O mały palec od zwycięstwa

Meczem kolejki bez wątpienia było spotkanie NY Giants, którzy pojechali do Dallas na mecz  tamtejszymi Cowboys. To spotkanie miało kolosalne znaczenie dla układu sił w NFC East, zwłaszcza że pierwszą w tym sezonie konfrontację tych dwóch ekip niespodziewanie wygrali Cowboys.

Dez Bryant FingerPierwsza kwarta wyglądała, jakby gospodarze nie bardzo rozumieli, że mecz już się zaczął. Przynajmniej ich ofensywa. Tony Romo trzykrotnie podał piłkę w ręce rywali, na domiar złego Dez Bryant zgubił piłkę podczas akcji powrotnej po puncie NYG. Kiedy w drugiej minucie drugiej kwarty Jason Pierre-Paul przechwycił podanie Tony’ego Romo i doniósł je do pola punktowego Cowboys, wyprowadzając swoją ekipę na prowadzenie 23:0, wydawało się, że jest już po meczu. Ale to tylko wrażenie.

Przede wszystkim Cowboys muszą podziękować defensywie. Formacja ta, stawiana raz za razem w fatalnej sytuacji przez gubiącą piłki ofensywę i formacje specjalne, zdołała utrzymać rywali z dala od pola punktowego 3 z 4 razy. W ten sposób gościom uciekło 12 punktów (field goale zamiast przyłożeń) i dystans, choć duży, był do odrobienia przy trzech posiadaniach piłki.

W połowie drugiej kwarty nagle ożyła ofensywa Cowboys. Tony Romo zaczął podawać celnie i na naprawdę duże odległości. W całym meczu zaliczył ponad 400 jardów górą, a rójka reciverów – Jason Witten, Miles Austin i Dez Bryant zanotowała ponad 100 jardów złapanych podań każdy. Przełomem stało się biegowe przyłożenie Felixa Jonesa. W końcówce pierwszej połowy Romo w ciągu półtorej minuty doprowadził jeszcze zespół w zasięg skutecznego field goala i na przerwę gospodarze schodzili przegrywając już tylko 13 punktami.

Na samym początku trzeciej kwarty goście mogli znowu podciąć skrzydła ekipie z Dallas i praktycznie rozstrzygnąć ten mecz. Romo poprowadził Cowboys z własnego 14 jarda na 1 jard od pola punktowego rywali. Trzykrotnie gospodarze próbowali zdobyć przyłożenie i za każdym razem defensywa Giants odrzucała ich na poprzednią pozycję. W czwartej próbie Romo zatrzymał piłkę i sam wbiegł do pola punktowego, zmniejszając stratę do 6 oczek. Gdyby i ta akcja została zatrzymana, Giants przejęliby piłkę, a Cowboys pewnie nie podnieśli się już po takim ciosie.

Pięć i pół minuty później Romo podał na TD i nagle zrobiło się 24:23 dla Cowboys. Jednak w czwartej kwarcie Giants zdobyli kolejne dwa field goale, wychodząc na pięciopunktowe prowadzenie. Kiedy na 1:14 przed końcem meczu kolejne podanie Tony’ego Romo przechwycili rywale, wydawało się, że jest po meczu. Jednak umiejętne zarządzanie czasami i dobra obrona pozwoliło Cowboys na przejęcie piłki i ostatnią desperacką próbę. W 30 sekund Romo przeprowadził swoją drużynę 33 jardy, a na 10 sekund przed końcem meczu posłał podanie do pola punktowego rywali, które złapał Dez Bryant. Cowboys wygrywają, dwóch winowajców wcześniejszej straty odkupiło swoje winy, historia jak z Hollywood. Prawda?

No, nie do końca. Powtórki wykazały, że Bryant chwycił piłką w powietrzu. Najpierw ziemi dotknęła jego dłoń. Żeby podanie było zaliczone, cała dłoń musi się znaleźć w boisku. Niestety jego mały palec (dosłownie!) znalazł się na aucie, co możecie zobaczyć na zdjęciu. Podanie nieudane, Giants wygrywają.

Cowboys po raz kolejny zawodzą. Tony Romo to maszyna do robienia statystyk, ale nie sprawdza się w  kluczowych meczach. Kiedy wreszcie właściciel Jerry Jones zdecyduje się na przebudowę drużyny? Cowboys mają trzy zwycięstwa mniej niż prowadzący w dywizji Giants, a przed sobą trudne wyjazdy do Philadelphii i Atlanty. Nie wróżę im większych sukcesów w tym roku. Z kolei Giants mają bezpieczną przewagę w tabeli, której raczej nie powinni oddać już do końca.

 

W skrócie:

1. W niedzielę na Wembley znów zmierzyły się drużyny NFL. Tym razem byli to Patriots i Rams. Stadion jak zwykle pełny, kibice pełni entuzjazmu, atmosfera święta. Od przyszłego sezonu na Wembley rozgrywane będą dwa mecze rocznie, a nie jak teraz jeden. Jeden we wrześniu, drugi w październiku. W październikowych trzy lata z rzędu grać będą Jacksonville Jaguars. Dla władz ligi jest to sprawdzian, który ma pokazać czy londyńczycy zechcą chodzić regularnie na mecze, gdy nie będzie już to aż tak rzadkie wydarzenie oraz czy zechcą kibicować jednej drużynie. Jeśli wypadnie pozytywnie, być może w ciągu najbliższych 10 lat doczekamy się w Londynie klubu NFL. O samym meczu więcej napiszę jutro.

2. Czas trenera Norva Turnera w San Diego chyba dobiega końca. Co prawda wydawało się tak już kilka razy, ale kolejny nieudany sezon i na domiar złego porażka z Cleveland Browns chyba przelewają czarę goryczy. Dla Browns było to dopiero drugie zwycięstwo w ośmiu meczach. Porażka jest tym bardziej kompromitująca, że przez całe spotkanie Browns potrafili zdobyć punkty tylko raz. Wynik? 7:6.

3. Arizona Cardinals wygrali pierwsze cztery mecze w tym sezonie. Sam ogłosiłem ich największą niespodzianką pierwszej ćwiartki sezonu, ale napisałem też, że awans do play-offów wcale nie jest taki pewny. I jakby chcąc potwierdzić moje słowa, Cardinals w fatalnym stylu przegrali kolejne cztery mecze z rzędu. Co z tego, ze mają Larry’ego Fitzgeralda, jednego z najlepszych reciverów w footballu, skoro nie ma mu kto dogrywać piłek?

4. Atlanta Falcons dalej niepokonani. Tym razem z łatwością rozmontowali na wyjeździe ekipę Philadelphia Eagles. Mają stosunkowo łatwy kalendarz i sporą szansę na najlepszy bilans w lidze. Co nie zmienia faktu, że nikt w nich nie uwierzy, póki Matt Ryan nie udowodni, ze jest w stanie wygrać choć jeden mecz w play-offach.

5. Pittsburgh Steelers zaczynają powoli nabierać rozpędu. Po kiepskim początku sezonu tym razem jako pierwsi zdołali sprawić, że RG3 wyglądał jak niepewny debiutant. Trzeba przyznać, że pomogli im w tym reciverzy Redskins, którzy upuścili aż 10 podań swojego rozgrywającego.

