z jego synów grał jako WR.

Jest bardzo aktywny na Twitterze. Poświęca tam więcej miejsca rodzinie niż futbolowi.

5 sierpnia 2017 r. został oficjalnie wprowadzony do Pro Football Hall of Fame.

World Games 2017: Polska kończy na ostatnim miejscu

Finał World Games 2017 Francja - Niemcy fot. Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)Polska przegrała z USA 7:14 w meczu o brązowy medal World Games 2017. Biało-Czerwoni zaprezentowali się nieco lepiej niż przeciw Francuzom. Niestety powtórzył się schemat z półfinału: dobra obrona, bardzo dobre special teams i wyraźnie odstająca od nich ofensywa.

Nasi reprezentanci nie byli faworytami, zwłaszcza że wiadomo było, że Amerykanie drugiego tak słabego meczu jak przeciwko Niemcom nie zagrają. I faktycznie, ekipa USA od początku grała lepiej i uważniej. Ewidentnie pomogły dwa dni spędzone nad playbookiem zamiast nerwowego dzwonienia po wszystkich kolegach przebywających przypadkiem na Starym Kontynencie.

Ekipa naprędce poskładana z „importów” dominowała nad Polakami możliwościami atletycznymi i umiejętnościami indywidualnymi, a także doświadczeniem. Było to widać w sytuacji, kiedy jeden z puntów Amerykanów został zablokowany, przeleciał mimo to na naszą stronę linii wznowienia akcji, a nasi odruchowo rzucili się do piłki. To był dalej punt, Amerykanie nie mogli zdobyć z tego pierwszej próby, a gdy Polacy dotknęli piłkę Amerykanie (słusznie) zaczęli reklamować fumble. Sędziowie orzekli, że Polacy tę piłkę odzyskali, ale ja z trybun miałem spore wątpliwości.

Wróćmy jednak do początku meczu. Ciężko się to oglądało, jak zresztą wszystkie mecze w ramach tegorocznych World Games. Polacy nie stanowili żadnego zagrożenia w ataku, Amerykanie przez większość pierwszej połowy uzbierali dwa niecelne kopnięcia z pola, dopiero „do szatni” udało im się zdobyć przyłożenie. Przez większą część meczu oglądaliśmy popisy punterów. Tu należy docenić Adama Nelipa, który kopał jak maszyna: ok. 40 jardów netto w każdym puncie. Dla porównania najlepsi w tym elemencie w NFL LA Rams osiągali w zeszłym roku 46,2 jarda netto.

Bardzo dobrze spisywała się również nasza defensywa. Amerykański atak nie należał do najbardziej urozmaiconych, ale Polacy nie dawali im za dużo pograć. Ograniczony został RB Tristan McCathern, który takie problemy sprawiał w sobotę Niemcom. Niestety dużo krzywdy robiły nam screeny, zwłaszcza WR screen. Właśnie po takim zagraniu Mario Brown zdobył w czwartej kwarcie decydujące przyłożenie.

Niestety znów słabo grała nasz ofensywa. Przejście więcej niż kilkunastu jardów w serii ofensywnej stanowiło spore wyzwanie (nie liczę kar). Tym razem cały mecz rozgrywał Karol Żak.

W pierwszej połowie nie było widać różnicy jakościowej w porównaniu z półfinałem, mimo że linia Amerykanów była nieco słabsza niż linia Francji i Żak miał więcej czasu w kieszeni. Nieco lepiej wyglądało to w drugiej odsłonie, gdy Żak poprowadził dwie dobre serie ofensywne. Najpierw w trzeciej kwarcie Polacy przemaszerowali 78 jardów, a serię zakończyło podanie Żaka do Nelipa na przyłożenie.

Druga miała miejsce w ostatniej kwarcie, gdy Polacy byli o krok od wyrównania. Po drodze zdołali konwertować czwartą próbę (Żak do Matkowskiego). Matkowskiemu centymetrów zabrakło, by złapać wyrównujące przyłożenie w boisku. Niestety serię zakończył sack wzięty przez Żaka przy 4&5. Nasz rozgrywający zawahał się czy szukać jeszcze kolegi podaniem czy próbować zdobyć pierwszą próbę biegiem (było trochę miejsca) i w efekcie nie wyszło ani jedno ani drugie.

W drugiej połowie Żak dostał trochę więcej swobody od sztabu trenerskiego. Zaczął się też odrobinę bardziej kreatywny playcalling, choć Amerykanie nieźle czytali nasze zagrywki. Było to widać zwłaszcza w dobrze bronionych screenach i skutecznym kryciu reciverów przez secondary. W efekcie atak wyglądał odrobinę lepiej, ale to nie wystarczyło. Polska obrona znów wymusiła kilka strat, zanotowała kilka sacków, tylko co z tego, skoro po dobrej serii zaraz musieli wracać na boisko po kolejnym 3&out ofensywy.

W końcówce meczu widać było, że Polacy odczuwają trudy dwóch meczów w ciągu trzech dni. Opatrywani byli m.in. Adam Nelip, Adam Skakowski, Paweł Świątek i Kamil Ruta. Kapitan kadry wylądował wręcz w karetce. Paradoksalnie Biało-Czerwoni mieli większe problemy z kontuzjami niż grający węższym składem Amerykanie. Goście w sobotę wyglądali na kompletnie wyczerpanych, ale w poniedziałek nie było po nich widać jakiegoś ogromnego zmęczenia.

