Aaron Hernandez: NFL, morderstwo i zmarnowane życie

W wieku 21 lat zadebiutował w NFL. W wieku 23 lat był jednym z najlepszych tight endów w lidze. W wieku 24 lat zamordował człowieka. A w wieku 27 lat powiesił się w celi, w której odsiadywał dożywocie za zabójstwo.

 

Hernandez Aligator

Aaron Hernandez urodził się w 1989 r. w stanie Connecticut, zaledwie dwie godziny jazdy od stadionu New England Patriots w Foxborough. W wieku 16 lat stracił ojca, który zmarł na skutek komplikacji po operacji przepukliny. Według jego matki zachwiało to mocno jego równowagą psychiczną.

Już w liceum wykazywał ogromny talent atletyczny i był uznawany za najlepszego tight enda w Stanach w swoim roczniku. Wybrał stypendium na Uniwersytecie Florydy. Gators (Aligatory), ich drużyna futbolowa była aktualnym akademickim mistrzem kraju pod wodzą słynnego szkoleniowca Urbana Meyera (obecnie prowadzi Ohio State).

W swoim pierwszym sezonie nie wyróżnił się niczym szczególnym, ale jako drugoroczniak w sezonie 2008 wskoczył do pierwszego składu. Floryda znów zameldowała się w finale BCS, gdzie pokonała Oklahomę 24:14, a Hernandez był najlepszym reciverem w barwach Aligatorów w tamtym meczu, choć dzielił i rządził oczywiście rozgrywający Florydy, Tim Tebow.

W sezonie 2009 Gators odpadli na wcześniejszym etapie. Przegrali mecz finałowy SEC z Alabamą. Jednak dla Hernandeza indywidualnie był to bardzo udany rok. Złapał 68 piłek na 850 jardów, został wybrany do All-SEC Team, All-American Team i otrzymał nagrodę Johna Mackeya, przyznawaną najlepszemu tight endowi w NCAA.

W efekcie postanowił zrezygnować z ostatniego roku na uczelni i przystąpić do draftu.

 

Hernandez Patriota

Odchodząc z uczelni Hernandez zapewne spodziewał się lepszej pozycji w drafcie niż czwarta runda i #113. Według Boston Globe wiele drużyn odstraszyła jego „historia używania marihuany i wielokrotne pozytywne wyniki badań na obecność narkotyków przeprowadzane na uczelni”. Hernandez twierdził jednak, że pozytywny wynik dał tylko jeden test, a on odpowiadał bez wahania na wszelkie pytania o tę sprawę.

Niemniej zawodnik trafił do New England Patriots. Wyglądało na to, że będzie rezerwowym, bo Pats w drugiej rundzie sięgnęli po innego tight enda – Roba Gronkowskiego. Ekipa z Foxborough chyba nie była do końca przekonana o nieskazitelnym charakterze Hernandeza, bo w kontrakcie miał zapisany wyjątkowo niski signing bonus, ale wyjątkowo wysokie bonusy meczowe. Innymi słowy mógł zarobić więcej niż normalny gracz wzięty w czwartej rundzie, o ile trzymałby się z dala od kłopotów.

Szybko okazało się, że trener Bill Belichick był jak zwykle dwa kroki przed konkurencją. Draftując Gronkowskiego i Hernandeza wyobraził sobie dwugłowe monstrum, będące odpowiedzią na powszechne stosowanie przez defensywy lżejszego personelu nickel i dime. Rywalom trudno było znaleźć sposób na dwóch wielkich, silnych, a jednocześnie stosunkowo szybkich i zwrotnych zawodników. Jeśli próbowali kryć ich tradycyjnie linebackerami, to Gronk i Hernandez uwalniali się z łatwością od krycia i łapali piłki. Jeśli wystawiali przeciwko nim szybszych DB, obaj TE Patriots zamieniali się w dodatkowych blokerów i ich drużyna urywała jardy po ziemi.

Już w drugim meczu swojej kariery Hernandez złapał podania na ponad 100 jardów. Był najmłodszym graczem od 1960 r., któremu udała się ta sztuka. Jednak prawdziwe możliwości tandem Gronkowski-Hernandez pokazał dopiero w następnym sezonie. W sezonie 2011 w sumie złapali 169 piłek na 2237 jardów i 24 przyłożenia. Ofensywa była nie do zatrzymania. Tom Brady podał na 5235 jardów (do dziś najlepszy wynik w karierze) i 39 TD (drugi najlepszy wynik w karierze). Pod pewnymi względami funkcjonowali sprawniej niż ofensywa niepokonanych Patriots z sezonu 2007.

Tak jak wtedy dotarli do Super Bowl i tak jak wtedy ulegli New York Giants. Hernandez złapał podanie na TD, ale kluczem okazał się Gronkowski, który dwa tygodnie wcześniej skręcił kostkę. W Super Bowl był cieniem samego siebie.

Hernandez już nigdy nie wrócił na największą scenę futbolu.

Przed sezonem 2012 obaj młodzi tight endzi z Nowej Anglii zostali wynagrodzeni nowymi, wieloletnimi kontraktami. Były to dwie najwyższe w historii umowy dla graczy z tej pozycji. Hernandez dostał 40 mln dolarów płatne w pięć lat. W listopadzie zawodnik został ojcem i zaręczył się ze swoją wieloletnią dziewczyną Shayanną Jenkins. Jego przyszłość rysowała się w jasnych barwach, a dwugłowe monstrum z Nowej Anglii mogło śnić się trenerom AFC jeszcze przez wiele lat.

W sezonie 2012 Hernandez zmagał się ze skręconą kostką, ale końcówkę sezonu miał niezłą, a w playoffach złapał 15 piłek na 168 jardów. 20 stycznia 2013 r. schodził z boiska na Gillette Stadium po przegranej w finale AFC z Baltimore Ravens. To był jego ostatni mecz w życiu. Czy już wtedy był mordercą?

 

Hernandez morderca

16 lipca 2012 r. w Bostonie od kul zginęło dwóch młodych ludzi. Zostali zastrzeleni w swoim samochodzie. Wcześniej w klubie wdali się w awanturę z ekipą Hernandeza, którego mieli oblać piwem.

13 lutego 2013 r. Hernandez miał postrzelić Alexandra Bradleya, dilera narkotyków, z którym się przyjaźnił. Według Bradleya do zdarzenia doszło po kłótni w klubie ze stripteasem. Prokurator twierdził, że motywem było zabicie Bradleya, który wiedział o morderstwach z 2012 r. Bradley przeżył, ale miał stracić oko. Ta sprawa została włączona do procesu o podwójne morderstwo wytoczonego Hernandezowi w 2017 r. W tej sprawie został uniewinniony, jednak były gracz NFL już odsiadywał dożywocie. Skazany został za inne zabójstwo.

17 czerwca 2013 r. milę od domu Hernandeza znaleziono zwłoki Odina Lloyda. Młody mężczyzna był graczem półprofesjonalnej drużyny futbolowej Boston Bandits. Umawiał się z siostrą Shayanny Jenkins, narzeczonej Hernandeza. Już następnego dnia policja przeszukała dom Hernandeza. Okazało się, że tuż po zabójstwie wynajął profesjonalną ekipę do sprzątania domu, zniszczył swój domowy system monitoringu i telefon komórkowy.

20 czerwca właściciel Patriots Robert Kraft zakazał Hernandezowi wstępu do klubowych budynków. Według Boston Globe tego samego dnia podczas narady na najwyższym szczeblu Kraft i Belichcik postanowili zwolnić Hernandeza, jeśli zostaną mu postawione jakiekolwiek zarzuty, choćby chodziło tylko o utrudnianie śledztwa.

26 czerwca Hernandez został aresztowany pod zarzutem morderstwa Odina Lloyda. 90 minut później przestał być zawodnikiem Patriots. Klub anulował wszystkie gwarancje pozostałe w kontrakcie, argumentując, że gwarancje nie obejmowały „zachowania rzutującego negatywnie” na pracodawcę. Wstrzymał również wypłatę reszty signing bonusu. Niemniej Pats musieli się pogodzić z 2,55 mln martwych dolarów w 2013 r. i 7,5 mln w 2014 r.

15 kwietnia 2015 r. Hernandez został uznany przez ławę przysięgłych winnym morderstwa z premedytacją. W stanie Massachusetts zniesiono karę śmierci, ale wyrok „winny” oznaczał automatyczne dożywocie bez prawa do przedterminowego zwolnienia.

14 kwietnia 2017 r. Hernandez został uniewinniony od zarzutu podwójnego morderstwa z 2012 r., choć prokuratura zapowiedziała apelację. Skazano go jedynie za nielegalne posiadanie broni.

19 kwietnia 2017 r. o 3 nad ranem strażnicy znaleźli Hernandeza martwego w jego celi. Wszystko wskazuje na to, że powiesił się na sznurze zrobionym z prześcieradeł. W listopadzie skończył 27 lat.

Mógł być wielkim zawodnikiem, nawet na miarę Hall of Fame. Okazał się złym człowiekiem. Nie ma co go żałować. Szkoda tylko, że mogąc zrobić tak wiele dobrego, zdziałał tak wiele złego.

Jak z NFL zrobiono całoroczny cyrk

Czy się to komuś podoba czy nie, NFL to przede wszystkim potężny biznes. Green Bay Packers, jedyna w lidze spółka publiczna, ujawnia co roku przychody. W 2015 r. (ostatni dostępny raport) mieli prawie 400 mln dolarów przychodu, a nie należą do najbogatszych klubów. Jeśli założymy średnią na poziomie 0,5 mld dolarów i przemnożymy przez 32 otrzymamy 16 mld dolarów. Czyli NFL byłoby w stanie czterokrotnie sfinansować wydatki Warszawy w 2015 r. i jeszcze sporo by zostało. A sądząc po dynamice wzrostu salary cap, które jest obliczane od całości przychodów ligi, to wzrost tej wartości wynosi jakieś kilkanaście procent rocznie.

Nie zawsze tak było. Paradoksalnie biznesowo NFL nie jest łatwym produktem do sprzedaży, co świetnie wiedzą polskie zespoły futbolu amerykańskiego. Sezon jest bardzo krótki. Większość zespołów gra 16 spotkań na przestrzeni czterech miesięcy. Kilkanaście najlepszych ma okazję zagrać jeszcze od jednego do czterech meczów w ciągnących się przez miesiąc playoffach. W sumie góra dwadzieścia spotkań w pięć miesięcy. NBA i NHL grają 82 mecze w sezonie zasadniczym, a MLB 162. Do tego playoffy w formie serii, mecze co kilka dni, w sumie nawet dziesięć razy więcej „produktu” niż w NFL.

Do tego baseballiści grają siedem miesięcy w roku, a hokeiści i koszykarze osiem. Ledwo koronujemy mistrza, już zaczyna się preseason. Tymczasem w NFL od lutego do sierpnia praktycznie nic się nie dzieje! Jak sprzedać produkt rozrywkowy, którego nie ma przez pół roku? Wyobrażacie sobie Hollywood, które np. od września do marca nie wypuszcza nowych filmów?