6. Chicago Bears uratowali zwycięstwo ze słabymi w tym roku Carolina Panthers dosłownie w ostatniej sekundzie. Jak na razie mają drugi najlepszy bilans w NFC, ale poza przyszłotygodniowym wyjazdem do Nashville na mecz z  Tennessee Titans nie widać w ich kalendarzu łatwiejszych spotkań. Dopiero ta druga połowa sezonu pokaże czy Jay Cutler i spółka faktycznie są tak mocni.

7. New York Jets znowu się sypią. Po dwóch względnie udanych choć przegranych meczach (z Texans iPatriots) wróciły stare koszmary. Jets byli bezradni i to w meczu z wcale nie najlepszymi Miami Dolphins. Dolphins stracili w tym meczu z powodu kontuzji Ryana Tannehilla, swojego debiutanta na pozycji QB, ale nie zatrzymało ich to i zmiażdżyli Jets 30:9 i to na wyjeździe! Czyżby nadchodził Tebow Time?

Packers idą w górę

W niedzielę Pats grają w Londynie w ramach International Series z St. Louis Rams. Niestety z różnych powodów nie mogę pojechać na to spotkanie, choć bardzo bym chciał. Mam jednak nadzieję, że pozbawieni reciverów Rams polegną z Patriots równie łatwo jak z Packers.

Green Bay Packers łatwo wygrali mecz na trudnym terenie w St. Louis, z kolei Patriots wygrali niezmiernie ważny mecz z NY Jets, ale styl w jaki tego dokonali pozostawia wiele do życzenia. Zapraszam na podsumowanie ostatnich meczów moich dwóch ulubionych ekip.

 

Powrót mistrzowskiej dyspozycji

Packers RamsPackers jechali do St. Louis na mecz z miejscowymi Rams odrodzeni po efektownym wyjazdowym zwycięstwie nad niepokonanymi do tej pory Houston Texans. Rams to w tym sezonie zespół bardzo niewygodny dla rywali. Mają niezłą obronę, a choć ofensywa sprawia, że nie będą się raczej liczyli w walce o play-offy, to jednak mogą napsuć faworytom sporo krwi.

Jednak Green Bay udowodniło, że faktycznie mają za sobą kryzys z początku sezonu. W pierwszej kwarcie objęli prowadzenie i nie oddali go już do końca. Na moment gorąco zrobiło się po przyłożeniu Stephena Jacksona na dziewięć minut przed końcem meczu, gdy gospodarze zmniejszyli stratę do siedmiu punktów, ale Green Bay spokojnie zdjęło z zegara prawie sześć minut, a drive wykończyło fenomenalne podanie Rodgersa na TD do Randalla Cobba. Chwilę później defensywa Packers wymusiła stratę Rams i było po meczu. Właściwie przez całe spotkanie Packers ani na moment nie musieli bać się o zwycięstwo.

Tradycyjnie znakomite zawody rozegrał Aaron Rodgers (30/37, 342 jardy, 3 TD, żadnej straty). Na recivera numer dwa pod nieobecność kontuzjowanego Gregga Jenningsa wyrasta wspomniany już Cobb. Wielu fachowców twierdziło, że jest za mały, by znaleźć sobie niszę w NFL, gdy Packers wybierali go w drugiej rundzie ubiegłorocznego draftu. W zeszłym sezonie był wyróżniającym się graczem special teams, w tym jest już pełnowartościowym reciverem, drugim pod względem ilości złapanych podań i jardów podaniowych.

Martwić mogą jedynie dwie rzeczy. Po pierwsze Packers kompletnie nie mają gry biegowej. Trudno powiedzieć, czy to linia ofensywna nie potrafi odpowiednio blokować czy po prostu brakuje talentu na pozycji running backa. Pewnie jedno i drugie. Jest to o tyle niepokojące, że, jak pokazały ubiegłoroczne play-offy, Rodgers jest tylko człowiekiem i kiedy ma słabszy dzień potrzeba alternatywy w ataku.

Niestety kontuzji doznał też filar defensywy, safety Charles Woodson, jeden z najlepszych w lidze na swojej pozycji. Woodson złamał obojczyk, ten sam co dwa sezony temu w Super Bowl. Będzie wyłączony z gry co najmniej sześć tygodni, może dłużej. Oznaczałoby to, że wróci do gry tuż przed najważniejszą fazą walki o play-offy.

W następnej kolejce Packers podejmują u siebie słabeuszy z Jacksonville, którzy na domiar złego stracili z powodu kontuzji Maurice’a Jonesa-Drew, swoją najgroźniejszą broń w ofensywie. Mistrzowie sprzed dwóch lat powinni zanotować łatwe zwycięstwo. Najważniejsze, by nie tracić kolejnych graczy, bo od połowy listopada zaczyna się seria ciężkich meczy, które zadecydują o układzie sił w tej dywizji.

 

Nieprzyjemne deja vu

Oglądając mecz Patriots z NY Jest miałem uczucie, że tydzień temu widziałem to samo. Po wyrównanej pierwszej kwarcie Pats przejęli kontrolę nad meczem, w czwartej kwarcie mieli dwucyfrową przewagę i… prawie przegrali. Gdyby to nie byli Jest, tylko mocniejszy zespół, pewnie nie pisałbym „prawie”.

Tym razem na szczęście Brady stanął na wysokości zadania w ciągu niespełna dwóch minut poprowadził wyrównujący drive, a potem Patriots rozstrzygnęli dogrywkę na swoją korzyść, ale co się nadenerwowałem to moje.

Tych nerwów nie byłoby, gdyby nie proste błędy Patriots. Po raz kolejny okazało się, że obrona przeciwko grze biegowej idzie nieźle, krótkie podania nie dają dużo efekktu, ale długie podania siały wśród secondary Patriots spustoszenie. I to czyje podania! Marka Sancheza! Naprawdę niewiele jest tak słabych defensyw podaniowych w lidze, przeciw którym ten słaby w gruncie rzeczy rozgrywający może się pochwalić tak dobrym meczem.

Do tego w kluczowym momencie czwartej kwarty Devin McCourty, który wcześniej zanotował 104-jardowy powrót na TD po kick-offie, zaliczył fumble przy kolejnej akcji powrotnej i Jets przejęli piłkę na połowie Pats. Mogło się to skończyć tragicznie, na szczęście Stephen Hill w trzeciej próbie upuścił proste podanie nie atakowany przez nikogo (dzięki Stephen!) i skończyło się na field goalu, co dało Patriots czas na doprowadzenie do dogrywki.

Oczywiście, cieszy dobra postawa reciverów (choć Brandon Lloyd miał fatalny dzień), świetny ostatni drive Brady’ego, wciąż skuteczna gra biegowa. Cieszy dobra gra dwóch pierwszych linii obrony (choć przydałoby się więcej presji na QB rywali), ale wszystkie te wysiłki rujnuje katastrofalna secondary. Jeśli McCourty, Chang i spółka nie zaczną wreszcie grać na poziomie, którego się po nich oczekuje, to nici z Super Bowl w tym roku.

Texans obnażyli słabości Ravens

W Teksasie spotkały się dwa zespoły z bilansem 5-1. Houston Texans podejmowali Baltimore Ravens.Jeszcze tydzień temu Houston było niepokonane, ale gdy przyjechali do nich Green Bay Packers, Texans polegli z kretesem.