 

Finał zepsuty przez pogodę

Ostrzyłem sobie zęby na finał Francja-Niemcy i rzeczywiście przez dwie kwarty był to najlepszy mecz na tym turnieju, choć zapewne zbyt defensywny jak na gusta 9 tys. fanów zgromadzonych na Stadionie Olimpijskim. Gra obu drużyn mogła się podobać. Kreatywny playcalling, twarda obrona, sporo gry górą, próby zagrań zmyłkowych. Znów szalał atletyczny WR reprezentacji Niemiec, Kwame Ofori.

Po stronie francuskiej sporo było dobrej gry biegowej, a kilkoma efektownymi chwytami popisał się potężny TE Kevin Mwamba. Francuzi wyszli nieco lżejszymi formacjami niż przeciwko Polsce. Nawet gdy pojawiał się TE, częściej był dodatkowym reciverem niż dodatkowym blokerem. Formacji na dwóch TE, w której Francuzi spędzili większość pierwszej połowy meczu z Polską, było jak na lekarstwo.

Niestety niemal równo z początkiem meczu nad Wrocławiem rozpoczęły się opady deszczu, które z biegiem czasu zaczęły przybierać na sile. Wyglądały szalenie efektownie w świetle stadionowych jupiterów, ale kompletnie zniszczyły grę w drugiej połowie.

Obie drużyny ograniczyły się do gry biegowej i to dość prostej, bo wszelkie gwałtowne hamowania, zwroty i tym podobne zagrania były na mokrej murawie po prostu niemożliwe. Zawodnicy po powaleniach wykonywali efektowne kilkujardowe ślizgi, ale oglądało się to bardzo ciężko. Mecz rozstrzygnął błąd niemieckiego rozgrywającego, który zgubił mokrą piłkę pod własnym polem punktowym. Kilka akcji później Francuzi zdołali wbić się do endzone na decydujące przyłożenie.

Na finale stawiło się ok. 9 tys. kibiców, więcej niż na sobotnim meczu Poska-Francja. Część zapewne po raz pierwszy oglądała mecz futbolu amerykańskiego i tym większa szkoda, że zamiast piękna sportu zobaczyli widowisko zepsute przez warunki atmosferyczne. Jednak atmosfera na trybunach była świetna, futbolowi „weterani” tłumaczyli „nowicjuszom” co się dzieje na boisku. Były też bardzo aktywne grupy fanów z Francji i Niemiec.

World Games okazał się sukcesem jako magnes na zwykłego kibica. Jednak poziom sportowy pozostawiał nieco do życzenia. Spodziewałem się więcej, zarówno po naszej reprezentacji, jak i po pozostałych drużynach. Francuzi zasłużenie wygrali turniej, zwłaszcza w półfinale pokazali klasę. W finale ich grę podaniową zdusiła pogoda, ale i tak zwyciężyli nieprzypadkowo.

 

Co dalej z reprezentacją?

Kilku najbardziej doświadczonych weteranów zapowiadało reprezentacyjne albo wręcz futbolowe emerytury po World Games, ale myślę, że nie będzie ich aż tak dużo, bo chłopaki mają coś do udowodnienia. Nie można im odbierać woli walki i ambicji. Mamy defensywę na najwyższym europejskim poziomie, znakomite special teams, ale brak skutecznej ofensywy położył się cieniem na sukcesach pozostałych formacji.

Nie można mówić, że nie mamy dobrych zawodników. Kadrowicze we wcześniejszych meczach pokazywali, że potrafią grać na europejskim poziomie. Ofensywa Panthers Wrocław, składająca się głównie z Polaków, nie miała problemu, by skutecznie rywalizować ze Swarco Raiders Tirol.

Nasuwa się myśl, czy to nie jest kwestia braku rozgrywającego. W końcu z kadrowiczów nominalnym #1 w klubie Topligi jest tylko Karol Żak. Bartek Dziedzic gra ostatnio częściej jako WR, a Filip Mościcki (którego nie zobaczyliśmy na boisku ani na moment w tym turnieju), to QB wicemistrzów PLFA I Kraków Kings.

Tyle że to byłoby pójście na łatwiznę. Jasne, lepsza gra podaniowa otworzyłaby również grę biegową, ale nasza o-line nie potrafiła zdominować linii wznowienia akcji. Trudno tu mówić, że liniowi są słabi, skoro w europejskich pucharach radzili sobie z różnymi zagranicznymi „dzikami”.

Niestety trzeba rozliczyć trenera Brada Arbona i jego sztab trenerski. Amerykański szkoleniowiec dostał bardzo komfortowe warunki i pełne wsparcie całego futbolowego środowiska. Mecze na World Games były spotkaniami z najsilniejszymi rywalami w czasie 2,5-rocznego okresu, ale nie wszystko można tym tłumaczyć. Zwycięstwo z Francją byłoby mega sensacją, ale mogliśmy się spodziewać choćby nawiązania wyrównanej walki, a nie pogromu 28:2.

Bardzo wątpliwy był ofensywny playcalling. W żadnym z meczów nie byliśmy faworytem, a to oznacza, że warto podejmować ryzyko. Tymczasem Polacy grali bardzo konserwatywnie, dość ubogim playbookiem. Nie wierzę, że przez niemal trzy lata szlifowania schematów kadrowicze nie przećwiczyli podania play action czy akcji typu zone read. Jedno i drugie zdejmuje nieco presji z QB. Tymczasem zamiast spróbować jakiejś formy opcji Karol Żak ruszał na samobójcze biegi środkiem boiska. Kiedy Francja wysoko prowadziła, aż prosiło się o jakiś trick play lub zmyłkowy punt. To przecież trick play przyniósł Niemcom zwycięstwo nad Amerykanami.