Kibic ma być spragniony produktu, czekać z utęsknieniem na wrzesień, płacić za wybrakowany produkt jakim są mecze przedsezonowe i kupować wszystko, na czym jest logo NFL: koszulki, czapeczki i najdziwniejsze gadżety.

 

NFL Network

W 2003 roku liga powołała NFL Network, własną stację kablową. Był to kamień milowy w strategii zmierzającej do uczynienia z NFL ligi, o której mówi się 365 dni w roku.

Produkcyjnym ramieniem NFL Network jest NFL Films. Kojarzycie ujęcie piłki futbolowej, która powoli kręci się wokół własnej osi i przecina powietrze mknąc ku nadstawionym dłoniom recivera? To właśnie NFL Films wprowadziło podobny standard. Dziś ich techniki i sposób patrzenia na futbol są czymś oczywistym, ale dekadę temu stanowiły ogromny przełom. Do dziś różne dokumentalne i paradokumentalne serie produkowane przez NFL Films stanowią lwią część treści NFL Network i podsycają zainteresowanie futbolem podczas offseason.

Jednak NFL Films to nie wszystko, bo w końcu nie każdego interesują dokumenty i retransmisje starych meczów. Dziennikarze i czytelnicy polują na newsy, a w dobie social media stało się to wyraźniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. NFL robi wszystko, by dostarczać nam newsy na okrągło. A jeśli się nad tym na chwilę zastanowić, to spora część tych „newsów” jest tak naprawdę nieistotna. Ale dopóki czytelnik klika, dziennikarze są zadowoleni. Im rośnie odpowiedzialność, a NFL słupki z przychodami.

 

Rozciągnąć niedzielę

Zacznijmy od sezonu zasadniczego. Wydawałoby się, że to najłatwiejszy czas. Przecież liga gra, jest o czym gadać. Niby tak, ale liga gra tylko w niedzielę. W sobotę przegra z futbolem akademickim, w pozostałe dni tygodnia musi konkurować z profesjonalnymi ligami innych sportów, które grają absolutnie codziennie. Jak radzi sobie NFL?

Zacznijmy od rozciągnięcia kolejki. Jeden ogólnokrajowy mecz w czwartek i jeden w poniedziałek. Nawet jeśli grają Jaguars i Titans, media to podchwycą, a za nimi kibice. Choćby po to, żeby ponarzekać. Kibice narzekają na jakość produktu, zawodnicy na zmęczenie, trenerzy na brak czasu na przygotowanie, ale liga tego nie zlikwiduje. To przecież żyła złota.

Paczka poniedziałkowa to dodatkowy pakiet praw do transmisji, które można sprzedać nowej telewizji. To pomysł znacznie starszy niż „całoroczna NFL”, bo zaczęło się w 1970 r. W 2011 roku ESPN przedłużyła prawa do nadawania poniedziałkowych meczów. W tym czasie zapłaci lidze za 160 spotkań 14,2-15,2 mld dolarów (w zależności o oglądalności). Daje to ok. 90-95 mln dolarów za mecz, niezależnie od praw do spotkań niedzielnych i playoffów.

Ale to nic przy paczce czwartkowej. Tradycyjnie NFL grała tylko w jeden czwartek: Święto Dziękczynienia. Jednak w 2006 r. dodano cotygodniowy mecz w czwartek. Początkowo chodziło o zapewnienie oryginalnych treści NFL Network i zwiększenie jej atrakcyjności dla sieci kablowych. Jednak szybko okazało się, że można na tym zrobić świetny biznes.

Obecnie CBS i NBC płacą w sumie ok. 300 mln dolarów za prawo do pokazania 10 spotkań czwartkowych (po pięć każda z sieci). Wydawałoby się, że to nic w porównaniu do tego, co płaci ESPN. Ale to tylko pozory. Po pierwsze obie sieci muszą za własne pieniądze wyprodukować wszystkie 18 meczów w ramach Thursday Night Football (wliczany jest w to też jeden mecz International Series i świąteczny). Z tego osiem leci wyłącznie w NFL Network, a pozostałe zarówno w NFL Network, jak i CBS/NBC. Innymi słowy są to prawa niewyłączne, a do tego nadawcy muszą produkować również te mecze, których nie pokazują. Do tego NFL pozwala je nadawać w otwartym, niezakodowanym streamingu na cały świat! Rok temu Twitter zapłacił za to prawo 10 mln dolarów. W tym sezonie Amazon dał już 50 mln.

Podsumujmy: NFL zgarnia 300 mln za niewyłączne prawa do dziesięciu spotkań, plus ma wyprodukowane za darmo osiem meczów na wyłączność, plus kasuje Amazona na 50 mln dolarów za prawo do puszczenia tych meczów on-line. To się nazywa biznes!

No dobra, trzy dni mamy załatwione. A pozostałe? Proszę bardzo: raporty o kontuzjach. Występ Toma Brady’ego jest „pod znakiem zapytania”? Wszyscy wiemy, że zagra, ale od środy do soboty mamy pożywkę dla sensacyjnych newsów. Tym bardziej, że z uwagę śledzą je wszyscy grający w fantasy football.

 

Offseasonowy kalendarz

Jakkolwiek NFL nie rozciągałaby niedzieli, przychodzi wreszcie moment, gdy nie ma żadnych meczów, kontuzji, ani niczego takiego. Wówczas w sukurs przychodzi genialnie ułożony kalendarz. Zobaczcie sami.

Luty: przeżywamy jeszcze Super Bowl (pierwsza niedziela lutego). Omawiamy kto jest GOAT, a kto nie jest, trawimy setki historii okołosuperbowlowych, zastanawiamy się co powinni zrobić przegrani. Media już zaczynają katować prognozy na offseason.

Marzec: nic futbolowego już się nie dzieje, więc trzeba docisnąć klienta. Zacznijmy od NFL Combine (w tym roku 28 lutego-6 marca). Człowiek, który wpadł na to, by zrobić z tego event był geniuszem. NFL Network ma treści na cały tydzień, a media podniecają się kto miał jaki czas na 40 jardów. A teraz zastanówcie się: ile osób na całym świecie może wyciągnąć jakiekolwiek wnioski z kilku atletycznych ćwiczeń i jakichś pozycyjnych drilli bez kontaktu i bez przeciwnika? Kilka tysięcy? A i tak większość tych wniosków jedynie potwierdzi to, co wcześniej zauważyli na filmie. Mimo to miliony ludzi podniecają się wynikami.

Marzec: Deadline na franchise tagi. Dziesiątki historii – kto się na kogo poobrażał i dlaczego, kto z kim chce grać, a kto z kim nie chce. Ale ty tylko wstęp do…

Marzec: free agency! Najpierw dwa dni rozmów, plotek, gry w kotka i myszkę. A potem godzina 16.00 w Nowym Jorku. Wygasają wszystkie kontrakty i zaczyna się kilka szalonych dni, które przypominają speed dating albo grę w muzyczne krzesełka. Kto, kogo i za ile? A czasami równie ciekawe jest kto kogo nie chce i za ile.

Marzec/kweicień: Spotkanie ligowe, na którym są ustalane zmiany przepisów i inne sprawy organizacyjne. A czasami również przenosiny klubów. Czy nie dałoby się tego połączyć z NFL Combine? Przecież na spotkaniu ligowym obradują właściciele, którzy na Combine pojawiają się tylko w celach towarzyskich? (no, chyba że, jak Jerry Jones, są też GM-ami. Ale i Jones nie siedzi non stop na Combine, od tego ma ludzi) Dałoby się, tylko po co? :)

Kwiecień: Ujawniamy układ meczów! Nie kto z kim zagra i gdzie. To już wiemy od dawna. Teraz tylko ujawniamy kiedy. Ekscytujące, co? Zróbmy z tego całodzienny event! A dodatkowy podczas ujawniania układu meczów preseason!

Kwiecień: offseasonowe nieobowiązkowe programy treningowe drużyn NFL. Kto się pojawił, kto się nie pojawił? Jak się pracuje z nowym trenerem/koordynatorem/rozgrywającym/znanym nazwiskiem?

Kwiecień: Pro Days. Czyli takie Combine dla jednej uczelni. Bo przecież można pogadać dwie godziny, że chłopaki z Alabamy robili dokładnie to samo co dwa tygodnie wcześniej.

Od lutego do kwietnia: mock drafty! Kto, kogo i kiedy wybierze w drafcie. Wszystkie można wyrzucić do kosza już po kilku wyborach/wymianach. Rzadko kiedy ktoś trafia choćby 50% wyborów. Analitycy draftowi nienawidzą ich pisać z całego serca. Więc po co pisać? Bo to się klika!

Kwiecień/maj: DRAFT! Kolejny event dla NFL Network, choć paczka została sprzedana również ESPN. Tysiące fanów na trybunach. Za bilety nie płacą, ale przecież trzeba przyjść w koszulce swojego klubu, nie? Większości wybranych młodych ludzi za cztery lata nie będzie już w lidze, ale w głębi duszy każdy kibic czuje, że to właśnie ten rok, kiedy jego drużyna trafi kolejnego Toma Brady’ego, Richarda Shermana czy Antonio Browna w jednej z ostatnich rund. A w pierwszej to już bankowo znajdą podporę drużyny na następne 15 lat. Statystyka pokazuje, że żadna z drużyn nie wie jak wybierać, ale kogo to obchodzi?

Maj: minicampy dla debiutantów. Bez weteranów, bez padów, bez większego sensu. Ale miliony kibiców wpadają w euforię lub histerię, w zależności od tego jak ich najwyżej wybrany rookie spisał się w kompletnie niefutbolowym środowisku. A przecież chodzi tylko o zaznajomienie debiutantów z playbookiem.

Maj: Kolejne spotkanie właścicieli. Po co? Bo przecież można wygenerować kolejne newsy, zjeść kilka dobrych kolacji, napić się z kolegami/rywalami i może coś przypadkiem jeszcze ustalić.

Czerwiec: OTA, czyli kolejne treningi, tym razem obowiązkowe. Ale i tak można się podniecać kto się nie stawił, bo kilku zawsze się znajdzie. Dodatkowo po kilku treningach na pół gwizdka z offseasonową dyspozycją na bank już wiadomo, kto wygra Super Bowl. Prawda?

Lipiec: Startują obozy treningowe. Jak przy OTA, tylko więcej i bardziej histerycznie. A na trybunach często tysiące kibiców.

Sierpień: Preseason. No, to już prawie futbol. Co tam, że grają debiutanci i głebokie rezerwy, a największe emocje budzi rywalizacja o miano recivera #5, który w sezonie zagra jakieś 3% snapów i zostanie cztery razy wymieniony. A wcześniej bibka w Hall of Fame, która przyjmuje nowych członków.

I tak dotarliśmy do nowego sezonu we wrześniu. Minęło nam jak z bicza strzelił, prawda?

 

To pod wodzą Rogera Goodella NFL stało się produktem całorocznym. Przychody i wartość klubów wystrzeliły pod niebo. Więc jeśli dziwicie się, że po wszystkich wtopach z polityką dyscypliny i bezpieczeństwem graczy Goodell wciąż stoi na czele ligi, to zadajcie sobie proste pytanie: czy wy zwolnilibyście gościa, który przez kilkanaście lat zarobił dla was na czysto kilkaset milionów dolarów?