Ravens TexansRavens chcieli podążyć śladem Packers i pokonać Texans poprzez obnażanie słabości ich obrony podaniowej. Okazało się jednak, że nie dla pasa kiełbasa. Joe Flacco jest solidnym podstawowym QB, ale od klasy Aarona Rodgersa dzielą go lata świetlne. Jednocześnie Ravens kompletnie zapomnieli o grze biegowej. A przecież ich najgroźniejszą bronią ofensywną jest właśnie RB Ray Rice. Tymczasem Flacco posyłał piłkę górą 43 razy, a Rice biegł z nią tylko 9. Było to zrozumiałe w drugiej połowie, gdy Ravens musieli gonić, więc podkręcali tempo gry. Ale pierwsza połowa wyglądała bardzo podobnie.

Joe Flacco w ogóle nie zaliczy niedzielnego spotkania do udanych. Już w pierwszej kwarcie został zsackowany we własnym polu punktowym na safety. Do końca meczu obrona rywali nie dawała mu spokoju. W sumie miał poniżej 50% celnych podań, dwa INT (jedno skończyło się akcją powrotną na TD) i dwukrotnie był sackowany przez rywali. Dołożył co prawda jeden TD, ale było to w chwili, gdy mecz był już właściwie rozstrzygnięty.

Texans wyciągnęli wnioski z porażki z Packers i pokazali, że wciąż są jednym z głównych kandydatów do wygrania słabiutkiej w tym roku AFC. Matt Schaub nie miał może rewelacyjnego dnia, ale i tak podał na ponad 250 jardów i dwa TD. Kolejne dwa dołem dołożył Arian Foster. O dobrej postawie defensywy już wspomniałem. Co prawda kandydat do nagrody MVP J.J. Watt po raz pierwszy w sezonie nie miał żadnego sacku, ale i tak wniósł spory wkład w zwycięstwo, bo to on zbił podanie, które przechwycił Jonathan Joseph i w akcji powrotnej zaliczył TD wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 16:3.

Słabo spisała się za to tak niewzruszona przez dekadę defensywa Ravens. Co prawda do drużyny wrócił zeszłoroczny Defensive Player of the Year Terrel Suggs (zaledwie pięć miesięcy po rekonstrukcji zerwanego ścięgna Achillesa!), ale utrata w zeszłym tygodniu serca drużyny Raya Lewisa i najlepszego obrońcy przeciwko podaniom Lardariusa Webba sprawiła, że Ravens stracili ponad 40 punktów po raz pierwszy od 9 grudnia 2007 r., kiedy to niesamowity mecz rozegrał przeciwko nim Payton Manning.

Przed sezonem prorokowałem, że Ravens mogą mieć kłopoty z wejściem do play-off. Mimo wciąż znakomitego bilansu kibice w Baltimore nie mogą spać spokojnie. Od połowy listopada Ravens zaczynają serię siedmiu morderczych meczy, z których wyjazdowe spotkanie z San Diego Chargers będzie zdecydowanie najłatwiejsze.

Za to w terminarzu Texans próżno szukać poważniejszych wyzwań poza wyjazdami do Bostonu (Patriots) i Chicago. Musiałoby się przydarzyć prawdziwe nieszczęście, żeby Houston nie było najwyżej rozstawionym zespołem AFC przed play-offami.

 

W skrócie:

1. Cam he do it? Najwyraźniej już nie. Cam Newton w wakacje stracił gdzieś całą magię. Ubiegłoroczny debiutant numer jeden, który zmiótł wszystkie debiutanckie rekordy Paytona Manninga, w tym roku regularnie zawodzi. Dodatkowo błędy, które w zeszłym sezonie można było złożyć na karb niedoświadczenia debiutanta, nie uchodzą już drugoroczniakowi. Newton nie potrafi ograniczyć ilości błędów, a przy tym nie potrafi wykrzesać z siebie tyle pozytywnej energii i udanych akcji co w zeszłym roku. Niektórzy kwestionują nawet jego charakter. Cam musi się sprężyć, żeby udowodnić, że nie był tylko gwiazdą jednego sezonu.

2. Newton jest pod ostrzałem krytyki tym bardziej, że jego rekordy może pobić Robert Griffin III. Wybrany w drafcie z dwójką QB ma jak na razie fenomenalny sezon, a jego Redskins z pariasa stali się nagle jedną z najbardziej atrakcyjnych ekip ligi. RG3 jako jedyny QB w lidze ma ponad 70% udanych podań, jest jednym z trzech rozgrywających z passer rating powyżej 100 (pozostali to Aaron Rodgers i Payton Manning). Jest na 12 miejscu w lidze pod względem jardów zdobytych dołem (pierwszy nie-RB na liście) i drugi (!) jeśli chodzi o ilość TD biegowych. Gdyby jeszcze obrona Redskins wytrzymała w końcówce i nie pozwoliła młodemu Manningowi na 77-jardowe podanie na TD, Gryffin miałby bilans 4-3 i niesamowity wygrywający drive w meczu z mistrzami NFL na ich terenie. Ale spokojnie, to jeszcze przyjdzie.

3. W meczu dwóch twardych ekip ze świetną obroną 49ers pokonali Seahawks 13:6. Nie było to wybitne widowisko, zwłaszcza w ofensywie, ale San Francisco zaliczyło bardzo ważne dla układu sił w NFC West zwycięstwo.

4. Adrian Peterson przebiegł 153 jardy i zaliczył TD w wygranej przeciwko Arizona Cardinals. RB Vikings nie wygląda na człowieka, który stracił poprzedni sezon i cały okres przygotowawczy z powodu kontuzji więzadeł. Tymczasem Arizona po czterech zwycięstwach w czterech pierwszych meczach przegrała trzecie spotkanie z rzędu i już nie wygląda na największą sensację ligi.

5. W niezwykle ważnym spotkaniu Pittsburgh Steelers pokonali na wyjeździe Cincinnati Bengals. QB Steelers Ben Roethlisberger wciąż nie najlepiej dogaduje się z nowym koordynatorem ofensywy, ale kluczem do zwycięstwa okazała się obrona, a konkretnie zatrzymanie podań Andy’ego Daltona do A.J. Greena. Green przez cały mecz złapał tylko 1 podanie na 8 jardów, przy średnich z całego sezonu, odpowiednio, 7,17 i 104,67. Oba te zespoły gonią w dywizji osłabionych Ravens.

 

O meczach Packers i Patriots tradycyjnie napiszę jutro.

Alabama pierwsza na półmetku

Poprzedni weekend był ósmym w tym sezonie, podczas którego grała NCAA – amerykańska liga uniwersytecka. Oczywiście mówimy o jej footbolowej części, bo cała NCAA prowadzi rozgrywki w kilkudziesięciu dyscyplinach, które siłą rzeczy mają odmienne kalendarze.

Alabama Crimson TideAle wróćmy do footballu, a zwłaszcza FBS (Football Bowl Subdivision, czasem nazywana też Division I), czyli elity najlepszych footballowych uczelni w USA. Półmetek sezonu to czas, kiedy swój pierwszy ranking publikuje BCS (Bowl Championship Series), czyli organizacja odpowiedzialna za organizację najbardziej prestiżowych Bowls (meczy o jakiś puchar kończących sezon), w tym meczu o akademickie mistrzostwo USA między dwoma najlepszymi w minionym roku uczelniami w kraju.