Polski playbook nieco otworzył się w drugiej połowie przeciwko Amerykanom i dało to naprawdę dobry efekt. Nie wiem czemu dopiero wtedy. Czemu, gdy Francja odjeżdżała, polscy szkoleniowcy nie sięgnęli do głębin playbooka, by postawić wszystko na jedną kartę.

Na koniec pozostaje sprawa, która budzi od dłuższego czasu kontrowersje w środowisku. Czy kadrowicze zostali po prostu zajechani? Męczące zgrupowanie z zajęciami od 6.00 do 22.00, mało czasu na regenerację po sezonie. Nie wiem czy faktycznie sztab trenerski przesadził z ilością treningów. Podczas World Games kadrowicze nie wyglądali na wykończonych, ale tu grała adrenalina, więc niekoniecznie wszystko można dostrzec z trybun.

Na wszystkie te pytania musi sobie odpowiedzieć PZFA. Wydaje mi się, że czas Brada Arbona dobiegł końca. Trzeba zbudować nowy sztab szkoleniowy i wyznaczyć nowe strategiczne cele dla reprezentacji. Na pewno nie można jej „zamrozić”, bo w Polsce nic tak nie nakręca popularności sportu jak sukcesy reprezentacji. Przekonali się o tym koszykarze w latach 90-tych, a ostatnio siatkarze i piłkarze ręczni. Środowisko futbolowe potrzebuje reprezentacji, ale reprezentacji grającej ciekawszy futbol niż ten zaprezentowany podczas World Games.

 

Zdjęcie: Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)

World Games 2017: Francja za mocna dla Polski

mikołaj Pawlaczyk powstrzymywany przez obrońców Fancji fot. Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)Nie tak to miało wyglądać. O ile defensywa dotrzymywała kroku faworyzowanym Francuzom, o tyle ofensywa nie miała za wiele do powiedzenia w półfinałowym meczu World Games 2017. Trójkolorowi byli wyraźnie lepsi i zasłużenie wygrali 28:2, a wynik niestety oddaje to, co w sobotni wieczór działo się na murawie Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu.

Zaczęło się jak marzenie. Dobrze zatrzymana akcja powrotna Francuzów po kickoffie, a w pierwszym snapie ofensywnym wymuszone fumble, po którym piłkę odzyskuje Antoni Omondi. Niestety tu zaczęły się schody. Ofensywa nie zdołała zdobyć pierwszej próby, a kopnięcie Adama Nelipa z około 50 jardów trafiło w poprzeczkę. Jak się później miało okazać, była to jedna z dwóch najlepszych w tym meczu okazji do zdobycia punktów przez ofensywę.

Wkrótce potem doświadczeni Francuzi zaczęli wypracowywać przewagę. Warto tu podkreślić świetną pracę naszej defensywy, która nie dała się zdominować, mimo przewagi szybkości i masy po stronie Trójkolorowych. Zdołali ograniczyć najgroźniejszą broń Francuzów, czyli bieganie środkiem. Kilka razy w czasie meczu RB Francji zdołali się urwać na długie biegi, ale częściej to nasz d-line skutecznie zamykał ścieżki biegowe, ograniczając zyski do minimum.

Niestety większe problemy mieliśmy z play action, które siało spustoszenie w szeregach Biało-Czerwonych, zwłaszcza w drugiej kwarcie. Ciężkie formacje Francuzów z 1-2 TE ściągały naszych linebackerów pod linię wznowienia akcji. Kiedy goście biegali, obrona sobie radziła. Ale kiedy z tych formacji rzucali, często kończyło się to dużymi zyskami jardowymi.

Pierwsze przyłożenie dla Francji było efektem kalkulowanego ryzyka. Omondi poszedł na safety blitz i zabrakło mu zaledwie ułamków sekund do sacku. Niestety Paul Durand, QB przeciwnika, zorientował się w tym i znalazł podaniem Andrew Jamesa, którego w tej sytuacji krył znacznie wolniejszy i mniej zwrotny Szymon Barczak. Barczak nie znalazł się w kadrze przypadkiem, to świetny zawodnik, ale przeciwko szybkiemu i zwrotnemu rywalowi po prostu nie miał szans. Takie blitze to „sack or bust”. Trzecia próba, dobre ryzyko, nie udało się.

Początek drugiej kwarty to promyczek nadziei. Zaczęło się od dobrego puntu Nelipa.

Dygresja: warto pochwalić nasze special teams. Punty Nelipa i ekipa odpowiedzialna za ich pokrycie to kawał dobrej roboty. Podobnie jak akcje powrotne po kickoffach. Special teams było tym elementem gry, w którym byliśmy lepsi od Francuzów. Niestety nie na tyle lepsi, żeby miało to znaczenie dla końcowego wyniku.

Wróćmy do drugiej kwarty. Przyparci do własnego endzone Francuzi popełnili błąd przy snapie, który skończył się safety po tackle Pawła Świątka. To były pierwsze i niestety ostatnie punkty Biało-Czerwonych w tym meczu.

Francuzi konsekwentnie punktowali i odjeżdżali. Chyba pierwszy raz widziałem mecz, w którym zespół wygrał klasyfikację strat (naliczyłem trzy straty Francuzów i jedną Polaków), a jednocześnie został zdecydowanie pokonany.