 

P.S. Pamiętajcie, żeby kliknąć lajka albo retweeta. Dla Was to chwila, dla mnie ogromna pomoc w rozwoju bloga. A jeśli chcecie dowiadywać się o nowym tekście jako pierwsi, to w prawej kolumnie na górze możecie zapisać się na newsletter, który wysyła się automatycznie w chwili publikacji!

Zdjęcie Rogera Goodella z domeny publicznej

Skomplikowane dziedzictwo Tony’ego Romo

Tony Romo pojawił się znikąd, objął dowództwo nad ofensywą najcenniejszego klubu na świecie (wg Forbesa) i został bohaterem kibiców. A potem bohaterem memów, „chokerem” i facetem, który odpada w grudniu. Jednak prawdziwy obraz Tony’ego Romo jest znacznie bardziej skomplikowany.

 

Zacznijmy od tabelki. Są to statystyki z całej kariery (tylko sezon zasadniczy) czterech rozgrywających (QBrec to bilans w meczach, gdy dany gracz był starterem). Jak myślicie, którym z nich jest Tony Romo?

passer rtg comp% TD% INT% Y/A QBrec
QB1 97,2 63,8% 5,5% 1,8% 7,5 .779
QB2 96,5 65,3% 5,7% 2,7% 7,7 .702
QB3 97,1 65,3% 5,7% 2,7% 7,9 .614
QB4 93,7 65,5% 5,1% 3,1% 7,9 .578

 

Jeśli obstawiliście QB3 to gratuluję. Właśnie takim dorobkiem w NFL może pochwalić się ex-rozgrywający Cowboys. Jednak jeszcze ciekawsze są pozostałe nazwiska na tej liście. Cała trójka na 100% zasiądzie w Pro Football Hall of Fame.

QB1 to Tom Brady, QB2 to Peyton Manning, a QB4 to Kurt Warner.

 

Człowiek znikąd

Tony RomoRomo nie grał w wielki futbol na uczelni, nie ustawiały się do niego kolejki chętnych klubów NFL. W liceum jako starter na QB osiągnął bilans 3-6 i trafił na uczelnię Eastern Illinois. To FBS, czyli akademicka druga liga. Na początku ubiegłego wieku mało kto wierzył w tamtejsze gwiazdy. Romo należał do najlepszych zawodników swojego poziomu rozgrywek i trzy lata z rzędu wybierany był do All-American (odpowiednik All-Pro w NCAA).

Został zaproszony na NFL Combine w 2003 r., ale nie poprawił tym swoich notowań. Osiągnął rezultaty nieco tylko lepsze niż legendarnie słaby na Combine Tom Brady. Na 40 jardów pobiegł 5,01. Andrew Luck 4,67, Eli Manning 4,90. Tyle że Brady i Manning byli rozgrywającymi w najlepszych uczelniach Stanów. Romo nie.

W efekcie nie został wybrany w drafcie 2003. Postanowił podpisać kontrakt z Cowboys, choć miał ofertę również od Broncos. Przekonał go ówczesny ofensywny koordynator, Sean Payton.

W pierwszych latach Romo nie grał zbyt wiele. Przez trzy lata był backupem za spadającym po równi pochyłej Drew Bledsoe i kilkoma mniejszymi i większymi wpadkami, na czele z Drew Hensonem znanym głownie z tego, że na uczelni Michigan rywalizował o miejsce w składzie z Bradym. Na boisko wchodził głownie jako holder.

Przed sezonem 2006 Peter King ze Sports Illustrated napisał, że Romo będzie starterem przed końcem roku. Wszyscy pukali się w głowę. Sean Payton, nowy trener New Orleans Saints, dawał za Romo pick w trzeciej rundzie draftu. Właściciel klubu i GM Jerry Jones się nie zgodził, więc Payton postawił na Drew Breesa.

W 2006 r. Romo zastąpił rozsypującego się Drew Bledsoe. (Swoją drogą to pechowy zawodnik. Pięć lat wcześniej stracił pracę w Patriots na rzecz Toma Brady’ego, innego człowieka znikąd) Historie Brady’ego czy Kurta Warnera spowodowały, że oczekiwania wobec nieznanego backupa były kosmiczne.

I Romo dał radę. Pod jego wodzą Cowboys weszli do playoffów. Tam w meczu przeciwko Seahawks przegrywali 21:20 na 1:19 przed końcem meczu. Romo doprowadził ich do 19-jardowego FG. Bułka z masłem. Tyle że nawet jako podstawowy QB, Tony dalej był holderem. Zgubił snap i Cowboys przegrali.

 

Haterzy nigdy mu tego nie zapomnieli. Wydawałoby się, że to przełomowy moment w karierze, od którego Romo zaczął „dławić się” w końcówkach. Ale nie. W sezonie 2007 Cowboys zanotowali bilans 13-3, a Romo miał drugi najlepszy passer rating w lidze po fenomenalnym Tomie Bradym. Niestety w playoffach Cowboys ulegli późniejszym mistrzom New York Giants, a Romo zagrał słabo. Co gorsza w mediach pojawiły się zdjęcia, na których w bye week imprezuje w towarzystwie Jasona Wittena i Jessici Simpson, swojej ówczesnej dziewczyny. Na jego głowę spadły gromy i utrwalił się obraz zawodnika, na którego nie można liczyć w ważnych chwilach.

 

Lepsze i gorsze lata

Niemniej jednak Cowboys wreszcie mieli rozgrywającego, którego brakowało im odkąd Troy Aikman przeszedł na emeryturę w 2000 r. Wydawało się, że sukcesy w postseason to tylko kwestia czasu.

Jednak Romo nie miał szczęścia do dobrych drużyn, a zwłaszcza do dobrych defensyw. W 2008 r. Dallas zaczęli od 8-4, by skończyć na 9-7 i poza playoffami. Romo miał fatalny grudzień, dzięki czemu dostał łatkę faceta, któremu nie można ufać w grudniu. Czy rzeczywiście? Kiedy weźmiemy wskaźniki z całej kariery, Romo grał w grudniu słabiej niż w listopadzie, ale znacznie lepiej niż w październiku i porównywalnie do września.

A może QB Cowboys po prostu nie dawał rady w czwartych kwartach? Niekoniecznie. Statystycznie to jeden z najpewniejszych rozgrywających w czwartych kwartach. Jasne, miewał fatalne akcje, które przetrącały kręgosłup drużynie, ale który QB ich nie miał? Peyton Manning rzucił pick-six rozstrzygające Super Bowl XLIV. Gdyby nie indolencja Falcons, Tom Brady zrobiłby to samo w Super Bowl 51. Brett Favre zanotował takich akcji na pęczki.

W sezonie 2009 wydawało się, że Dallas mają wszystko co potrzeba. Romo grał dobrze i został wybrany do trzeciego Pro Bowl w karierze. Łupem rywali padło zaledwie 1,6% jego podań, co do dziś jest jego najlepszym wynikiem w karierze. I to wszystko, choć od drugiej kolejki grał z połamanymi żebrami. Cowboys zakończyli z bilansem 11-5. W styczniu najpierw pokonali Eagles w ostatnim meczu sezonu zasadniczego w bezpośrednim pojedynku o pierwsze miejsce w NFC East, a tydzień później powtórzyli to w playoffach. Jednak w Divisional Round ulegli Vikings, gdzie ostatnią szarżę wykonywał Brett Favre.

W 2010 r. Romo stracił większość sezonu z powodu różnych urazów, a na stanowisku trenera Wade’a Philipsa zastąpił Jason Garrett. Trzy kolejne lata Dallas kończyli z bilansem 8-8. Co gorsza fatalne zarządzanie salary cap utrudniało pozyskiwanie wzmocnień i wymuszało zwalnianie filarów drużyny, jak DeMarcus Ware. Jednak Romo grał dobrze. Co roku jego passer rating przekraczał ligową średnią, nawet w najsłabszym sezonie 2012, gdy rzucił 19 INT.

 

Ostatnie hurra i emerytura

Sytuacja zmieniła się w 2014 r. Romo wreszcie miał wokół siebie dobrą drużynę. Z młodą linią ofensywną i DeMarco Murrayem, który wybiegał 1845 jardów, Romo rozegrał sezon życia. Passer rating 113.2, QBR 81.5 i jedyna w karierze nominacja do All-Pro. Do dziś nie mam pojęcia jak to zrobił, bo grał z trzema pękniętymi kręgami w plecach. Niestety dla niego rywalizację o tytuł MVP rozstrzygnęli między sobą Aaron Rodgers i J.J. Watt, a Murray zgarnął nagrodę dla ofensywnego gracza roku.

Jednak Cowboys byli w gazie. W pierwszej rundzie wyeliminowali Lions, a Romo był znakomity. W kolejnej rundzie przeciwko Packers zagrał wręcz fenomenalnie. Passer rating 143,6 mówi sam za siebie. Kibice Cowboys do dziś upierają się, że to był chwyt Bryanta. Sędziowie zdecydowali inaczej i Romo znów zakończył udział w playoffach na drugiej rundzie. Kto mógł wówczas przypuszczać, że Romo rozpocznie w barwach Cowboys już tylko cztery mecze?

W sezonie 2015 z czterech jego startów Cowboys wygrali trzy. Niestety dwie kolejne kontuzje ograniczyły jego poczynania, a zmiennicy pokazali ile jest wart podstawowy QB. Byli w stanie wygrać tylko jeden z pozostałych dwunastu meczów.

Rok 2016 miał być odrodzeniem Cowboys i Romo. Wciąż fantastyczna o-line i Ezekiel Elliott, running back przyszłości. Elliott spełnił pokładane w nim nadzieje, ale w meczu przedsezonowym Romo złamał obojczyk. Co gorsza jego zmiennik, Kellen Moore przetrwał tylko kilka dni dłużej. Do akcji musiał wkroczyć nieopierzony debiutant z czwartej rundy Dak Prescott.

Resztę wszyscy znamy. Prescott okazał się odkryciem sezonu i wypchnął ze składu doświadczonego kolegę, niczym swego czasu Romo Bledsoe.

Długo zastanawiano się, gdzie zagra Romo. Że nie zostanie w Dallas było jasne. Jeśli znacznie tańszy Prescott może zapewnić podobny poziom na rozegraniu, to dla weterana nie było już miejsca. Mówiło się o Houston i Denver. Ostatecznie Romo zakończył karierę sportową i rozpocznie komentatorską. Podobno ma zastąpić Phila Simmsa w CBS, co wszystkim (może poza Simmsem) wyjdzie na dobre.

Nie żeby potrzebował pieniędzy. W ciągu swojej kariery zarobił ok. 127,5 mln dolarów, z czego ok. 68,5 mln przez ostatnie cztery lata. Daje mu to 11. miejsce na liście wszechczasów, choć w ciągu najbliższego sezonu spadnie o kolejne dwie pozycje. Nieźle jak na faceta, na którego w 2003 r. nikt nie chciał poświęcić nawet wyboru w siódmej rundzie.