 

Aby zrozumieć czym są Bowls i ranking BCS musimy sięgnąć do systemu rozgrywek NCAA w footballu. W USA są setki uczelni mających swoje drużyny. Najsilniejsze zebrane są w FBS. Ale i samo FBS podzielone jest na 11 konferencji liczących sobie 7-14 drużyn. Podziały wynikają najczęściej z kwestii geograficznych, ale pewne znaczenie mają też kwestie historyczne. Do tego dochodzą uczelnie niezrzeszone w konferencjach, ale będące członkami FBS (np. Notre Dame czy szkoły oficerskie US Army i US Navy).

Każda konferencja niezależnie wyłania swojego mistrza. Niektóre mają play-offy, niektóre nie. Niektóre mają wewnętrzny podział na dwie dywizje, inne nie. Do tego w USA żywa jest tradycja Bowls, czyli kończących sezon meczów o taki czy inny puchar, których jest cała masa. Oczywiście jedne są bardziej prestiżowe i zapraszają lepsze drużyny, inne są mniej ważne i grają w nich średniacy.

Najbardziej prestiżowych jest pięć meczy organizowanych przez BCS, w których z reguły grają mistrzowie i wicemistrzowie poszczególnych konferencji. A absolutnie najbardziej prestiżowym jest BCS Championship Game, w której spotykają się dwie najlepsze akademickie ekipy w kraju.

 

Przez lata zespoły akademickie rywalizowały cały sezon, a  tytuł najlepszej przyznawano w głosowaniu. Najpierw głosowali trenerzy, potem eksperci. Od powstania BCS o kolejności w rankingu decyduje specjalny ranking. Jest on tak cholernie skomplikowany, że mało kto w uniwersyteckim footballu go rozumie, ale wyjaśnię pokrótce jakie kryteria bierze pod uwagę. Pierwszym jest głosowanie trenerów. Drugim jest głosowanie ekspertów. Oczywiście te dwa pierwsze biorą pod uwagę wskaźnik zwycięstw i porażek. Trzecim, ustalanym przez komputer jest „trudność kalendarza”. Nie pytajcie mnie jak dokładnie liczy się ten współczynnik. Ogólnie mówiąc im trudniejsi przeciwnicy, tym wyższa wartość tego wskaźnika i szansa na wyższe miejsce w rankingu.

To ostatnie kryterium ma uatrakcyjnić rozgrywki. Każda ekipa z NCAA gra po 12 meczy w sezonie zasadniczym. Jednak najczęściej przeciwników w konferencji/dywizji jest za mało, żeby tyle meczy zagrać. Drużyny ustalają więc kalendarz pozostałych meczy między sobą (ten proces też nie do końca ogarniam). Wskaźnik „trudności kalendarza” ma mobilizować ekipy, by dobierały sobie trudniejszych przeciwników i produkować więcej ciekawych spotkań.

 

Pierwszy raz w sezonie ranking BCS publikowany jest właśnie po ósmym tygodniu rozgrywek, kiedy wszystkie ekipy mają sześć rozegranych meczy. W sumie jest 16 kolejek, każdy zespół ma cztery kolejki wolne (przypomnę, w NFL 17 kolejek, tylko jedna wolna). W zeszłym roku sytuacja była absolutnie wyjątkowa. W BCS Championship Game zmierzyły się Alabama (#2) i LSU(#1). Wyjątkowość polegała na tym, że obie te uczelnie wywodzą się nie tylko z jednej konferencji, ale nawet z jednej dywizji. Alabama przegrała w sezonie zasadniczym i przez to nie wzięła udziału w finale konferencji SEC (wygrało go LSU). Jednak w rankingu obie te ekipy uznano za najlepsze, więc zmierzyły się w niewiarygodnym finale, w którym genialna obrona Alabamy nie pozwoliła rywalom przez trzy kwarty wyjść z własnej połowy. Ostatecznie Alabama wygrała 21:0.

Obecnie w NFL gra kilku zawodników mistrzowskiej ekipy, ale nie spowolniło to Alabamy, która w rankingu BCS jest na pierwszym miejscu. Prowadzi ją jak zwykle świetna obrona, która pozwala rywalom na zdobycie najmniejszej ilości punktów ze wszystkich ekip w FBS. Ważnym ogniwem jest też grupa running backów i QB A.J. McCarron, który świetną grą stał się jednym z kandydatów do Nagrody Heismana. Trzecioroczniak w sześciu meczach zanotował 12 TD i żadnego (!) INT. Uczciwie trzeba przyznać, że Geno Smith z West Wirginia ma jeszcze bardziej niesamowity bilans (25-0), ale Alabama to przede wszystkim gra biegowa, podczas gdy West Wirginia gra raczej górą. No i Alabama wygrywa, tymczasem WV ma na koncie już jedną porażkę.

Alabama może nie oddać prowadzenia już do końca, choć ma przed sobą jeden niezwykle trudny mecz. 3 listopada jedzie do odwiecznego rywala LSU, który pała rządzą rewanżu ze zeszłoroczne BCS Championship Game. Ten mecz w prime time (20.00 ET) nadawać będzie na cały kraj telewizja CBS. U nas będzie to 2 w nocy, ale poważnie zastanawiam się nad zarwaniem, zwłaszcza że następnego dnia niedziela.

Kontrowersje wzbudziło drugie miejsce w rankingu. Zajęła je Floryda, jednak niektórzy powątpiewają w ich talenty ofensywne, wskazując, że ekipa ta nie ma w ogóle gry podaniowej. Krytycy twierdzą, że trzeci Oregon to ekipa znacznie bardziej kompletna. Dyspozycja Florydy zostanie poważnie przetestowana w sobotę, gdy na Florydę przyjeżdża siódma w rankingu BCS ekipa Południowej Karoliny. Oregon wygrał łatwo wyjazdowy mecz przeciwko Arizona State w jedynej czwartkowej konfrontacji w FBS. Arizona State to dość silna ekipa i to zwycięstwo będzie poważnym argumentem na rzecz awansu Oregonu, zwłaszcza jeśli Floryda będzie męczyła się z Karoliną (jeśli przegrają spadną automatycznie).

 

Jak na razie wszystko wskazuje na to, że w BCS Chamionship Game zagra Alabama przeciwko Florydzie albo Oregonowi, ale akademicki football jest jeszcze bardziej nieprzewidywalny niż NFL, a do dogrania pozostało pół sezonu.

 

Patriots przegrywają na własne życzenie

Tak jak pisałem wczoraj, po podsumowaniu kolejki nadszedł czas na dokładniejsze opisanie meczów moich ulubionych Patriots i Packers. Oba zespoły zakończyły weekend w diametralnie odmiennych nastrojach.

Patriots at SeahawksPatriots pojechali na trudny teren do odrodzonych Seattle Seahawks. Stadion w stanie Waszyngton to jedna z najgłośniejszych aren w lidze, a twarda obrona i młody mobilny QB Russel Wilson okazały się wielkim wyzwaniem dla przeciwników w tym sezonie. Pierwsza kwarta pokazała, że łatwo nie będzie. Ofensywy wymieniały cios za cios, a  defensywy nie mogły sobie poradzić. Jednak w drugiej kwarcie obrona Patriots stanęła wreszcie na wysokości zadania i goście wyszli na prowadzenie 17:10. Wówczas miało miejsce kilkadziesiąt sekund, które było moim zdaniem przełomową chwilą w tym spotkaniu.