Niestety polska defensywa nie była obroną Chicago Bears ’85, która wygrywała mecze bez pomocy ofensywy. Tej ofensywnej pomocy w sobotę zabrakło. Obrona raz po raz była przywoływana na plac boju, bo atak miał problemy z pozostaniem na boisku.

Nie pomogła zmiana rozgrywającego w przerwie. Bartosza Dziedzica, który większość pierwszej połowy spędził umykając przed pass rushem Francuzów, zastąpił Karol Żak. Obraz gry uległ nieco zmianie, ale głównie z powodu zmiany playcallingu: Żak dostał nieco więcej akcji podaniowych. Trudno jednak mówić, żeby ofensywa pod wodzą Żaka wyglądała lepiej niż pod wodzą Dziedzica. Co prawda to właśnie Żak był blisko podania na TD. Piłkę w polu punktowym upuścił Patryk Matkowski. Choć „upuścił” to może za duże słowo. Podanie nie było do końca precyzyjne, ale piłka na pewno była do złapania.

Polacy nie zdołali zapunktować nawet kiedy Francuzi dwukrotnie podarowali nam pierwsze próby po karach przy naszych odkopnięciach. O-line wyraźnie przegrał walkę „w okopach”, nasi reciverzy nie potrafili regularnie uwalniać się od krycia, a z ławki nie było widać żadnego pomysłu na inne granie. Kiedy wyszedł jeden slant, trenerzy od razu zaordynowali tą samą zagrywkę, w czym Francuzi od razu się połapali i przechwycili piłkę.

Szkoda, bo ta drużyna ma większy potencjał, niż 2:28. Ale kilka akcji pozostanie w naszej pamięci: dwa punkty po safety, efektowny rajd Tomasza Żukowskiego po przechwycie, kapitalne INT Adama Larego na linii pola punktowego (świetnie przeczytana akcja, najwyższa europejska klasa) i punt Adama Nelipa zatrzymany na centymetry od pola punktowego.

Czas na podsumowanie turnieju jeszcze przyjdzie po meczu o brąz. Niezależnie jednak od mojego rozczarowania grą i wynikiem nie mogę się zgodzić z pojawiającymi się w internecie opiniami, jakoby Polacy się nie starali i są „gwiazdeczkami Facebooka”. Nasi reprezentanci zostawili na boisku mnóstwo zdrowia i nie oszczędzali się, o czym pewnie najlepiej wie mocno poobijany pierwszy QB Trójkolorowych. Pamiętajmy, że to nie są przepłacane i rozpieszczane gwiazdeczki tzw. Ekstraklasy w piłce nożnej. Ci faceci robią to całkowicie za darmo, podporządkowując futbolowi amerykańskiemu całe swoje życie zawodowe i prywatne. Choćby z tego względu należy im się szacunek i owacja trybun, a nie pospiesznie wychodzący przed końcem meczu „fani”. Dla naszych kadrowiczów zdjęcie z rodziną w biało-czerwonych barwach to często jedyna nagroda za lata wyrzeczeń. Naprawdę ktoś chce im tego odmówić?

Na koniec dwa słowa o organizacji. Szkoda, że za całość nie odpowiadali Panthers Wrocław :) A zupełnie poważnie, to mocno, ale pozytywnie zdziwiła mnie frekwencja na pierwszym meczu półfinałowym, gdy na trybunach zameldowało się ponad 4 tys. kibiców. Na meczu Polaków było już ponad 8 tys. fanów. Szkoda tylko, że w organizacji dopingu na trybunach przeszkadzał DJ, który podkręcał muzykę, gdy trybuny zaczynały coś skandować i kompletnie rozbijał doping. Także opcje gastronomiczne były dość ubogie, zwłaszcza dla osób, które przyszły na oba mecze. Na zwykłych ligowych spotkaniach Panthers wybór i jakość są dużo lepsze.

 

Niemcy w finale World Games

Mecz Polska – Francja z oczywistych względów interesował nas najbardziej, ale wcześniej drugi półfinał grali Niemcy z Amerykanami.

Wcześniej wydawało się, że „po gospodarsku” wzięliśmy sobie najłatwiejszego rywala w półfinale, ale okazuje się, że Francuzi są zdecydowanie najmocniejsi. A na pewno maja najlepiej poukładany atak.

USA – Niemcy nie było nawet meczem dla koneserów. Drużyna USA zebrana z łapanki wśród zawodników grających w Europie była kompletnie niezgrana. Ale trudno żeby było inaczej, skoro niektórzy pierwszy raz zobaczyli kolegów w dniu meczu. W sumie z 34 przebranych do meczu zawodników aż 9 gra lub grało w PLFA. Najlepszym graczem w barwach Amerykanów był RB Triston McCathern, reprezentujący w tym roku barwy Bielawa Owls.

Zresztą Niemcy też nie pokazali niczego wielkiego. Zabrakło kilku czołowych graczy, których nie puściły kluby. Poza tym reprezentacja Niemiec nie grała razem od kilku lat i do World Games przystąpili „z marszu”.

Przez cały mecz wynik był na styku, a obie drużyny prześcigały się w głupich błędach. W pierwszej połowie Niemcy z trzech wycieczek do red zone wynieśli dwa niecelne field goale. Nie zdołali zdobyć punktów nawet gdy piłka leżała już o pół jarda od pola punktowego Amerykanów. Braki w zgraniu drużyna USA nadrabiała atletyzmem, przewagą fizyczną i umiejętnościami indywidualnymi.