Warto zwrócić uwagę na pewien szczegół. Przed ogłoszeniem emerytury Cowboys oficjalnie zwolnili Romo, podobno na jego prośbę. To zostawia mu otwartą furtkę do powrotu do NFL. Gdyby przeszedł na emeryturę bez rozwiązania kontraktu, jego kontrakt zostałby zawieszony. Wówczas ewentualny powrót byłby możliwy tylko do Dallas na starej umowie. Niezależnie od wszystkiego ciągłe restrukturyzacje sprawiły, że i tak w przyszłym roku będzie się liczył na 19,6 mln dolarów przeciwko czapce Cowboys.

 

Tony Romo w Hall of Fame?

Tony Romo był jednym z tych bardzo dobrych zawodników, których odejście wywołuje gorącą dyskusję na temat jego wyboru do Galerii Sław NFL. Przez wiele lat w pobliżu szczytu na najtrudniejszej pozycji w sporcie. Dyskusje są tym gorętsze, że tak Romo, jak Dallas Cowboys mają równie wielu oddanych fanów co zgorzałych hejterów.

Jednak mimo całej klasy Tony’ego Romo Hall of Fame byłaby przesadą. „Hall of Very Good” to tak, ale nie Canton i futbolowa nieśmiertelność. Statystycznie był na poziomie Brady’ego i Manninga, ale nigdy nie dominował tak jak oni. Cztery razy był w Pro Bowl, tylko raz w All-Pro i to w drugiej drużynie. Nigdy nie otrzymał głosów podczas wyboru MVP.

Przez dwanaście sezonów wygrał dwa mecze w playoffach i nigdy nie grał nawet w NFC Championship Game. Ocenianie quarterbacka przez pryzmat wyników zespołu może być nieuczciwe, ale i tak wszyscy to robimy.

Pro Football Reference oblicza wskaźnik „Approximate Value„, który próbuje zmierzyć liczbowo wartość zawodnika przez całą karierę. Sumaryczny wskaźnik Romo sytuuje go dopiero w trzeciej setce zawodników w historii, poniżej np. Vince’a Wilforka. Jeśli weźmiemy wskaźnik ważony, który uśrednia wskaźnik dla graczy z dłuższą i krótszą karierą, Romo wskakuje do drugiej setki, ale pod koniec.

NFL potrzeba rozgrywających klasy Tony’ego Romo i jego odejście jest sporą stratą. Jednak mówienie, że odszedł Hall of Famer to przesada.

 

P.S. Jeśli Ci się podobało, będę wdzięczny za lajka albo retweeta

 

Zdjęcie Tony’ego Romo przed Pro Bowl 2008 z domeny publicznej

NFL: Rok przeprowadzek

W poniedziałek właściciele klubów NFL niemal jednogłośnie zaaprobowali przenosiny Raiders z Oakland do Las Vegas. Po dwudziestu latach spokoju aż trzy drużyny NFL zmieniły siedziby w ciągu ostatniego roku. Jednak same przenosiny nie są niczym dziwnym w ligowej historii.

 

Las Vegas Raiders

Nowy stadion w Las VegasPrzenosiny klubu NFL do Las Vegas oznaczają początek nowej epoki. Bardzo długo liga odżegnywała się od wszystkiego co ma związek z hazardem, obawiając się naruszenia „integralności gry”. Jeszcze dwa lata temu Tony Romo został zmuszony do odwołania swojego wystąpienia na konwencie fantasy futbolu, bo odbywał się on w hotelu mieszczącym również kasyno.

Jednak czasy się zmieniają. Robert Kraft, właściciel New England Patriots, zainwestował w DraftKins, serwis „dziennego fantasy” (ang. daily fantasy), czyli obstawianie sportu pod pozorem fantasy. DraftKings zawarło również oficjalne porozumienia z MLB (baseball) i NHL (hokej). Ich konkurenci z FanDuel są partnerami NBA oraz piętnastu klubów NFL. Co więcej obie firmy zawarły w listopadzie 2016 r. umowę o połączeniu, które ma zostać przeprowadzone pod koniec tego roku. Większość zakładów bukmacherskich Amerykanie zawierają przez internet i lokalizacja klubu w Las Vegas przestała być problemem pod kątem hazardu.

Szlaki przecierać będzie NHL, które już w tym roku wystawi w Las Vegas nową drużynę – Vegas Golden Knights. Swoje pierwsze mecze rozegrają jesienią tego roku.

Tymczasem Raiders pojawią się w Nevadzie najwcześniej w sezonie 2019, kiedy kończy się ich umowa na wynajem obecnego stadionu. Dwa kolejne lata spędzą w Oakland pod starą nazwą. Nowy stadion w Las Vegas, wart 1,9 mld dolarów, ma powstać w 2020 r., w sezonie 2019 mogą grać na jakimś tymczasowym stadionie.

Dlaczego Raiders wynoszą się z Oakland? Od kilku lat klub usiłuje się porozumieć z miastem w sprawie budowy nowego stadionu, który ma zastąpić legendarne, ale wysłużone Koloseum. Jednak władze Oakland nie są zbyt chętne, bo dofinansowywać miliardowy przemysł publicznymi pieniędzmi i trudno się dziwić. W efekcie Raiders flirtowali z innymi miastami. Mówiło się o Los Angeles (za chwilę do tego wrócę), San Antonio, ale ostatecznie wygrała oferta Las Vegas.

Na nowy stadion 0,5 mld dolarów wyłoży klub, a 0,75 mld stan Nevada. Brakującą kwotę 0,65 mld dolarów miał zapewnić Sheldon Adelson, jeden z najbogatszych biznesmenów w Las Vegas z majątkiem szacowanym na ponad 32 mld dolarów. Adelson wycofał się z projektu, ale jego część wkładu pokryje Bank of America. W przeciwieństwie do wielu projektów tego typu stadion ma szansę być zyskownym projektem, bo akurat w Vegas nie brak innych imprez, które można by zorganizować w takim obiekcie, gdy nie gra NFL.

Raiders to jedna z nielicznych w NFL marek ogólnoamerykańskich. Mają swoich kibiców w każdym stanie, a dodatkowo w Vegas można liczyć na kibiców gości. Jeśli chcesz pojechać na wyjazdowy mecz swojej drużyny, to czemu nie do Vegas? Tyle że samo Vegas nie ma aż tak wielu stałych mieszkańców. To dopiero 40. co do wielkości rynek medialny w USA. Kto wykupi karnety i loże na mecze Raiders? Czy kibice będą skłonni podróżować co dwa tygodnie z Kalifornii? W Oakland na każdym meczu stawiał się komplet głośnych, fanatycznych kibiców, nawet gdy drużyna dołowała.

 

Hollywood i NFL

Ostatnie lata NFL spędziła próbując powrócić na drugi największy rynek medialny USA (po nowojorskim), czyli do Los Angeles. Historia NFL w Los Angeles to dość burzliwe dzieje. W 1982 r. do tego miasta przybyła drużyna Raiders, która uciekła z Oakland. W tym celu ś.p. Al Davis wytoczył antymonopolowy proces NFL. Już w 1983 r. Raiders wygrali Super Bowl, które do dziś pozostaje jedynym mistrzostwem połączonej NFL w historii Los Angeles.

Raiders nie byli pierwsi. Od 1951 r. w LA grali Rams, jednak bez wielkich sukcesów. Jedynie w 1951 r., pierwszym w Kalifornii, zdobyli mistrzostwo NFL, ale w lidze grało wtedy zaledwie 12 drużyn.

Przed sezonem 1995 obie drużyny z LA postanowiły opuścić miasto wobec braku nowego stadionu. Raiders wrócili do Oakland, Rams przenieśli się do St. Louis. W stanie Missouri Rams zajęli miejsce zwolnione przez Cardinals, którzy w 1988 r. przeprowadzili się do Phoenix. Jako St. Louis Rams wygrali Super Bowl w 1999 r., a w 2001 r. przegrali w finale z Patriots.

NFL wciąż chciało powrócić do Los Angeles, jednak po przenosinach obu klubów z LA, zamieszaniu przy powstaniu Ravens i przeprowadzce Oilers z Houston do Nashville (dziś Tennessee Titans) w 1997 r. przez niemal 20 lat żaden z klubów formalnie nie zmienił adresu.

Przed sezonem 2016 pojawiło się aż trzech kandydatów do gry w Los Angeles: Chargers oraz ponownie Rams i Raiders. Początkowo największe szanse mieli Chargers, ale ostatecznie prawo do relokacji otrzymali Rams. Właścicieli NFL przekonał fantastyczny projekt Stana Kroenke, właściciela Rams, który w Inglewood (przedmieścia LA) chce postawić potężny stadion z centrum biznesowym, konferencyjnym, rozrywkowym i wszystkim czego dusza zapragnie za 2,7 mld dolarów. Obiekt ma być gotowy na sezon 2019.

Rams już poprzedni sezon zagrali w Los Angeles. Nie okazał się on sukcesem. Co prawda celebryci przyszli zrobić selfie na nowym stadionie i wrzucić fotki na Instagrama, ale fani nie dopisali. Trudno się dziwić, bo Rams nie są ostatnio atrakcyjnym produktem, choć może się to zmieni po zwolnieniu Jeffa Fishera z posady trenera.

Chargers i Raiders jako nagrodę pocieszenia dostali możliwość dołączenia do Rams w Los Angeles po sezonie 2016. Najpierw decyzję mieli podjąć Charges, dopiero po odrzuceniu przez nich tej opcji do LA mogli dołączyć Raiders.

Chargers już oficjalnie przenieśli się do LA. Pozostawiają za sobą inną aktywną i wierną grupę fanów. Przychodzą do miasta, które ich nie znosi, na 22-tysięczny stadion na dwa lata, a od 2019 r. będą gośćmi we własnym domu, bo właścicielem obiektu w Iglewood pozostaje Kroenke.

Pozostawieni na lodzie Raiders szukali nowego domu i znaleźli go w Las Vegas. Trzy przenosiny w ciągu roku to sporo, ale w latach 1995-97 przeniosły się cztery ekipy, a w latach 1982-88 trzy.

Zapewne po fali zmian będziemy mieli spokój na kilka lat, przynajmniej dopóki inne drużyny nie uznają, że ciasno im w starych stadionach i potrzebują publicznych pieniędzy. Ameryka nie jest już tak skłonna dofinansowywać miliarderów jak kilkanaście lat temu.

PLFA: Topliga zaczyna sezon 2017

Najwyższa klasa rozgrywek futbolu amerykańskiego w Polsce w weekend rozpoczyna dwunasty sezon w swojej historii. Sezon, który zwieńczą World Games, w którym polski reprezentant znów zagra w europejskich pucharach i w którym zobaczymy duże zmiany regulaminowe. Niestety na boisku znów zmierzy się tylko siedem ekip o bardzo zróżnicowanym poziomie.

 

Ograniczenia importów

Panthers Wrocław - Seahawks Gdynia, X Superfinał PLFADo tej pory w PLFA na wszystkich poziomach można było zgłaszać dowolną liczbę graczy spoza Polski, ale jednocześnie na boisku mogło przebywać tylko dwóch. To sprawiło, że standardem w Toplidze i w bogatszych klubach niższych lig stali się czterej Amerykanie w składzie, po dwóch w formacji defensywnej i ofensywnej. W ataku nader często byli to QB i RB, co spowalniało rozwój polskich graczy na tych pozycjach.