Na 48 sekund przed końcem pierwszej połowy Seattle wykonywało punt z własnego 38 jarda. Na stadionie cały czas padało i wiało. Wydawało się, że Seahawks odkopną piłkę, Tom Brady klęknie i oba zespoły udadzą się do szatni. Jednak punter gospodarzy nie zdołał złapać snapu i Patriots mieli 40 sekund i piłkę 24 metry od pola punktowego rywali. Nie zdołali jednak zdobyć touchdownu, a idiotyczne przewinienie Brady’ego pozbawiło ich nawet szans na field goal. Zemściło się też złe zarządzanie zegarem. Patriots pozwolili uciec kilkunastu sekundom nie biorąc czasu, a  w końcówce zabrakło im jednej przerwy na żądanie, by zatrzymać zegar. Przerwy, którą zużyli, bo dwie minuty wcześniej w obronie mieli 12 zawodników na boisku (gdyby nie wzięli czasu zostaliby cofnięci o 10 jardów).

W drugiej połowie obrona Patriots kontrolowała sytuację, ale ofensywa była cieniem samej siebie. Najlepszy atak ligi bił głową w mur najlepszej obrony ligi i zdołał zdobyć tylko dwa field goale. Brady znów popełniał zbyt dużo błędów, posyłając kilka niecelnych podań w prostych sytuacjach. Dwa razy przechwycili je obrońcy Seahawks. Dwa field goale to wszystko na co było stać ofensywę Patriots w drugiej połowie, ale obrona gości dzielnie trzymała się przez półtorej kwarty. Wówczas Seattle wróciło do sprawdzonego sposobu z pierwszej kwarty – dalekich podań za całą linię obrony. Okazało się, że secondary Patriots wciąż sporo brakuje, by dotrzymać kroku rywalom, którzy zdołali odrobić straty i wygrać jednym punktem.

Z pozytywów należy odnotować powrót Aarona Hernandeza, który chyba jeszcze nie jest w 100% zdrowy, ale i tak stanowił spore zagrożenie dla obrony rywali. Niestety w końcówce kontuzji barku doznał Brandon Lloyd i na razie nie wiadomo na ile jest ona poważna.

Najgorsze, że sporo winy za porażkę należy złożyć na barkach Toma Brady’ego i sztabu szkoleniowego. O błędach tego pierwszego już pisałem. Ale kilkukrotne złe zarządzanie zegarem i czasami obciąża rozgrywającego w takim samym stopniu jak sztab szkoleniowy. Ponadto w footballu zagrywki najczęściej są podawane zza linii bocznej. Oczywiście QB może zmienić zagrywkę, jeśli widzi coś niepokojącego na boisku, ale taktykę wytyczają trenerzy. I w tej sytuacji pytam się jak to możliwe, że Pats, mający jeden z najlepszych ataków biegowych w lidze w tym roku (wciąż nie mogę wyjść ze zdziwienia) posłali górą 58 (!) piłek, jednocześnie grając tylko 26 akcji biegowych. Przy prowadzeniu! Przy deszczu i wietrze! Aż się prosiło, by spowalniać mecz grając dołem. Fakt, że Ridley nie był najlepiej dysponowany, a Bolden odniósł kontuzję, ale w końcówce naprawdę należało grać przez nieźle spisującego się Woodheada.

Wciąż słabym punktem drużyny jest secondary, czyli ostatnia linia obrony. Defensywni liniowi i linebackerzy spisują się świetnie. Marshawn Lynch, jeden z najlepszych RB ligi w pięciu pierwszych meczach zgromadził przeszło 500 jardów dołem. Z Patriots ledwo przekroczył 40. Średnio  przebiegał 4.5 jarda w jednej próbie, z Patriots zaledwie 2.7. Zasłony, krótkie i średnie podania, to wszystko obrona Pats z łatwością powstrzymywała. Ale gdy tylko Russel Wilson posyłał długie, kilkudziesięciojardowe podania, cornerbackowie i safety bostońskiej ekipy byli jak dzieci we mgle. Niestety ten problem będzie powracał. Bill Belichick musi coś wymyślić, w przeciwnym wypadku każdy QB mający dobre długie podania będzie w ten sposób karcił drużynę Patriots. Na szczęście nie grozi im to w arcyważnym niedzielnym meczu z Jets. To drużyna, która lubi grać po ziemi, a na to Pats są gotowi.

 

W odmiennych nastrojach są Packers. Niestety nie miałem okazji oglądać ich wyjazdowego meczu z Houston Texans, bo zaczął się o 2.30 w nocy naszego czasy, ale same statystyki robią kolosalne wrażenie. Aaron Rodgers, który po słabym początku zaczyna się rozkręcać, wreszcie zagrał jak zeszłoroczny MVP. Po jego podaniach Green Bay zaliczyło aż 6 TD i niepokonana do tej pory ekipa z Houston została kompletnie rozbita. Niezły dzień miała również obrona, która zdołała ograniczyć teksańską koalicję running backów do zaledwie 90 jardów, jednocześnie notując 3 przechwyty i 3 sacki. Po drugiej stronie na swoim poziomie zagrał jedynie siejący spustoszenie drugoroczny DL J.J. Watt, który staje się coraz poważniejszym kandydatem do nagrody defensywnego gracza roku, a nawet MVP.

Packers to w tym roku ekipa wyjątkowo nierówna i chimeryczna. Meczem w Houston pokazali swój potencjał. Jeśli będą grali tak dalej, to mogą jeszcze zawalczyć o Super Bowl. Jednak na razie muszą wejść do play-offów. Czyżby Mike McCarthy miał problemy ze zmotywowaniem swoich graczy?

W tym tygodniu Packers jadą do St. Louis na mecz z Rams. Mecz z gatunku tych, które zespół chcący się liczyć w walce o tytuł po prostu musi wygrywać.

Falcons jedyni niepokonani

Od tego tygodnia postanowiłem nieco zmienić formę podsumowań kolejki. Najpierw będę pisał notkę o całej kolejce, a następnego dnia, w osobnym tekście omawiał mecze moich ulubionych Patriots i Packers. Zapraszam do lektury!

 

Julio JonesAtlanta Falcons pozostają jedyną niepokonaną drużyną w NFL. W niedzielę męczyli się okrutnie z Oakland Raiders, a Matt Ryan posłał aż trzy piłki w ręce obrońców rywali. Zaciął się ten zabójczy atak, napędzany przez Ryana oraz reciverów: Tony’ego Gonzaleza, Roddy’ego White’a i Julio Jonesa.

W ogóle Falcons to dość nietypowy lider NFL. Ich wygrane są często wymęczone, jak z Raiders, czy wygrane dość szczęśliwie po głupich błędach rywali, jak z Panthers. Statystycznie na tle ligi wypadają dość przeciętnie. Mają 15. atak i dopiero 21. obronę w lidze. Zaledwie dwie z sześciu wygranych były bardziej okazałe niż 8 punktów (tyle można odrobić w jednym posiadaniu piłki). Nawet ich świetny atak podaniowy jest dopiero 10. w lidze. Są na szóstym miejscu od końca jeśli chodzi o ilość punktów, na zdobycie których pozwalają rywalom. Właściwie wszystkie statystyki sytuują ich gdzieś w środku. Więc jakim cudem są jedynym zespołem w NFL, który po sześciu kolejkach ma komplet zwycięstw?

Na pewno część z tego można przypisać dość łatwemu kalendarzowi. Żaden z zespołów, z którymi grali Falcons, nie ma obecnie dodatniego bilansu. Ponadto znajdują się w dywizji, która w tym roku jest wyjątkowo słaba. Pogrążeni w kryzysie Saints, Panthers, których drugoroczny QB ma problemy z wejściem na „następny poziom” oraz Buccaniers, którzy nie potrafią się otrząsnąć od dziesięciu lat, czyli od swojego ostatniego mistrzostwa.