Prawdę mówiąc zapewne wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna postawa rozgrywającego, Dustina Willinghama. Brak zgrania to jedno, ale katastrofalna technika podań to coś zupełnie innego. Duża część jego podań dziwacznie rotowała w powietrzu, aż prosząc się o przechwyt i kilkukrotnie się doczekał.

Poza tym Amerykanie mieli ogromny problem ze snapami. Te raz za razem były albo za niskie albo przelatywały nad głową rozgrywającego. Właśnie takie fumble przy snapie zakończyło ich szanse na odzyskanie prowadzenia na koniec czwartej kwarty.

Niemcy też niespecjalnie imponowali w ataku. Co prawda wysocy reciverzy wykonywali niesamowite chwyty nawet w podwojeniach, ale ich bieganie ścieżek pozostawiało wiele do życzenia. Zwycięskie przyłożenie zdobyli po efektownym trick playu. Rezerwowy QB Paul Zimmermann ustawił się jako WR, otrzymał podanie do tyłu i podał do kompletnie niepilnowanego Kwamego Ofori, zupełnie zaskakując Amerykanów. To była zdecydowanie akcja meczu, świetnie zaplanowana i wyegzekwowana.

Niemcy zagrają w finale z Francją w poniedziałek o godz. 19:00. Jeśli marzą o wygranej, będą musieli liczyć na swoją obronę, bo ofensywa nie pokazała zbyt wiele. Amerykanie w poniedziałek o 13:00 zmierzą się o brąz z Polską. Mimo mizerii zaprezentowanej przez USA w półfinale to oni będą faworytami meczu. Mają dwa dni na opracowanie playbooka. Pytanie tylko jak z regeneracją. Pod koniec półfinału amerykańscy liniowi (po obu stronach piłki) słaniali się na nogach.

 

Zdjęcie: Bartek Sadowski (TWG PHOTOS)

Panthers Wrocław z perfect season

Panthers Wrocław po raz drugi z rzędu zdobyli mistrzostwo Polski. Tym razem w Łodzi pokonali Seahawks Gdynia 55:21. Wynik nie do końca oddaje przebieg meczu, bo gdynianie przez dwie kwarty grali z faworyzowanymi Panterami jak równy z równym, a posypali się dopiero po przyłożeniu Deante Battle’a na początku czwartej kwarty.

 

Cetner Superstar

XII Superfinał Topligi PLFAArek Cieślok i spółka to jedna z najlepszych linii defensywnych w Polsce, może nawet najlepsza. Ekipa z Trójmiasta ma też gwiazdy na innych pozycjach. Ale największym atutem wicemistrzów polski jest ich szkoleniowiec. Maciej Cetnerowski jak żaden inny trener w Polsce potrafi opracować i wdrożyć idealny game plan na to jedno, najważniejsze spotkanie. Widzieliśmy to w IX i X Superfinale, gdy Jastrzębie dwukrotnie sensacyjnie pokonywały Pantery. I widzieliśmy to w XII Superfinale, gdy Seahawks byli w grze dużo dłużej niż ktokolwiek poza kibicami gdynian przypuszczał przed meczem.

W Łodzi Seahawks pokazali kilka rzeczy, których nie widzieliśmy przez cały sezon. Jędrzej Stęszewski i Filip Pawełka na antenie Polsatu Sport zwracali szczególną uwagę na biegającego z piłką Josepha Bradley’a. Faktycznie QB Seahawks do tej pory zachowywał się niczym typowy pocket passer i biegał rzadko. Przy czym raczej były to „scramble”, czyli biegi wynikające z załamania się akcji podaniowej, a nie zaplanowane akcje po ziemi. Tymczasem w Superfinale zademonstrował kilka niezłych biegów po zone read.

Jednak dla mnie majstersztykiem była akcja z połowy pierwszej kwarty, gdy Seahawks ustawili się, jakby planowali RB screen na prawą stronę, po pump fake’u Bradley’a cała obrona ruszyła w tamtą stronę, a tymczasem rzeczywistym adresatem podania i wykonawcą screena okazał się Jakub Mazan, który złapał piłkę na środku boiska i przebiegł z nią ok. 30 jardów. Aż szkoda, że gdynianie nie próbowali więcej screenów zamiast mało skutecznych biegów na zewnątrz.

Ogromne brawa za pierwszą połowę należą się też linii ofensywnej Seahawks. Powstrzymanie pass rushu Panthers to niełatwe zadanie. Tymczasem Bradley miał czas na podania, momentami wręcz za dużo. Kilka razy około pięciu sekund, co w futbolu jest wiecznością.

 

Błędy, błędy, błędy

Seahawks wiedzieli, że to rywale są faworytem i potrzebują pomocy ze strony wrocławian. I doczekali się. Począwszy od kontuzji. Już na początku meczu urazów doznali OL Marcin Kwaśkiewicz i RB Adam Skakowski. Z mniejszymi i większymi problemami zdrowotnymi zmagali się Kamil Ruta (ramię) i Paweł Świątek, który po jednym z mocnych uderzeń był diagnozowany za linią boczną pod kątem wstrząśnienia mózgu.

Zwłaszcza uraz Skakowskiego zmusił Pantery do sporych zmian w ofensywie. Do tej pory Konrad Starczewski tylko raz w tym sezonie dostał więcej niż pięć biegów, a było to 25 marca przeciwko… Seahawks. W Supefinale biegł dziesięć razy, co jest jego rekordem sezonu.