Od sezonu 2017 w składzie drużyn będzie mogło być najwyżej trzech obcokrajowców (importów), tylko dwóch można zgłosić do meczu, a na boisku może jednocześnie przebywać tylko jeden. Od przyszłego sezonu będzie obowiązywała zasada „dwóch w składzie, jeden na boisku”, a w PLFA II ma w ogóle nie być importów.

W efekcie większość drużyn w Toplidze będzie miała w składzie tylko dwóch Amerykanów. Wyjątkiem są obie ekipy z Wrocławia, które mają po trzech importów. Czemu akurat te dwie wyjaśnię za chwilę.

Ograniczenie importów na pewno wpłynie korzystnie na polskich graczy, którzy dostaną więcej minut, choć i tak pierwszymi rozgrywającymi w Toplidze będzie tylko dwóch Polaków: Karol Żak (Warsaw Eagles) i Mariusz Górecki (Wrocław Outlaws). Sporo snapów powinien też dostać Bartosz Dziedzic (Panthers Wrocław).

Ograniczenie liczby importów będzie też ułatwieniem finansowym dla klubów, zwłaszcza tych z niższych lig. Każdy dodatkowy import to koszty, teraz część tych pieniędzy będzie można wydać na inne potrzeby.

Paradoksalnie jednak nowy przepis zaszkodzi bardziej średniakom, niż tym najlepszym. Panthers nie potrzebują czterech importów, tymczasem np. w barwach Lowlanders Jabari Harris i R.J. Long stanowili o sile ofensywy. Czy Tomasz Zubrycki i Bartłomiej Trubaj będą w stanie zastąpić „produkcję” Longa?

 

World Games i rozgrywki międzynarodowe

Tegoroczny sezon Topligowy skończy się bardzo wcześnie, bo już 24 czerwca spotykamy się na XII Superfinale. Powód jest oczywisty: reprezentacja Polski potrzebuje czasu, by przygotować się do turnieju w ramach World Games 2017 we Wrocławiu.

Przyznam, że mam mieszane uczucia co do World Games. Cieszę się, że reprezentacja Polski zmierzy się z silnymi rywalami na pięknym, odremontowanym Stadionie Olimpijskim. Na pewno będzie to fantastyczna okazja do promocji futbolu amerykańskiego wśród laików.

Z drugiej strony we Wrocławiu zagrają tylko cztery drużyny w formule przypominającej raczej Final Four. Szkoda, że nie udało się zebrać choć ośmiu ekip i zagrać jeszcze jednej rundy, ale wiadomo, koszty.

Po ubiegłorocznej wygranej Panthers Wrocław w Lidze Mistrzów IFAF długo wydawało się, że w tym sezonie mistrzowie Polski pograją w Europie tylko towarzysko. Niestety tak europejskie puchary, jak i wszystkie rozgrywki międzynarodowe znajdują się od dwóch lat w stanie permanentnego chaosu, bo zamiast jednej IFAF (Międzynarodowej Federacji Futbolu Amerykańskiego) mamy dwie konkurujące organizacje po rozłamie, do jakiego doszło wśród działaczy. Zaczęło się od odwołania mistrzostw świata 2015 w Szwecji, a potem każda z konkurencyjnych frakcji zorganizowała własny „jedyny legalny” kongres i wybrała swoje władze.

Wróćmy jednak do Panter i europejskich pucharów. W ostatniej chwili okazało się, że mistrzowie Polski zagrają w CEFL (Central European Football League). W konferencji zachodniej ich rywalami będą znani z zeszłego roku Triangle Razorbacks oraz wysoko notowana ekipa z Austrii Swarco Tirol Raiders. Austriacy to lepsza ekipa niż jakakolwiek z zeszłorocznej IFAF Champions League. 22 kwietnia przyjeżdżają do Wrocławia i warto sobie zarezerwować ten dzień na wizytę w stolicy Dolnego Śląska, bo do kapitalnego futbolu dojdzie jeszcze oficjalne otwarcie Stadionu Olimpijskiego po remoncie.

@pantherswroclaw making an argument for best football stadium in Europe!! That turf 😍

Opublikowany przez The Podyum na 16 marca 2017

 

Czy ktoś zagrozi Panthers Wrocław?

Pantery to w Polsce najwyższa klasa sportowa i organizacyjna. W zeszłym roku byli absolutnie bezkonkurencyjni. Pięć na sześć spotkań sezonu zasadniczego wygrali w mercy rule (+35 punktów), a w Superfinale odprawili Seahawks różnicą 43 punktów.

W tym sezonie powinni być jeszcze mocniejsi. Jak co roku do składu A dołączyło kilku młodszych graczy, ogrywających się do tej pory w drużynie B i w juniorach. Z Warsaw Eagles przyszli bracia Kłoskowscy, z Australii wrócił Hubert Ogrodowczyk, a z Outlaws dołączyli liniowi Jacek Wszół, Karol Styczyński i Dariusz Poźniak. Jadnak największym krajowym wzmocnieniem powinien być Adam Nelip, w zeszłym sezonie gwiazdor Gliwice Lions. Będzie miał niełatwe zadanie zastąpienia na skrzydle Tomasza Dziedzica, który postanowił wziąć rozbrat z futbolem. Z obcokrajowców w Panthers pozostają znani z ubiegłych lat Deante Battle i Ricky Stevens. Nowym rozgrywającym będzie Tim Morovick, który ubiegły sezon spędził w Niemczech. Zapewne skończy się to podobnie do ubiegłego roku, czyli Bartek Dziedzic będzie grał w większości meczów ligowych, a Morovick w playoffach i europejskich pucharach.

Z Panterami pożegnał się również defensywny MVP XI Superfinału Adrian Brudny, który dołączył do mistrza Niemiec New Yorkers Lions. Na Górny Śląsk (do Falcons) wrócił Zbigniew Szrejber.

Ostatni „ubytek”, o którym chciałem napisać kilka słów, to Dawid Tarczyński, który po kolejnej kontuzji kolana postanowił zakończyć bogatą karierę i skupić się wyłącznie na pracy w zarządzie Panthers. Tarczyński to jeden z pionierów futbolu w Polsce, którzy powoli kończą kariery, robiąc miejsce młodym zawodnikom. Dawid to człowiek ogromnie zasłużony nie tylko na polu sportowym, ale też, a może przede wszystkim, organizacyjnym. Dla nikogo nie jest tajemnicą jak ważne jest dla Panthers i polskiego futbolu w ogóle wsparcie finansowe firmy Tarczyński S.A. Dzięki, Dawid i powodzenia w dalszej pracy zawodowej i czekających cię wyzwaniach rodzinnych ;)

Od kilku lat jedynym godnym rywalem dla Panter są Seahawks Gdynia. Gdynianie nie wzmocnili się jakoś spektakularnie, ale wiadomo, że ich największym atutem jest Maciej Cetnerowski i jego sztab trenerski. W ich barwach zobaczymy nowy duet Amerykanów: Grant DePalma jako LB i Alexander McKean na rozegraniu. Polski skład wzmocnili m.in. OL Marcin Falkowski z Husarii, DB Dawid Czarnecki z Kozłów oraz RB Szymon Syposz z Hammers. Dodatkowo w struktury klubu oficjalnie zostali włączeni Seahawks Sopot jako drużyna B (wcześniej byli „klubem stowarzyszonym”).

Kto będzie trzecią siłą? Niestety od lat coraz słabiej spisują się Warsaw Eagles. To doświadczona drużyna, która rokrocznie stawia twardy opór faworytom, ale od kilku lat nie należy do ścisłej czołówki. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że ogromna ilość klubów w Warszawie i okolicach uniemożliwia stworzenie jednej silnej ekipy walczącej o najwyższe cele. W tym roku Orły mogą wręcz, po raz pierwszy w historii, wypaść poza czołową czwórkę.

Przez dwa ostatnie lata trzecią siłę stanowili Lowlanders Białystok. Rok temu byli o jedną serię od sensacyjnego awansu do Superfinału. Czy zdołają utrzymać dobrą passę? Pożegnali się w kiepskim stylu z MVP 2016 Jabari Harrisem. Nie zamierzam tu rozstrzygać czy winny był gracz czy klub (pranie brudów odbywało się publicznie, więc możecie sobie wyrobić własne zdanie na ten temat), ale brak Harrisa i R.J. Longa stawia pod znakiem zapytania formę ofensywy Ludzi z Nizin. Klub wciąż nie ogłosił oficjalnie nazwiska nowego rozgrywającego (przynajmniej nic takiego nie znalazłem). W Białymstoku jest sporo bardzo dobrych graczy, na czele ze wspomnianymi Zubryckim i Trubajem. Do defensywy dołączył Mateusz Szczęk z Sharks, jeden z czołowych polskich liniowych. Jednak ogólnie spodziewam się regresu ekipy z Białegostoku po dwóch świetnych sezonach.

Ostatnimi z topligowych „weteranów” są Husarze ze Szczecina. Wzmocnili się dwoma importami. Na QB zagra Martay Mattox-Hall, a jako LB Rashad Baker. Po rocznej przerwie do drużyny wraca doświadczony DB Marcin Kaim. Za to z przyczyn prywatnych nie zobaczymy na boiskach Przemysława Adamusa i Piotra Kaczmarczyka. Być może jakieś nieoszlifowane diamenty kryją się wśród zawodników z naboru oraz drużyny juniorskiej, ale raczej trudno oczekiwać znaczącego progresu w przypadku ekipy z Zachodniopomorskiego. Nowym szkoleniowcem będzie Terry Bates.

Na koniec dwóch beniaminków. Tymi, którzy budzą największe emocje są oczywiście Tychy Falcons, którzy w świetnym stylu wygrali rok temu PLFA I. Jesienią również nie próżnowali, ściągając do klubu kilkunastu doświadczonych zawodników z regionu, w tym tych, którzy po kryzysie Steelers i Rebels rozjechali się po Polsce. Bracia Sikora, Michał Krzelowski, Zbigniew Szrejber, Tomasz Kamiński to tylko kilka nowych nazwisk w składzie Sokołów. Tychy zmontowały najlepszą personalnie ekipę w historii Górnego Śląska, pytanie czy poskładają to na tyle, by przejąć rolę trzeciej siły w krajowym futbolu. Ambicje są ogromne, ale Lowlanders i Eagles tanio skóry nie sprzedadzą.

I wreszcie drużyna, która ma być tegorocznym outsiderem, czyli Outlaws Wrocław. Po trzech sezonach przerwy znów będziemy mieli derby Wrocławia w najwyższej klasie rozgrywkowej (dokładnie 8 kwietnia). Nie należy się spodziewać podobnych emocji co na spotkaniach Devils-Giants, bo różnica potencjału obu klubów jest ogromna, ale Banici zapowiadają, że tanio skóry nie sprzedadzą. Z drużyną pożegnał się dotychczasowy HC Krzysztof Wydrowski, którego skusiła posada we front office Panthers, a jego śladem poszli wspomniani wyżej liniowi. Sporym osłabieniem będzie również brak LB Tomasza Markiewicza, który zawiesił buty na kołku.