Jednak trzeba też wyraźnie powiedzieć, że Falcons mają po prostu wolę walki. Wygrywanie wyrównanych meczy nie jest prostą sztuką. Do tego ich defensywa wymusiła na rywalach 10 strat więcej niż popełniła ich ofensywa. Są na trzecim miejscu jeśli chodzi o ilość przechwytów i na drugim pod względem wymuszonych fumble. To właśnie te pozornie drobiazgi okazują się decydujące. W końcu gdyby nie fumble Cama Newtona w końcówce, Falcons przegraliby mecz z Panthers.

Niemal do końca sezonu Falcons mają bardzo łatwy terminarz. Teraz czeka ich bye week, czyli wolna niedziela. Za dwa tygodnie jadą do Filadelfii na mecz z nieprzewidywalnymi Eagles. Tak naprawdę do końca sezonu czekają ich tylko 2-3 mecze, w których nie będą oczywistymi faworytami. Dopiero play-off będą mogły powiedzieć coś więcej o realnej sile tej ekipy. A w postseason Matt Ryan przegrał 3 z 3 meczy, w których występował.

 

W skrócie:

1. Tegoroczna liga jest nadzwyczaj wyrównana. Zaledwie dziewięć zespołów ma na koncie więcej zwycięstw niż porażek. Aż 11 ma bilans 3-3. Zupełnie wyjątkowa sytuacja jest w AFC East, gdzie wszystkie drużyny mają bilans 3-3. Z kolei NFC West może pochwalić się trzema drużynami 4-2 i jedną 3-3.

2. Pierwszą porażkę ponieśli Houston Texans. Po pięciu meczach byli typowani na faworytów do wygrania Super Bowl. Jednak gdy do Texasu zawitał Aaron Rodgers w zeszłorocznej formie, Houston zostało rozbite. O tym meczu więcej napiszę jutro.

3. Z kolei w Cleveland radość z pierwszego zwycięstwa Browns, którzy dość niespodziewanie powstrzymali Cincinnati Bengals. Sprawili tym prezent swojemu QB Brandonowi Weedenowi, który w niedzielę skończył 29 lat.

4. Powtórka zeszłorocznego finału NFC znowu dla Giants. Tym razem jednak obrońcy mistrzowskiego tytułu kompletnie rozbili San Francisco 49ers, a rozgrywający Kalifornijczyków, Alex Smith, znów wyglądał na chłopca zagubionego w świecie dorosłych. Jeszcze kilka takich meczy i odżyją dyskusje o wyrzuceniu Smitha, które uciszyła jego niezła gra w zeszłym roku.

5. Czarne chmury nad Ravens. Jeszcze przed sezonem kontuzja wyłączyła z gry Terella Suggsa. W ostatnim meczu z  Cowboys poważnych urazów nabawiło się dwóch kluczowych graczy: Lardarius Webb i Ray Lewis. Poważnym problemem jest zwłaszcza strata tego drugiego, który od 17 lat jest symbolem drużyny z Baltimore. Ravens mają bilans 5-1 i do tej pory byli uznawani za poważnych kandydatów do mistrzostwa, bo wreszcie mają atak, który jest w stanie nadążyć za tradycyjnie rewelacyjną obroną. Jednak wobec urazów kluczowych graczy, obrona powoli zaczyna się rozsypywać i gra na znacznie słabszym poziomie niż przez ostatnią dekadę.

Trzy zespoły niepokonane po pierwszej ćwiartce sezonu

Witam po dłuższej przerwie spowodowanej problemami sprzętowo-internetowymi. W międzyczasie skończyliśmy pierwszą ćwiartkę sezonu zasadniczego. Co prawda sezon zasadniczy ma 17 kolejek, ale wszystkie drużyny poza Steelers i Colts rozegrały już 4 z 16 meczów, więc właściwie możemy mówić o zakończeniu pierwszego kwartału.

Jak wiadomo ćwiartka to dopiero początek zabawy, ale pewne trendy w tym sezonie możemy już dostrzec:

Patrick Peterson

1. Największa niespodzianka: Arizona Cardinals

Zespół z pustyni w lecie był pośmiewiskiem. Owszem, wszyscy doceniali dobrą obronę, ale sytuacja na rozegraniu gdzie słaby John Skelton rywalizował z żałosnym Kevinem Kolbem była dyżurnym żartem przez cały preseason. Tymczasem okazało się, że Cardinals potrafią użyć dobrej obrony jako odskoczni do niezłej gry. Kevin Kolb ma najlepszy statystycznie sezon w karierze, choć nie dokonuje rzeczy wielkich, a jedynie unika błędów. Atak nie jest zabójczy, ale przy świetnej dyspozycji obrony, napędzanej przez drugorocznego CB Patricka Petersona, taka forma ofensywy wystarcza. Cardinals zapewne nie wejdą do Super Bowl, a i o play-offy nie będzie tak łatwo, ale ten zespół ma naprawdę solidne fundamenty na których można budować przyszłość.

Tuż za zwycięzcą: Minnesota Vikings

Kto by się spodziewał, że Wikingowie zanotują tak dobry start? Na pewno nie ja. Wydawało się, że z Christianem Ponderem na rozegraniu, który miał katastrofalny debiutancki sezon i powracającym po długiej kontuzji Adrianem Petersonem, ekipa z Minnesoty będzie chłopcem do bicia. Tymczasem Ponder jest na najlepszej drodze, by wyrobić sobie markę solidnego gracza, a Peterson biega jakby zerwane więzadła przydarzyły się jego bratu-biźniakowi. Czy to nowy LT Matt Kalil był kluczem? Jak na razie ofensywny liniowy spisuje się znakomicie. Dzięki niemu Ponder nie musi tak się bać obrońców rywala, a Peterson ma wyczyszczone przedpole. Po pierwszych dwóch kolejkach nic nie wskazywało na zmartwychwstanie Vikings, ale ostatnie dwa zwycięstwa z 49ers i Lions udowodniły, że na tą ekipę trzeba w tym sezonie uważać.

 

2. Największy zawód: New Orleans Saints

Ile dla tej ekipy znaczył charyzmatyczny trener Sean Payton widać dopiero teraz, gdy został zawieszony przez ligę. Saints wciąż dysponują bardzo mocnym składem, na czele z jednym z najbardziej produktywnych QB ligi Drew Breesem. A mimo to przegrali wszystkie swoje cztery mecze. Nastroje w Nowym Orleanie mogłyby być inne, gdyby wygrali niedzielny mecz w Green Bay (wówczas z bólem serca w tej rubryce umieściłbym właśnie Packers), ale mimo pomocy sędziów przegrali jednym punktem. Czy brakuje im Seana Paytona czy jest to jakiś inny czynnik? Trudno powiedzieć. Na pewno swoje robi kompletny brak gry biegowej czy dziurawa obrona przeciwko podaniom. Swoje dołożyła też nieco słabsza niż w zeszłym roku forma Breesa. Jeśli Saints wkrótce nie zaczną seryjnie wygrywać, to ten sezon mogą spisać na straty.