W pierwszej kwarcie gra biegowa Panter szła tak sobie. Kilka niezłych rajdów zaliczył Tim Morovick, głównie z zone read, ale przy jednej tego typu akcji zgubił piłkę, wyciągając ją z „koszyka” Starczewskiego. Do bezpańskiej futbolówki dopadł Arkadiusz Cieślok i wrócił z nią na przyłożenie, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Deja vu sprzed dwóch lat. Chwilę później Adam Roszkowski fantastycznie wyszarpał piłkę Starczewskiemu (brawa dla sędziów, którzy nie zatrzymali przedwcześnie gry) i gdynianie znów mieli piłkę na połowie ataku. Wydawało się, że zdołają odskoczyć, a mistrzostwo jest sprawą otwartą.

Tyle że nie tylko Jastrzębie popełniały błędy w niedzielny wieczór na Stadionie Miejskim w Łodzi. Jeśli jakikolwiek polski zespół chce wygrać z Panthers, musi zagrać perfekcyjne zawody. Do tej perfekcji gdynianom było daleko. Jakub Mazan i Paweł Fabich to klasowi reciverzy, ale w finale zaliczyli kilka fatalnych dropów. Bolesny był zwłaszcza drop Mazana w pierwszej serii drugiej kwarty. Bradley wykonał najlepsze podanie meczu, przepiękny rzut z 15 jarda na skraj endzone. Piłka idealnie wpadła w ręce Mazana, tyle że za chwilę z nich wypadła. Seria skończyła się zablokowanym kopnięciem z pola i zerem zamiast siedmiu punktów.

Blok wynikał ze złego snapu i to kolejny duży problem gdynian. Zły snap przy FG, potem, po drugim odzyskaniu fumble, gdynianie stracili grubo ponad 20 jadów, gdy center przerzucił snap nad głową Bradleya. W dalszej części meczu snapowanie również pozostawiało sporo do życzenia, choć nie doszło do równie spektakularnych wpadek.

 

Odjazd Panter

Jeśli chcesz wygrać z Panthers, nie możesz dać im odskoczyć. Gdy się rozpędzą, nie sposób ich zatrzymać.

Seahawks długo się trzymali, ale w drugiej połowie w końcu pękli. Nie wykorzystali szansy, by odskoczyć w pierwszej połowie, dostali wyrównujący TD do szatni (na pół minuty przed końcem połowy). Jeszcze w trzeciej kwarcie mogli przejąć kontrolę nad meczem, gdy fatalne podanie Morovicka przejął Hubert Chudy. Tyle że trzy akcje później jeszcze gorszym podaniem popisał się Bradley, a przechwyt zanotował Adam Lary.

Przebłysk nadziei pojawił się jeszcze w trzeciej kwarcie, gdy po kolejnej 80-jardowej serii ofensywnej gdynianie zdołali zmniejszyć straty do jednego posiadania piłki. Jednak po świetnym powrocie po kickoffie Patryka Matkowskiego wrocławianie potrzebowali tylko półtorej minuty, by zaliczyć kolejne przyłożenie.

Decydująca i brzemienna w skutkach okazała się decyzja podjęta na 9 min. przed końcem meczu przy dwóch przyłożeniach straty Seahawks. Tu jeszcze można było powalczyć, jednak gdynianie w sytuacji 4&9 na własnym 32 jardzie podjęli decyzję o puncie. Zasadniczo trudno mieć do nich o to pretensje, ale kiedy rywale mają przewagę i są faworytem, liczenie na dwukrotne odzyskanie piłki i zdobycie dwóch przyłożeń w 9 minut to chyba nadmiar optymizmu coacha Cetnerowskiego. I tak, wiem, że łatwo mi to pisać na spokojnie dobę po meczu.

Nie potrafię powiedzieć, czy decyzja była dobra czy zła. Jednak jej efekty okazały się fatalne. Deante Battle wykonał 70-jardową akcję powrotną na przyłożenie. To kompletnie rozbiło Sehawks. Trzy kolejne serie ofensywne gdynian to w sumie osiem snapów, trzynaście jardów i trzy przechwyty.

Wrocławianie wygrali zasłużenie, ale szkoda że wynik był tak wysoki. Za kilka lat mało kto będzie pamiętał, że Seahawks postawili Panthers trudne warunki. Pozostanie jedynie wynik – 55:21.

MVP meczu został Tim Morovick. Był wyborem najbardziej oczywistym, bo zaliczył cztery TD po ziemi i jeden podaniem i przebiegł aż 219 (!) jardów. Jednak w grze podaniowej spisał się poniżej oczekiwań. Ze 150 jardów górą aż 56 zrobiło jedno dalekie podanie do Patryka Matkowskiego. Jego dalekie piłki nie były zbyt precyzyjne, nawet ta bomba do Matkowskiego nie była idealnie w tempo i skończyło się na 56 jardach zamiast na przyłożeniu. Moim zdaniem graczem meczu był Deante Battle. 7,5 tackla, efektowny sack i ten decydujący punt return.

W defensywie graczem meczu wybrano Arkadiusza Cieśloka. DL gdynian faktycznie zagrał dobre zawody, ale jego wybór to raczej efekt naszej dziwnej tradycji, że jeśli najlepszy gracz ofensywy jest z jednej ekipy, to najlepszy gracz defensywy musi być z drugiej. Wybieranie MVP defensywy z formacji, która oddała 48 punktów to średni pomysł. Lepszy byłby Battle albo Adam Lary.