W barwach Outlaws trzeci rok z rzędu zobaczymy centra Johna Van Vlieta, który pełni również funkcję koordynatora obu linii. Koordynatorem defensywy i graczem z pozycji DB będzie Ernest Hall. Do rozgrywek zgłoszony został też Palmer Foster (jako LB), ale on przede wszystkim ma pełnić funkcję głównego trenera. Outlaws w dwa lata awansowali z PLFA II do Topligi, ale w tym roku powalczą raczej o utrzymanie. Warto zwrócić uwagę na QB Mariusza Góreckiego i DE Wojciecha Stolarczyka (#kadraczeka), którzy po raz pierwszy będą mieli okazję zaprezentować się na najwyższym poziomie rozgrywek.

 

System rozgrywek

W tym roku znów mamy siedem ekip, bo do spadkowicza sportowego, czyli Kozłów Poznań, dołączył spadkowicz organizacyjny, czyli Warsaw Sharks. Nie udało się dokooptować ósmej ekipy (mówiło się o Dukes albo Lions, ale żadna z tych drużyn nie czuła się gotowa do rywalizacji w Toplidze).

W efekcie po sezonie zasadniczym, gdy drużyny zagrają każdy z każdym po razie (sześć spotkań), odpadnie najsłabsza drużyna, która zmierzy się w barażach o utrzymanie z wicemistrzem PLFA I. Drużyny z miejsc 3-6 zagrają w rundzie dzikich kart o miejsce w półfinale. Z kolei ekipy z miejsc 1-2 zagrają między sobą o rozstawienie z „jedynką” przed playoffami. Ten ostatni mecz to trochę sztuka dla sztuki, ale w sumie system jest dość sprawiedliwy i pozwoli na sprawne przeprowadzenie sezonu z odpowiednią liczbą meczów.

 

Zapraszam na stadiony!

 

P.S. O poszczególnych meczach raczej nie będzie za wiele na blogu, częściej będę pisał na fanpage’u, więc zachęcam do polubienia.

NFL: Początek free agency w cieniu transferu Osweielera

W pierwszym dniu free agency jak zwykle dużo się działo. Z rynku zeszła większość cenionych ofensywnych liniowych. Sypie się defensywa Ariozony i o-line Bengals. Redskins wracają do swoich dawnych, dysfunkcyjnych nawyków. Jednak największą sensacją była wymiana między Browns i Texans, która może stać się precedensem.

 

O co chodzi w wymianie za Osweilera

Brock OsweilerNajpierw przypomnijmy warunki. Do Cleveland trafia kontrakt Brocka Osweilera (dlaczego nie sam Osweiler napiszę za chwilę) wart 16 mln w pełni gwarantowanych dolarów. Dodatkowo pick w szóstej rundzie tegorocznego draftu (#188) i drugiej rundzie przyszłorocznego (nie tegorocznego, jak mówiły niektóre pierwsze raporty). W zamian Texans otrzymują pick w czwartej rundzie tegorocznego draftu (#142).

Browns desperacko potrzebują QB, ale nie aż tak, żeby sięgać po Osweilera i jego katastrofalny kontrakt. Tak naprawdę to Texans pozbywają się fatalnego kontraktu, czyszczą 10 mln pod salary cap, a w zamian oddają pick w drugiej rundzie. Cleveland mają masę wolnego miejsca pod czapką, więc te 16 mln nie stanowi dla nich problemu. Wymiana, którą Bill Barnwell z ESPN sugerował już w grudniu doszła do skutku.

Do tej pory nie mieliśmy tak jawnego zrzucenia złego kontraktu w NFL, choć w NBA i MLB to dość częste. Pytanie czy NFL nie zawetuje tej transakcji, ale podejrzewam, że oba kluby pozyskały wcześniej nieoficjalną aprobatę ligi. W NFL nie ma możliwości wymian „zawodnik za kasę”, czyli znanego z piłki nożnej kupowania zawodników. Teoretycznie nie można też przeprowadzać wymian, które są ewidentnie nieuczciwe. Dla przykładu nie wymienicie tak po prostu #50 na #60 w tegorocznym drafcie. Właśnie dlatego ta druga runda jest przyszłoroczna. Co roku zdarzają się wymiany „dajcie nam tegoroczną trzecią, my wam damy przyszłoroczną drugą”.

Można się tylko zastanowić czy sprzeciw ligi nie spowodował tak niskiej w gruncie rzeczy kompensacji. Zakładając, że Texans będę gdzieś w środku stawki i uwzględniając różnice między wymienionymi wyborami z 2017, Browns kupili netto wybór ok. #60 za 16 mln. To gotówka, którą właściciel będzie musiał wyjąć z kieszeni, nie możemy patrzeć tylko pod kątem salary cap.

Czy ta wymiana stanie się precedensem, który ułatwi takie „zrzucanie pensji”? Raczej nie. Aż tak fatalne kontrakty są rzadkie w NFL, poza tym te najgorsze są obciążone nie gwarantowaną pensją, a bonusami, które i tak uderzają w czapkę sprzedających. W przypadku Osweilera problemem była w pełni gwarantowana pensja na 2017. Dopóki kontrakty w NFL nie będą w pełni gwarantowane (jak w NBA czy MLB), nie będzie więcej takich wymian.

Co dalej z Osweilerem? Browns pewnie będą próbowali go opchnąć jakiejś drużynie potrzebującej QB za niski pick. Na zasadzie „weźmiemy na siebie część pensji w postaci konwertowania jej na bonus, a wy dostaniecie backupa za 4-6 mln na ten rok”. Jeśli się nie uda, pewnie go zwolnią. Dla drużyny z powalającą liczbą picków w drafcie miejsce w 53-osobowym składzie jest cenniejsze niż 16 mln.

To nie koniec ruchów Browns. Widząc ostatnie historie sukcesu (Dallas, Oakland) postanowili zainwestować w o-line. Uczynili Kevina Zeitlera najlepiej opłacanym OG w lidze (60 mln/5 lat/31,5 mln gwar.). Podpisali swojego LG Joela Bitonio (51,2 mln/6 lat/23,7 mln gwar.). Pozyskali bardzo tanio JC Trettera (16,75 mln/3 lata/10 mln gwar.), który jest bardzo wszechstronny i może grać na wszystkich pięciu pozycjach o-lne (choć najlepszy jest na trzech wewnętrznych).

Budowa o-line i gromadzenie wyborów to najlepsza metoda na stworzenie silnej drużyny w NFL. Draft to w zasadzie loteria, bo żadna drużyna nie ocenia talentu lepiej niż inna w długiej perspektywie. A najlepszym sposobem na wygraną w loterii jest kupienie jak największej ilości losów, co Browns robią. Oczywiście nie gwarantuje to wygranej, ale w tym biznesie gwarancji nie ma. W Cleveland na razie maksymalizują szanse.

 

Entliczek, pętliczek, co zrobi Belichick?

Bill Belichick nie tylko jest najlepszym trenerem w NFL, ale i jednym z najbardziej cwanych GM-ów w lidze. Dlatego warto z uwagą śledzić ruchy kadrowe Patriots, bo często można tam z wyprzedzeniem zaobserwować różne trendy (np. dwóch TE na początku dekady).

Zaczęło się od… powtórki z zeszłego roku. Patriots pozyskali TE i wybór w szóstej rundzie za wybór w czwartej rundzie. W zeszłym roku był to Martellus Bennett z Bears, w tym roku jest to Dwayne Allen z Colts, który zastąpi Bennetta. Allen to świetny bloker i duże zagrożenie w red zone, ale ostatnie lata to pasmo kontuzji, więc teoretycznie jest to zmiana na minus jeśli chodzi o klasę zawodnika, choć na plus jeśli chodzi o finanse. W praktyce zobaczymy co wyjdzie. Dwa lata temu Scott Chandler z Buffalo okazał się nieudanym eksperymentem.

Ciekawie dzieje się również w secondary. Do Tennessee odejdzie Logan Ryan, który dostanie tam 30 mln w 3 lata. Zastąpi go Stephon Gilmore z Bills, który, według doniesień medialnych, dostanie 65 mln w pięć lat z 40 mln gwarancji. Mocno wątpię w te medialne 40 mln, bo Belichick nie tak robi biznes. Część z tego to będą zapewne gwarancje typu „jeśli będzie w składzie na początku sezonu 2019”. Niemniej to i tak bardzo wysoki kontrakt jak na gracza tej klasy.

To sprawia, że coraz bardziej niejasna staje się przyszłość Malcolma Butlera, bohatera Super Bowl 2015. Butler został zastrzeżonym wolnym agentem na poziomie pierwszej rundy. Co to znaczy? Może podpisać roczny kontrakt z Patriots na w pełni gwarantowane 3,91 mln. Może też negocjować długoterminową umowę z innym klubem, ale NE mają prawo wyrównać złożoną ofertę. Jeśli nie wyrównają, nowy klub Butlera odda im wybór z pierwszej rundy. Jak na razie Butler nie podpisał swojego zastrzeżenia. Krążą plotki, jakoby miał być wymieniony na WR Brandina Cooksa z Saints. Ma prawo domagać się wyższej umowy niż Gilmore, bo jest lepszym zawodnikiem, ale czy Pats będą gotowi płacić dwóm CB więcej niż Robowi Gronkowskiemu czy Tomowi Bradyemu?

 

Karuzela rozgrywających

Osweiler to nie jedyny rozgrywający, który zmienia barwy klubowe. Plotki głoszą, że Browns chcą spakować część swoich wyborów i posłać je do Nowej Anglii za Jimmiego Garoppolo. Wiele na to wskazuje (patrz niżej), ale konkretów póki co brak.

Tyrod Taylor jednak zostaje w Buffalo. Quarterback i klub renegocjowali umowę. Kontrakt został skrócony do dwóch lat i 30,5 mln.

Bears oficjalnie zwolnili Jaya Cutlera. Jego miejsce zajmie Mike Glennon. Nieudany rozgrywający Tampy zainkasuje 45 mln/3 lata/18,5 mln gwar.

W San Francisco jeszcze wczoraj nie mieli QB, dziś mają. Brian Hoyer (12 mln/2 lata) może nie wywoła przyjemnego mrowienia u fanów Niners, ale to jeden z najlepszych dostępnych backupów.

Tony Romo wciąż nie jest oficjalnie zwolniony, czyżby kroiła się jakaś wymiana?

 

Free agency w skrócie:

1. W stolicy obowiązuje zasada „ratuj się kto może”. Z posadą pożegnał się GM Scot McCloughan, który rzekomo ma problemy z alkoholem. Tylko czemu zwolniono go pierwszego dnia free agency, a nie po sezonie? DeSean Jackson czmychnął do Tampy (35 mln/3 lata/20 mln gwar.), Pierre Garcon wolał nawet San Francisco (47,5 mln/5 lat/17 mln gwar.), a Kirk Cousins oficjalnie zażądał transferu. Redskins jak zwykle strzelają sobie w stopę.

2. Poza Kevinem Zeitlerem z o-line Bengals odchodzi również Andrew Whitworth (36 mln/3 lata/15 mln gwar. w LA Rams). Wygląda na to, że Andy Dalton będzie znacznie częściej zbierał się z murawy niż w ostatnich latach.