 

3. Niepokonani

Poza wspomnianymi na początku Cardinals komplet zwycięstw odnieśli jedynie Atlanta Falcons i Houston Texans. Ci pierwsi korzystają ze świetnego ataku podaniowego, napędzanego przez Matta Ryana. Przyznaję, że nigdy nie przekonywała mnie jego gra, ale w lecie faktycznie zrobił ogromny krok naprzód. Falcons będą musieli jednak udowodnić, że potrafią wygrywać również w play-offach, żeby uznano ich za klasowy zespół.

Texans wyglądają na wschodzącą potęgę ligi. Choć stracili w lecie Mario Williamsa, którego skusiły monstrualne pieniądze w Bufflo (na razie wygląda, że na nie nie zasługiwał), to obrona wciąż należy do najlepszych w lidze. Atak, nietypowo jak na współczesną NFL, napędzają dwaj running backowie, Arien Foster i Ben Tate, choć i rozgrywający, Matt Schaub, ma niebagatelny wkład w zwycięstwa. Jeśli tę ekipę ominą kontuzje, to do końca sezonu będzie bardzo groźna.

 

4. Bez zwycięstwa

Jak na razie poza Saints tylko jedna ekipa nie zaznała jeszcze smaku zwycięstwa: Cleveland Browns. Nie żeby było to dla kogoś wielkim zaskoczeniem.

 

5. Ciężki początek Packers

Ekipa z Green Bay była uważana za głównego faworyta do zwycięstwa w Super Bowl. Była, bo po kiepskim starcie już nie jest. Co prawda potrafili wygrać ważny mecz z Chicago, a w niedzielę pokonali Saints, ale bilans 2-2 jest dla nich wysoce niezadowalający. Jasne, można mówić, że w meczu z Seahawks zwycięstwo odebrali im sędziowie, ale trzeba zauważyć, że gdyby Packers zagrali na swoim poziomie, to to ostatnie rozpaczliwe podanie ekipy z Seattle byłoby bez znaczenia. Aaron Rodgers dopiero w ostatni weekend przypomniał sobie, że jest aktualnym MVP ligi, gra biegowa nie istnieje, a obrona przeciwko podaniom to jakiś żart. W tym kontekście cieszyć może powrót do formy sprzed dwóch sezonów Claya Matthewsa, który ma już więcej sacków niż w całym zeszłym roku i jest w tej kategorii drugim najlepszym graczem w lidze. Na szczęście Packers mogą już iść tylko w górę, ale w tej formie trudno im będzie pokonać 49ers czy Falcons.

 

6. Rollercoaster Patriots

Drugi z moich ulubionych zespołów również nie może zaliczyć początku sezonu do udanych, jednak bilans 2-2 w ich przypadku wygląda lepiej niż u Packers. Niewiele zabrakło, by w Bostonie cieszyli się niepokonaną drużyną. Oba zwycięstwa były nader przekonujące, a porażki to przegrane o field goal. W meczu z niepokonanymi Cardinals Patriots grali słabo, ale byli o precyzyjny strzał Stephena Gostkowskiego od zwycięstwa. Z kolei z Ravens przegrali na wyjeździe zaledwie jednym punktem, a w tym meczu spotkały się dwie z trzech najsilniejszych ekip AFC.

Patriots już nie opierają się na podaniach Brady’ego do Welkera, Hernandeza i Gronkowskiego. Do celów Brady’ego doszedł Brandon Lloyd, a dodatkowo Pats zyskali niebywale groźną broń w postaci dwugłowego potwora na pozycji running backa. W niedzielnym meczu z Bufflo Bills Steven Ridley i Brandon Bolden przekroczyli 100 jardów w grze dołem (obaj), a dodatkowo Rob Gronkowski i Wes Welker zanotowali ponad 100 jardów złapanych podań (też obaj). To dopiero drugi taki przypadek w historii ligi i sporo mówi o wielowymiarowości ataku New England. Nieco gorzej jest w obronie. Co prawda pierwsze dwie linie trzymają się świetnie, ale ostatnia linia wciąż ma problemy z zatrzymaniem długich podań.

 

7. Wrócili sędziowie

Czwarta kolejka to zakończenie lockoutu sędziów. Po licznych błędach popełnianych przez ich zastępców, arbitrzy wkroczyli na boiska witani przez widzów owacyjnie. Ale miesiąc miodowy skończył się błyskawicznie. Oglądałem mecz Packers – Saints, w którym błędy sędziów niemal kosztowały Green Bay zwycięstwo. I o ile rozumiem błędy popełniane przy ocenie zderzenia kilku chłopa o masie 150 kg. każdy, kiedy decyzję trzeba podjąć w ułamku sekundy, to naprawdę trudno mi zrozumieć jakim cudem na powtórce telewizyjnej sędziowie zobaczyli co innego niż komentatorzy, kibice, trenerzy, zawodnicy (od tego sezonu powtórki puszczane są na telebimach) i moja skromna osoba przed monitorem.

Wszystkie oczy na RG3

Wreszcie! Pierwszy tydzień prawdziwego footballu za nami. A w nim kilka niespodzianek, ale tylko jedna prawdziwa sensacja. Robert Griffin III spisał się zdecydowanie najlepiej z pierwszorocznych debiutantów i poprowadził swoich Redskins do nieoczekiwanego wyjazdowego zwycięstwa w Nowym Orleanie. Ponadto w podsumowaniu kolejki niespodziewanie kompletni Patriots, porażka mistrzów na inaugurację, kiepski początek Packers i problemy QB debiutantów. Zapraszam!

 

RG31. RG3 is for real

Washington Redskins zapłacili Rams królewski okup za drugie miejsce w drafcie, które spożytkowali na rozgrywającego Roberta Griffina III. Ten odpłacił im fenomenalną grą w debiucie. Podał na 320 jardów, 2 TD, nie popełnił żadnej straty i bardzo niewiele błędów, a jego Redskins sensacyjnie wygrali na trudnym terenie w Nowym Orleanie 40:32.

Inna sprawa, że Saints nie byli w stanie wygenerować żadnej presji na QB rywali. Wygląda na to, że obrona Saints nie uległa poprawie, a nieobecność charyzmatycznego trenera Seana Paytona (zawieszony na cały sezon) jeszcze pogarsza sprawę. W tej sytuacji znów cały ciężar drużyny na barkach dźwigać będzie Drew Breese, który akurat na inaugurację miał nieco słabszy dzień. Oczywiście jak na niego, bo wielu innych rozgrywających byłoby dumnych z takiego występu.

 

2. Wyjątkowo nieskoordynowane podania

W zeszłym roku w obliczu braku offseason z powodu lockoutu, obrona, zwłaszcza przeciw podaniom, nie stała na najwyższym poziomie, co pozwoliło wyprodukować cała masę rekordów. Jednak w tym roku część rozgrywających boleśnie się przekonała, że formacje defensywne wróciły do dawnej formy. Nie licząc debiutantów (o nich osobno za chwilę) najciężej przyswojenie tej prawdy poszło Michaelowi Vickowi z Eagles, który rzucił cztery piłki w ręce rywali oraz Mathewowi Staffordowi z Lions, który zaliczył 3 INT. Co ciekawe obaj zdołali wygrać swoje mecze, podając na touchdown w ostatnich minutach.