W drużynie wicemistrzów Polski warto wyróżnić jeszcze Jana Domagałę, który wyszarpał 84 jardy w 14 biegach i był najjaśniejszym punktem ofensywy Jastrzębi.

Historia NFL: 1978 – rok, który odmienił oblicze ligi

W 1978 r. najlepiej opłacanym zawodnikiem w NFL był running back O.J. Simpson. Najlepiej opłacany rozgrywający, Fran Tarkenton, zarabiał ponad dwa razy mniej. Jednak to w tym sezonie zakończyła się seria zmian przepisów, które na zawsze odmieniły oblicze futbolu amerykańskiego i uczyniły z quarterbacków najjaśniejsze gwiazdy tego sportu.

 

Stalowa Kurtyna i spółka

Na początku lat 70-tych nic nie zapowiadało tak drastycznych zmian. Nowa liga NFL, powstała z połączenia dawnych AFL i NFL, dominowała na rynku profesjonalnego futbolu w Stanach. Równowaga między ofensywą i defensywą wydawała się zachowana, a rozgrywki zdominowali kapitalni Miami Dolphins, którzy dwa razy z rzędu sięgali po tytuł mistrzowski, z czego w 1972 r. bez porażki.

Zobacz: W pogoni za idealnym sezonem

Jednak większość tej dekady to kompletna dominacja niewiarygodnych wprost linii defensywnych. Rams mieli „Przerażający Kwartet” („Fearsome Foursome”, to jeszcze końcówka lat 60-tych), a Vikings „Purpurowych Ludożerców” („Purple People Eaters”). Jednak żadna z tych formacji nie budziła takiego popłochu u ofensywnych liniowych i quarterbacków jak „Stalowa Kurtyna” („Steel Curtain”, aluzja do zimnowojennej „Żelaznej Kurtyny”) z Pittsburgha. Zresztą imponujące ksywki nie ograniczały się do do całych formacji. Liderem linii Steelers był „Mean Joe” Greene.

Dzisiejsze oglądanie highlightów tej formacji to dziwne doświadczenie. Wygląda na to, że głównym celem „Stalowej Kurtyny” jest urwanie rozgrywającemu głowy, przetrącenie mu kręgosłupa i połamanie nóg. Najlepiej wszystko w jednej akcji.

Dotyczyło to nie tylko liniowych. To były czasy, gdy atakowanie szczytem kasku było nie tylko dozwolone, ale wręcz nauczane. Kiedy rozgrywający był celem polowań, a nie obiektem chronionym. Kiedy wstrząśnienia mózgu były traktowane podobnie jak siniaki, a „bezbronny reciver” oznaczał frajera, którego można i należy skasować. Jednym z firmowych zagrań Deacona Jonesa, jednego z „Fearsome Foursome”, był potężny cios w kask ofensywnego liniowego zaraz po snapie. Tak, to było legalne. Nic dziwnego, że jednymi z pierwszych ex-graczy ze zdiagnozowanym CTE byli właśnie ofensywni liniowi.

Efektowna gra defensywna podobała się wielu fanom, ale już od lat 50-tych znane były badania mówiące, że więcej przyłożeń przekłada się na więcej widzów na trybunach. Po prostu kibice, zwłaszcza ci mniej zaangażowani, woleli grę ofensywną.

Tymczasem defensywy zyskiwały coraz większą przewagę. O ile w 1972 r. przeciętna akcja ofensywna przynosiła 4,82 jarda, a podanie 5,66 jarda, o tyle w 1977 r. było to odpowiednio 4,41 (spadek o 8,5%) i 5,18 (również -8,5%). Na początku lat 70-tych podawano niemal równie często jak biegano, tymczasem w 1977 r. tylko 42,3% akcji było podaniami. Coś trzeba było z tym zrobić.

 

Pierwsze reformy

Choć przełomowe okazały się reformy z 1978 r., proces przebiegał przez całe lata 70-te. Już w 1972 r. liga przeniosła hashmarki. To te małe kreski na środku boiska. Odmierzają pojedyncze jardy, ale i wyznaczają skrajne miejsca, z których rozpoczyna się akcje. Wcześniej znajdowały się znacznie szerzej, w 1972 r. przesunięto je bliżej środka boiska, dokładnie na szerokość słupków bramki.

Celem tej zmiany było otwarcie „wąskiej” strony boiska i utrudnienie korzystania z linii bocznej jako dodatkowego obrońcy. Zmiana pomogła running backom. W 1972 r. dwukrotnie więcej zawodników przekroczyło 1000 jardów po ziemi niż rok wcześniej. Jednak przyniosła pewne nieoczekiwane konsekwencje. Po pierwsze utrudniła grę podaniową, bo defensywy nie musiały rozsuwać szeroko swojej secondary i mogły maskować rodzaj krycia, który stosują. Po drugie bardzo ułatwiła kopnięcia z pola. Hashmarki na szerokość słupów oznaczały, że kopacze nie musieli mierzyć się z sytuacją, gdy piłka snapowana była spoza światła bramki.

W efekcie nieco wzrosły średnie zyski jardowe w akcjach biegowych (z 3,8 jarda na akcję w 1970 r. do 4,1 w 1972 r.), ale spadła liczba przyłożeń, a przez to i punktów. W 1977 r. drużyny zdobywały średnio 17,2 pkt/mecz (22,5 pkt/mecz w sezonie 2016), choć w 1972 r. średnia ta przekraczała 20. Trzeba było działać dalej.