3. Arizona Cardinals nie oszczędzali na Chandlerze Jonesie. 83 mln w 5 lat i zdumiewające 53 mln gwarancji. jednak poza tym defensywa im się sypie. Calais Campbell, jeden z najlepszych d-linemanów w NFL trafi do Jacksonville (60 mln/4 lata/30 mln gwar.), a Safety Thomas Jefferson przenosi się do Balltimore (36 mln/4 lata/14 mln gwar.).

4. W Jacksonville wzmacniają i tak niezłą defensywę. Poza Campbellem do drużyny dołączą najlepszy dostępny CB AJ Bouye (67,5 mln/5 lat/26 mln gwar.) oraz safety Barry Church (ok. 6 mln za rok). Teraz jeszcze trzeba naprawić dysfunkcjonalną ofensywę.

5. Z rynku szybko schodzą liniowi. O zbrojeniach Browns przeczytacie wyżej. Russell Okung dostał 53 mln/4 lata/25 mln gwar. od LA Chargers. Larry Warford dogadał się z Saints, Ricky Wagner z Lions, a Riley Reiff z Vikings choć warunków nie znamy. Nawet Matt Kalil znalazł szybko nową pacę. Dołączy do brata w Panthers. O kontrakcie na 55 mln/5 lat/25 mln gwar. po ostatnich fatalnych sezonach to chyba jego agent nawet nie śnił.

6. Wiele wskazuje na to, że NFC East będzie strefą wysokich lotów. Do New York Giants dołączył Brandon Marshall. 12 mln/2 lata to okazja za gracza tej klasy, zakładając, że nie rozwali im szatni. Z kolei w Eagles dokupili cele do podań dla Carsona Wentza. Alshon Jeffery przyszedł na roczny kontrakt w wysokości 14 mln dolarów, w praktyce quasi franchise tag.  Z kolei Torrey Smith dostał 15 mln/3 lata, ale sezony 2018 i 2019 to opcje klubu, z których mogą bez konsekwencji nie skorzystać.

7. Ted Thompson i Green Bay Packers odnieśli sporo sukcesów z filozofią „nie przepłacamy za obcych, wychowujemy swoich”. Tyle że znów wypuścili dobrego, wszechstronnego DB. Micah Hyde w Buffalo dostanie 30 mln/5 lat/14 mln gwar. i powinien być dla nich podobną okazją jak Casey Hayward przed rokiem dla Chargers. Za to Thompson postanowił zatrzymać Nicka Perry’ego, który zawodził cztery lata, zagrał dobry sezon i dostał 59 mln/5 lat/18,5 mln gwar.

Zdjęcie Brocka Osweilera: Jeffrey Beall, na licencji CC BY 4.0

 

NFL: Czeka nas pasjonująca free agency

Wielkie nazwiska, wielkie pieniądze, wielkie nadzieje. Początek free agency to jeden z najbardziej emocjonujących momentów offseason w NFL. Jednak tegoroczna, startująca 9 marca o 16.00 czasu nowojorskiego (22.00 czasu warszawskiego) zapowiada się jeszcze ciekawiej. I to z kilku powodów.

 

Zaczyna się nowy okres rozliczeniowy według CBA

CBA (ang. Collective Barganing Agreement, układ zbiorowy pracy) to porozumienie między ligą, reprezentującą właścicieli klubów, a NFLPA, czyli związkiem zawodowym graczy NFL. Ustala szczegółowo relacje między zawodnikami i klubami, w tym salary cap. Poza maksymalnym limitem wydatków ustanawia również limit minimalny. Wynosi on 89% salary cap z danego okresu wypłaconego w gotówce. Nowy i ostatni okres rozliczeniowy potrwa w latach 2017-2020.

Co oznacza formuła „89% salary cap z danego okresu wypłaconego w gotówce”? Co najważniejsze, nie chodzi to o zużyte salary cap, a o dolary, które faktycznie trafią na konta zawodników. Jeśli więc klub podpisał kontrakt w 2016 r. na cztery lata z 20 mln signing bonus, to ani jeden dolar nie zostanie zaliczony do wydatków z lat 2017-2020, choć uderzenie w czapkę w tym okresie wyniesie w sumie 15 mln. I odwrotnie, w umowie podpisanej w roku 2020 całość signing bonus wejdzie do okresu 2017-2020, choć nie cały cap hit zostanie w tym czasie wchłonięty.

Co to oznacza w praktyce? W poprzednim okresie rozliczeniowym wszystkie kluby znalazły się nad progiem z dużą łatwością. W efekcie w poprzednim offseason mieliśmy dużo umów, w których część płatności była przesunięta na 2017 r., czy to w formie „drugiej raty”, czy „roster bonusu”, czy „option bonusu” czy innych konstrukcji. To m.in. było podłożem konfliktu Joeya Bosy, #3 draftu 2016 z San Diego Chargers. Bosa nie chciał się zgodzić na wypłatę części signing bonusu w 2017 r.

Teraz możemy spodziewać się wysokich wypłat na początku kontraktu, zwłaszcza w formie roster bonusów. Pasuje to obu stronom. Zawodnicy dostają z góry pieniądze, których nie muszą oddawać po zwolnieniu. Z kolei właściciele mogą dzięki temu wejść szybciej ponad minimalny poziom wydatków, co daje im większe pole manewru w kolejnych latach, zwłaszcza jeśli salary cap przestanie tak szybko rosnąć, co nie jest wykluczone.

 

Mamy masę wolnych dolarów pod salary cap

Jeszcze nigdy nie było w lidze tak wielu wolnych pieniędzy. Na dzień pisania artykułu kluby w lidze mogły pochwalić się 1,164 miliarda dolarów wolnego miejsca pod salary cap (za Overthecap.com) i to tylko w sezonie 2017! Jeszcze w 2012 r. salary cap wynosiło 120,6 mln dolarów, dziś sami Cleveland Browns mają 102,5 mln dolarów do wydania. Sezon 2017 będzie czwartym z rzędu, gdzie salary cap rośnie o 10 mln dolarów lub więcej.

Ponad połowa drużyn ma ponad 30 mln pod salary cap. Osiem drużyn ma ponad 50 mln. Aktualni mistrzowie NFL, New England Patriots, mają prawie 62 mln. To oznacza, że więcej drużyn niż zwykle będzie mogło zawalczyć o najcenniejszych wolnych agentów na rynku, a weterani mogą liczyć na tłuste umowy, zwłaszcza że na coś trzeba wydać te pieniądze zagwarantowane zawodnikom w CBA.

Eric Berry i Antonio Brown już stali się najlepiej opłacanymi w historii graczami na swoich pozycjach, a free agency jeszcze nie ruszyło.

 

Nierównomierny draft

Amerykańscy fachowcy od draftu zgodnie twierdzą, że tegoroczny jest mocno nierówny. Powszechnie mówi się, że draft jest bardzo głęboki na pozycjach CB i WR, natomiast bardzo słaby w linii ofensywnej. Oczywiście skauci mylą się regularnie i spektakularnie, ale to powszechne postrzeganie draftu będzie miało swoje odbicie podczas free agency. Zadowoleni powinni być zwłaszcza liniowi.

Wiele drużyn w NFL cierpi na niedobór klasowych liniowych. Jednocześnie, jak pokazały przykłady Dallas Cowboys i Oakland Raiders, to najlepsza droga do poprawy ofensywy. Oczywiście poza znalezieniem franchise QB, ale to znacznie trudniejsza sztuka.

W efekcie najlepsi liniowi zostaną koszmarnie przepłaceni. Na rynek trafi sporo ciekawych OG. Wynika to z konstrukcji franchise tagu, który grupuje wszystkich o-linemanów jako jedną pozycję. To oznacza, że franchise tag dla OG zapewnia mu pieniądze jak dla czołowego lewego tackla. W efekcie franchise tagi dla OG i centrów są niespotykane. Na rynek trafią m.in. T.J. Lang, Kevin Zeitler, Ronald Leary, Larry Watford, J.C. Tretter czy Nick Mangold.

 

Relatywnie słaba klasa wolnych agentów

Wielkie pieniądze, tylko na kogo je wydawać? Oczywiście jak co roku znajdziemy cała masę bardzo solidnych zawodników, nawet kalibru startowego, którzy skasują niezłe pieniądze. Ale hitów na miarę Ndamukonga Suha raczej nie widać. Większość gwiazd, którym kończył się kontrakt, padła ofiarą franchise tagu.

Według NFL.com najcenniejszym wolnym agentem jest WR Alshon Jeffery, który od dwóch lat nie miał 1000-jardowego sezonu i opuścił 11 z 32 ostatnich meczów z powodu różnych urazów. Według SBNation.com jest to OG Kevin Zeitler. Raczej trudno oczekiwać, by gracz z tej pozycji budził wielkie emocje. CBS na pierwszym miejscu stawia LB Dont’a Hightowera, gracza bardzo solidnego, ale mało spektakularnego, raczej fachowca od czarnej roboty. Pro Football Focus wskazuje na DE Calaisa Campbella, który jako pass rusher ma potencjał na gwiazdę, ale jeszcze przed startem sezonu skończy 31 lat.

 

Faza głupich pieniędzy będzie jeszcze głupsza

A to wszystko oznacza, że w czwartek i piątek będziemy mieli szaleństwo. Amerykanie nazywają ten etap „stupid money”. Faktycznie, to w tych dniach i godzinach zawierane są najbardziej spektakularne umowy, których potem kluby często żałują. Wielkie nazwiska są przepłacane, sypią się potężne, dziewięciocyfrowe kwoty, a efekty z reguły są mizerne, o czym świetnie wiedzą kibice Miami Dolphins czy Philadelphia Eagles.

Jednak w tym roku relatywny brak klasowych weteranów w połączeniu z masą wolnych pieniędzy może wywołać prawdziwe szaleństwo na rynku. Spodziewajcie się kompletnie nieznanych zawodników z potężnymi zarobkami. Mike Glennon z 15 mln dolarów, jak sugerują niektórzy insiderzy? Wystarczy jedna drużyna.

 

Rozgrywający weterani po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wywołują większe emocje niż debiutanci

DeShaun Watson ma za sobą fenomenalną karierę akademicką. Mitch Trubinsky i DeShone Kizer imponują talentem. Ale żaden z tych najwyżej ocenianych młodych QB nie jest uznawany za gotowego do startu od pierwszego dnia. (Gwoli przypomnienia Dak Prescott też nie był). Każdemu skauci wynajdują mniejsze lub większe wady i żaden nie budzi w GM-ach takiego entuzjazmu jak Cam Newton, Andrew Luck, Jameis Winston czy Marcus Mariota.

Co innego dostępni weterani. Do wzięcia będzie Tony Romo, który jest podobnym ryzykiem jak Peyton Manning w 2012 r. – czerwone flagi w temacie zdrowia, ale kolosalne wzmocnienie, jeśli pozostanie zdrowy. Jeśli Jay Cutler zgodzi się na pensję backupa może być dużym wzmocnieniem. Serio. Wolelibyście Cutlera czy Goffa? Dostępny jest Colin Kaepernick, który we właściwej ofensywie wciąż może stanowić zagrożenie, a gdy w twarz zajrzało mu widmo bezrobocia obiecał nawet, że będzie grzecznie stał podczas hymnu USA. Buffalo Bills wciąż jeszcze nie zdecydowali co z Tyrodem Taylorem. Ostatni rok umów mają przed sobą Jimmy Garoppolo i A.J. McCarrron. Jakaś zdesperowana drużyna może na nich wymienić wysoki wybór w drafcie. Kirk Cousins dostał franchise tag, ale nie jest zachwycony i podobno chętnie by czmychnął do San Francisco pod skrzydła dawnego mentora Kyle’a Shanahana.