 

3. NFL to nie NCAA

A przekonali się o tym boleśnie wszyscy debiutujący QB, za wyjątkiem wspomnianego wcześniej RG3. Andrew Luck, Ryan Tannehill i Brandon Weeden posłali w sumie w ręce rywali aż dziesięć podań. Najlepiej z tej trójki wypadł Luck, który oprócz 3 INT posłał jedno podanie na TD i zaliczył ponad 300 jardów górą (choć na kiepskiej skuteczności). Tannehill z Weedenem wypadli fatalnie. Zwłaszcza Weeden, który posłał do celu jedynie nieco ponad 1/3 podań, zaliczył 4 INT i ogólnie miał katastrofalny dzień. A gdyby był w stanie wygenerować cokolwiek pozytywnego w ataku, to świetna obrona Browns wygrałaby mecz za niego.

Na tym tle stosunkowo dobrze spisał się Russel Wilson, niespodziewany podstawowy QB Seattle Seahawks. Co prawda ekipa ze stanu Waszyngton przegrała z Cardinals, ale Wilson miał niezłe momenty przeciwko naprawdę solidnej obronie Arizony. Oczywiście miał też momenty słabsze, ale u debiutanta to nie do uniknięcia.

Jednak oceniając debiutantów trzeba pamiętać, ze Griffin z Wilsonem mają zdecydowanie silniejsze drużyny, zwłaszcza w obronie, niż pozostała trójka, choć i obrona Browns pokazała, że jest niczego sobie.

 

4. Payton kontratakuje?

Payton Manning w swoim debiucie w barwach Broncos pokazał wszystkim niedowiarkom (w tym mi), że wciąż jest w nim życie. Poprowadził swoją ekipę do pewnego zwycięstwa nad twardą defensywą Pittsburgh Steelers, wyglądając momentami jak ten stary Manning, MVP ligi i Super Bowl. Zobaczymy co będzie po kilku tygodniach, ale jak na razie akcje Denver Broncos skoczyły gwałtownie w górę.

 

5. Mistrzowie polegli na inaugurację

W pierwszym, rozegranym jeszcze w środę spotkaniu, New York Giants przegrali u siebie z Dallas Cowboys. Jak na razie to właśnie Cowboys sprawiają najlepsze wrażenie ze wszystkich ekip w NFC East. Dobry mecz rozegrał QB Cowboys Tony Romo i to mimo że jego O-line uparła się, że potrzeba mu trochę bliskiego kontaktu z obrońcami rywala. Z kolei pierwsza linia obrony Giants po staremu siała spustoszenie, póki nie zabrakło im sił. Mistrzowie mają zdecydowanie zbyt krótką ławkę w tej formacji.

 

6. Patriots załatali dziury

Z ogromną radością obejrzałem pierwszy mecz Patriots z Tennessee Titans. W porównaniu z zeszłym sezonem drużyna jest o niebo lepsza. Brady, jak to Brady robił swoje, choć w jednej akcji rywale rozbili mu nos. A miałby jeszcze lepsze statystyki, gdyby nie upuszczone na początku meczu dwa podania.

Brandon Lloyd jest zdecydowanie lepszym WR od Deiona Brancha i to mimo paskudnie upuszczonego podania, które złapane dałoby mu pierwsze TD w barwach Patriots. Nieco niewidoczny był Wes Welker, ale ten zawodnik na pewno zrobi swoje. Jak zwykle największe zagrożenie nadchodziło ze strony duetu Rob Gronkowski – Aaron Hernandez. Obaj bostońscy TE złapali po jednym podaniu na TD i mieli najwięcej jardów w akcjach podaniowych ze wszystkich reciverów.

Niespodziewanie dobrze wypadła O-line, która całkiem nie najgorzej chroniła Brady’ego (choć kilka razy się zachwiała), a także torowała drogę Stevenowi Ridleyowi. Drugoroczny RB może nie ma tak pewnych rąk jak BenJarvus Green-Ellis, ale za to jest zdecydowanie szybszy i dynamiczniejszy, co pozwoliło mu na zdobycie 125 jardów. Na pewno będzie w tym roku jednym z kluczowych ogniw ofensywy.

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie nowa obrona. Obawiałem się o jej kondycję po odejściu Andre Cartera i Marka Andersona. Niepotrzebnie. Dwaj debiutanci, Chandler Jones i Dont’a Hightower zastępują ich więcej niż godnie. W drugiej kwarcie ten pierwszy wymusił fumble, które ten drugi odzyskał i doniósł do pola punktowego rywali. Ponadto obaj odgrywali niezwykle istotną rolę w obronie przeciwko akcjom biegowym. Pierwsza linia obrony Patriots pozwoliła rywalom na przebiegnięcie, uwaga, 20 jardów w całym meczu. Chris Johnson, jeden z najlepszych RB w lidze w 11 próbach przeszedł 4 (słownie: cztery) jardy. Większość jego biegów kończyła się wręcz stratą jardów.

Nieco słabiej wyglądała secondary, która popełniła kilka błędów na początku meczu, ale potem dopasowała się poziomem do D-line i linebackerów. Jednak to właśnie tu jest potencjalny słaby punkt tej drużyny, która poza tym wygląda na gotową do ponownego marszu do Super Bowl.

Oczywiście Titans nie byli najmocniejszym przeciwnikiem, jednak nie należą też do słabeuszy i mają realne szanse na włączenie się do walki o play-off. Przekonujące zwycięstwo na wyjeździe to bardzo dobry prognostyk na resztę sezonu.

 

7. Falstart Packers

Moja druga ekipa zainaugurowała sezon dość kiepsko, przegrywając u siebie mecz, który może się powtórzyć w finale NFC. San Francisco 49ers nie stracili nic ze swoich atutów z zeszłego roku, kiedy niespodziewanie wdarli się do finału NFC, a do tego poprawili grę podaniową i ofensywę w Red Zone.

Packers mieli nieco słabszy dzień w ataku. Aaron Rodgers zagrał dobrze, ale już nie na tym niebotycznym poziomie, który zapewnił mu tytuł MVP w zeszłym sezonie. Przede wszystkim zawiódł, nie potrafiąc poprowadzić wyrównującego drive’u w końcówce, gdy dostał taką okazję. Martwi słaba dyspozycja ataku biegowego. Cedrick Benson walił głową w mur, pozostali gracze nie spisywali się lepiej. Fakt, że przeciwko obronie 49ers każdy RB wygląda jakby walił głową w mur, więc z ferowaniem ostatecznych wyroków watro poczekać przynajmniej do drugiego meczu.

Niezbyt podobała mi się dyspozycja obrony, zwłaszcza podaniowej. Alex Smith nie jest rozgrywającym tej klasy, by mieć z nim takie kłopoty. Dodatkowo WR Michael Crabtree i Randy Moss zdecydowanie za łatwo uciekali swoim obrońcom. Duża w tym „zasługa” Nicka Perry’ego. Debiutant został przesunięty z pozycji DE na linebackera i tak jak gra przeciwko biegowi i wywieranie presji na Smitha szły mu nawet nieźle, tak w sytuacjach gdy musiał wesprzeć obronę podaniową gubił się zupełnie, pozwalając na łatwe podania na krótkie i średnie dystanse. Perry odciążył nieco Claya Matthewsa, który zanotował aż 2,5 sacka, jednak większość w końcówce. Przez trzy kwarty Matthews był niemal niewidoczny.

Za wcześnie jeszcze by bić na alarm, ale w drugiej kolejce na Lambou Field przyjeżdżają Chicago Bears. Jeśli tego meczu Packers nie zdołają wygrać, Mike McCarthy będzie musiał rozważyć głębsze zmiany.