W 1974 r. liga wprowadziła kilka zmian, zdopingowana pojawieniem się rok wcześniej konkurencyjnej WFL (World Football League). Po pierwsze przeniesiono bramki z linii pola punktowego na linię końcową boiska, czyli oddalono je o 10 jardów, wydatnie utrudniając field goale. Dodatkowo po niecelnym kopnięciu z pola drużyna broniąca dostawała piłkę na ostatniej linii wznowienia akcji. Wcześniej każdy niecelny FG traktowany był jak touchback i obrona zaczynała z 20 jarda. Ponadto zmniejszono kary za trzymanie i nielegalne użycie rąk przez ofensywę z 15 do 10 jardów.

W 1976 r. na stadionach zamontowano widoczne dla wszystkich zegary odmierzające czas do snapu, co mocno przyspieszyło grę. Tę różnicę doskonale widać dziś w PLFA. W meczach z play clock piłka snapowana jest znacznie szybciej niż w spotkaniach, gdy zegar biegnie jedynie w głowie sędziego głównego.

W 1977 r. wprowadzono „regułę Deacona Jonesa”, czyli zabroniono defensynym liniowym uderzania w kask ofensywnych liniowych.

To nie pomogło. W sezonie 1977 ofensywy w NFL sięgnęły dna. Zdobywały najmniej jardów i punktów w historii. Potrzeba było rewolucji. I rewolucja nadeszła.

 

Uwolnić reciverów. I liniowych

Zmian w 1978 r. było kilka, jednak rewolucyjne znaczenie miały dwie.

Po pierwsze wprowadzono znaną dziś zasadę zakazu kontaktu z reciverem po pięciu jardach od linii wznowienia akcji. Wcześniej reciverowi nie wolno było inicjować kontaktu przed podaniem, ale defensor jak najbardziej mógł. W efekcie wielcy, fizyczni DB wprost okładali reciverów, nie pozwalając im na uwolnienie się od krycia. Celował w tym zwłaszcza Mel Blount z Pittsburgh Steelers, stąd nowy przepis ochrzczono „Mel Blount rule”.

Nagle reciverom znacznie łatwiej było uwolnić się od krycia, a cornerbackowie zostali zmuszeni do zupełnie innej gry. Fizyczni zawodnicy, którzy pomiatali reciverami musieli ustąpić mniejszym, zwrotniejszym zawodnikom, których znamy ze współczesnych secondary.

To jednak nic by nie dało, gdyby nie zapewniono lepszej ochrony quarterbackom. Zrobiono to, dając ofensywnym liniowym więcej swobody. Przed sezonem 1978 ofensywni liniowi mogli blokować jedynie własnym ciałem. Dłonie trzymali zamknięte i zetknięte mniej więcej na wysokości własnej piersi. Nie mieli szans z potężnymi rywalami, którzy do woli używali rąk i okładali ich bezlitośnie po głowach. Od 1978 r. wprowadzono definicję holdingu, która z drobnymi modyfikacjami przetrwała do dziś. Oznaczało to, że o-line może uderzać i odpychać d-line otwartą dłonią, jak długo dłonie znajdują się nie szerzej niż barki.

 

Efekty nowych przepisów

W 1978 r. mistrzostwo zdobyli jeszcze Steelers i Stalowa Kurtyna. Jednak skuteczność podań wzrosła z roku na rok o niemal 2 pkt. proc., a średni zysk z akcji podaniowej o 0,36 jarda. Prawdziwa rewolucja nadeszła w latach 80-tych. „Men Joe” i spółka odeszli do lamusa. Nadszedł czas Joe Montany i West Coast Offense San Francisco 49ers, a także Dana Marino, Johna Elwaya i innych wielkich QB.

Z roku na rok w NFL coraz więcej się podaje, a coraz mniej biega. Akcje biegowe przynoszą mniej więcej tyle samo jardów. Od 1970 r. średni zysk z akcji biegowej co roku zamyka się w przedziale 3,8-4,3 jarda. Tymczasem skuteczność podań rośnie od 1978 r. nieustannie. W 1971 r. przeciętny QB posyłał do celu średnio 50,9% podań. W 1980 r. pękła granica 55%, w 2007 60%, a w 2016 średnia skuteczność wynosiła 63%. W 1981 r. po raz pierwszy średni zysk z akcji podaniowej przekroczył 6 jardów. Od sezonu 2011 wskaźnik ten nie spadł poniżej 6,3.

Trenerzy to widzą. Z roku na rok oglądamy coraz więcej podań i coraz mniej biegów. Running backowie są niżej cenieni niż kiedykolwiek wcześniej. Piąty DB w większości drużyn stał się de facto starterem, bo 80% czasu defensywy ustawiają się w formacji nickel (5 DB) lub dime (6 DB). W zeszłym roku rekordowe 59,31% akcji ofensywnych było podaniami. Czy w tym sezonie padnie granica 60%?

Zobaczcie jak zmieniły się ofensywy NFL od sezonu 1978 r. (kliknij na odpowiedni wykres, żeby powiększyć)

Procent akcji biegowych i podaniowych w NFL

Przeciętny zysk jardowy z akcji biegowych i podaniowych w NFL

Procent celnych podań w NFL

Opracowanie własne na podstawie danych z pro-football-reference.com

 

P.S. Będzie mi bardzo miło jeśli zechcesz zostawić lajka na Facebooku lub na Twitterze