 

Będzie się działo.

Kto dostał franchise tag w 2017?

O północy (polskiego czasu) ze środy na czwartek minął termin, do którego kluby NFL mogły skorzystać z franchise tagu. W tym roku jego „ofiarą” padło siedmiu zawodników w lidze. Zanim przejdę do konkretnych graczy, szybkie przypomnienie czym jest franchise tag.

Franchise tag został wprowadzony w 1994 r., kiedy wprowadzono free agency. Właściciele, obawiając się straty najcenniejszych zawodników, wprowadzili możliwość corocznego „zaklepania” jednego zawodnika ze skończoną umową, który nie może podjąć negocjacji z innym klubem na ogólnych zasadach.

Kawann Short, Carolina PanthersZawodnik objęty franchise tagiem podpisuje roczną w pełni gwarantowaną umowę na z góry określoną kwotę. Może też negocjować długoterminową umowę, ale tylko z tym jednym klubem (przy tagu ekskluzywnym) lub z innymi (przy tagu nieekskluzywnym i transition). W tym roku czas na negocjację długoletniej umowy mija 15 czerwca.

Zawodnicy nie lubią tego rozwiązania, bo choć daje im dużą roczną pensję, to jednak ryzyko kontuzji i spadku długoterminowej wartości sprawia, że wolą podpisywać umowy na dłuższy czas.

Pod ogólną nazwą franchise tagu funkcjonują trzy rozwiązania. Każdy klub co roku może zastosować tylko jedno z nich.

Exclusive franchise tag – najprostsza forma. Zawodnik nie może pod żadnym pozorem podjąć negocjacji z innym klubem. Jego gwarantowana pensja wyniesie średnią z pensji pięciu najlepiej opłacanych graczy na jego pozycji w nadchodzącym sezonie lub 120% poprzedniej pensji (którakolwiek jest wyższa).

Non-exclusive franchise tag – zawodnik może podjąć negocjacje z innym klubem, ale jeśli podpisze kontrakt, nowy klub musi oddać staremu dwa wybory w pierwszej rundzie draftu. Roczna pensja na podstawie tego tagu wyliczana jest tak samo jak w poprzednim przypadku, tyle że brane są pod uwagę płace z poprzedniego sezonu, co przy rosnących zarobkach graczy sprawia, że ten tag jest nieco tańszy. Ta forma jest najczęściej stosowana.

Transition tag – gracz może negocjować z innymi klubami, ale jego obecny klub ma pięć dni na wyrównanie każdej złożonej oferty. Wartość tagu wynosi średnią z pensji dziesięciu najlepiej opłacanych graczy na tej pozycji z poprzedniego sezonu albo 120% poprzedniej pensji (którakolwiek wyższa).

 

W tym roku „oznaczeni” zostali następujący zawodnicy (w porządku alfabetycznym):

Le’Veon Bell (Pittsburgh Steelers)

Sytuacja Bella jest dość skomplikowana. Z jednej strony to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy running back w NFL, spisujący się świetnie tak w tradycyjnym bieganiu, jak w grze podaniowej. Z drugiej strony długoterminowe wysokie umowy dla running backów to z reguły w NFL kiepski biznes. Przekonali się o tym Tennessee Titans (Chris Johnson), Kansas City Chiefs (Jamaal Charles), Minnesota Vikings (Adrian Peterson) czy Philadelphia Eagles (DeMarco Murray).

Problem polega na szybkim „zużywaniu się” zawodników na tej pozycji oraz ich ogromnej podatności na kontuzje. Wide reciver jest z reguły tacklowany przez DB o podobnej masie. RB zderza się z liniowymi, czasem nawet dwa razy cięższymi od niego.

Bell nie dał włodarzom klubu powodu, by uwierzyli w jego „dostępność”. W sezonie 2015 zerwał więzadło MCL i zagrał tylko w sześciu meczach. Tegorocznych playoffów również nie dokończył z powodu urazu. Jednak najwięcej wątpliwości budzą jego „relacje” z marihuaną. Sezon 2016 rozpoczął od czterech meczów zawieszenia za drugą wpadkę w teście antynarkotykowym. Jak pisze były agent sportowy Andrew Brandt, te testy są tak naprawdę testami na inteligencję, bo przeprowadzane są tylko w kilku z góry określonych terminach, więc wystarczy powstrzymać się wówczas od palenia. Fakt, że Bel tego dwukrotnie nie potrafił, może zniechęcać Steelers do długoterminowej umowy.

Co ciekawe Bell dostał tag ekskluzywny, rzadko używany w przypadku nie-QB. Zarobi w przyszłym sezonie 12,12 mln dolarów, chyba że porozumie się z klubem co do długoterminowej umowy. Biorąc pod uwagę, że najlepiej zarabiający RB w NFL otrzymuje średnio 8 mln za sezon (LeSean McCoy), to Bell nie został specjalnie skrzywdzony.

 

Kirk Cousins (Washington Redskins)

Dla „Kapitana Kirka” będzie to drugi z rzędu sezon na franchise tagu, chyba że dogada się z ekipą ze stolicy na długa umowę. Cousins to jeden z tych solidnych starterów, którzy wyglądają dobrze w otoczeniu kompetentnych kolegów, a znacznie słabiej przy kiepskiej formacji ofensywnej (patrz: Flacco, Joe). Tutaj główne znaczenia ma gra popytu i podaży.

Redskins nie mogą sobie pozwolić na wypuszczenie Cousinsa, choć zdają sobie sprawę z jego ograniczeń. Po prostu nie mają możliwości zastąpienia go kimś choćby porównywalnej klasy. Choć w NFL są 32 pozycje startowego QB, to nigdy nie ma 32 graczy nadających się na startowego QB. Cousins, przy wszystkich swoich słabościach, jest jednym z nich.

Na ekskluzywnym tagu Cousins zarobi w przyszłym roku 24 mln. Dodatkowo ewentualny trzeci tag na sezon 2018 wart będzie zaporowe 34,5 mln (trzeci tag jest wart 144% poprzedniej pensji). Dałoby to 78,5 mln w trzy lata. Andrew Luck w pierwszych trzech latach umowy dostanie 75 mln (i to z signing bonusem rozłożonym w salary cap na 5 lat).

 

Melvin Ingram, Los Angeles Chargers

Ze wszystkich otagowanych w tym roku graczy pass rusher Chargers może być tym najmniej znanym. Jednak po trzech słabych i przerywanych kontuzjami sezonach Ingram wreszcie eksplodował w 2015 r., a w ubiegłym sezonie stworzył jeden z najgroźniejszych duetów pass rusherów w lidze z Joeyem Bosą.

18,5 sacka w ostatnich dwóch sezonach to świetny wynik, a rzeczywisty wkład Ingrama w pass rush jest jeszcze większy. 14,55 mln na nieekskluzywnym tagu dla pass rushera to niewysoka stawka, biorąc pod uwagę, że Von Miller dostaje średnio rocznie 19,1 mln, Justin Houston 16,8 mln, a Clay Matthews, który umowę podpisywał w 2013 r. 13,2 mln.

 

Trumaine Johnson, Los Angeles Rams

Solidny cornerback zagra na nieekskluzywnym franchise tagu drugi sezon z rzędu. 14,21 mln dolarów czyni go najlepiej opłacanym cornerbackiem w NFL. Johnson to zawodnik niezły, ale absolutnie nie takiej klasy. Rams nie bardzo mieli wyjście, bo bez Johnsona pozostają z secondary wyglądającą niczym półki w mięsnym w stanie wojennym.

W LA czekali z ogłoszeniem tagu niemal do ostatniej chwili, co oznacza, że trwały (i pewnie wciąż trwają) gorączkowe rozmowy o wieloletnim kontrakcie. Jednak fakt, że Rams zapłacą CB z górnej klasy średniej ponad 30,7 mln dolarów w dwa lata pokazuje jak fatalnie zarządzanym klubem jest drużyna Stana Kroenke. Dla porównania Josh Norman dostaje średnio 15 mln rocznie w Redskins, a Patrick Peterson w Cardinals i Richard Sherman w Seahaws po 14 mln rocznie.

 

Chandler Jones, Arizona Cardinals

To była „oczywista oczywistość”. Cardinals, którzy przed sezonem pozyskali Jonesa w wymianie za OG Jonathana Coopera i #61 w drafcie 2016, nie mogli sobie pozwolić, żeby ich gwiazda w pass rushu odeszła za darmo. Jak już wspominałem, tag dla pass rusherów i tak jest w promocyjnej cenie 14,55 mln.

Jones to dobry pass rusher, ale jeśli Bill Belichick się ciebie tak łatwo pozbywa, to powinno być ostrzeżenie dla innych. W przypadku Jonesa wysokie wskaźniki sacków (23,5 w dwa ostatnie lata) nie do końca idą w parze z wysoką liczbą presji na rozgrywającego. Jones miewa też długie okresy, kiedy jest całkowicie niewidoczny. Jednak jako zawodnik, który potrafi wygrywać w pass rushu jeden na jednego i wymaga podwojeń ze strony o-line, jego wartość i tak jest olbrzymia.

 

Jason Pierre-Paul, New York Giants

Przyznam, że otagowanie JPP było dla mnie dużym zaskoczeniem. Oczywiście ten zawodnik miał bardzo dobry sezon 2016, ale jego wcześniejsze „wyczyny”, na czele z długim zwlekanie z podpisaniem franchise tagu w sezonie 2015 i poważnym incydentem z fajerwerkami rok temu powinny skłonić Giants do ostrożności. Siedem sacków w sezonie wygląda nieźle, ale aż trzy zaliczył w jednym meczu i to z Browns. Za to otrzyma 16,93 mln na nieekskluzywnym tagu.

Jego tag pożarł około połowy miejsca, która pozostawała Giants pod salary cap, więc zapewne obie strony spróbują dojść do porozumienia przed 15 czerwca.

 

Kawann Short, Carolina Panthers

W zeszłym sezonie Panthers najpierw otagowali Josha Normana, potem się z tego niespodziewanie wycofali. Jednak w tym roku raczej nie będzie powtórki. Po pierwsze Panthers mają sporo wolnych dolarów, a po drugiej Short to najlepszy pass rusher ze środka linii na wschód od Aarona Donalda. GM Dave Gettlemen twierdzi, że są blisko długoletniego porozumienia, a tag to tylko na wszelki wypadek.

Nieekskluzywny tag będzie kosztował Pantery 13,5 mln. To nie tak dużo, zważywszy że Miami Dolphins płacą Ndamukongowi Suh 19,1 mln rocznie, a Malik Jackson dostał od Jaguars 14,25 mln rocznie.

 

Zdjęcie Kawanna Shorta: Jeffrey Beall na licencji CC BY 4.0