Alabama pierwsza na półmetku

Poprzedni weekend był ósmym w tym sezonie, podczas którego grała NCAA – amerykańska liga uniwersytecka. Oczywiście mówimy o jej footbolowej części, bo cała NCAA prowadzi rozgrywki w kilkudziesięciu dyscyplinach, które siłą rzeczy mają odmienne kalendarze.

Alabama Crimson TideAle wróćmy do footballu, a zwłaszcza FBS (Football Bowl Subdivision, czasem nazywana też Division I), czyli elity najlepszych footballowych uczelni w USA. Półmetek sezonu to czas, kiedy swój pierwszy ranking publikuje BCS (Bowl Championship Series), czyli organizacja odpowiedzialna za organizację najbardziej prestiżowych Bowls (meczy o jakiś puchar kończących sezon), w tym meczu o akademickie mistrzostwo USA między dwoma najlepszymi w minionym roku uczelniami w kraju.

 

Aby zrozumieć czym są Bowls i ranking BCS musimy sięgnąć do systemu rozgrywek NCAA w footballu. W USA są setki uczelni mających swoje drużyny. Najsilniejsze zebrane są w FBS. Ale i samo FBS podzielone jest na 11 konferencji liczących sobie 7-14 drużyn. Podziały wynikają najczęściej z kwestii geograficznych, ale pewne znaczenie mają też kwestie historyczne. Do tego dochodzą uczelnie niezrzeszone w konferencjach, ale będące członkami FBS (np. Notre Dame czy szkoły oficerskie US Army i US Navy).

Każda konferencja niezależnie wyłania swojego mistrza. Niektóre mają play-offy, niektóre nie. Niektóre mają wewnętrzny podział na dwie dywizje, inne nie. Do tego w USA żywa jest tradycja Bowls, czyli kończących sezon meczów o taki czy inny puchar, których jest cała masa. Oczywiście jedne są bardziej prestiżowe i zapraszają lepsze drużyny, inne są mniej ważne i grają w nich średniacy.

Najbardziej prestiżowych jest pięć meczy organizowanych przez BCS, w których z reguły grają mistrzowie i wicemistrzowie poszczególnych konferencji. A absolutnie najbardziej prestiżowym jest BCS Championship Game, w której spotykają się dwie najlepsze akademickie ekipy w kraju.

 

Przez lata zespoły akademickie rywalizowały cały sezon, a  tytuł najlepszej przyznawano w głosowaniu. Najpierw głosowali trenerzy, potem eksperci. Od powstania BCS o kolejności w rankingu decyduje specjalny ranking. Jest on tak cholernie skomplikowany, że mało kto w uniwersyteckim footballu go rozumie, ale wyjaśnię pokrótce jakie kryteria bierze pod uwagę. Pierwszym jest głosowanie trenerów. Drugim jest głosowanie ekspertów. Oczywiście te dwa pierwsze biorą pod uwagę wskaźnik zwycięstw i porażek. Trzecim, ustalanym przez komputer jest „trudność kalendarza”. Nie pytajcie mnie jak dokładnie liczy się ten współczynnik. Ogólnie mówiąc im trudniejsi przeciwnicy, tym wyższa wartość tego wskaźnika i szansa na wyższe miejsce w rankingu.

To ostatnie kryterium ma uatrakcyjnić rozgrywki. Każda ekipa z NCAA gra po 12 meczy w sezonie zasadniczym. Jednak najczęściej przeciwników w konferencji/dywizji jest za mało, żeby tyle meczy zagrać. Drużyny ustalają więc kalendarz pozostałych meczy między sobą (ten proces też nie do końca ogarniam). Wskaźnik „trudności kalendarza” ma mobilizować ekipy, by dobierały sobie trudniejszych przeciwników i produkować więcej ciekawych spotkań.

 

Pierwszy raz w sezonie ranking BCS publikowany jest właśnie po ósmym tygodniu rozgrywek, kiedy wszystkie ekipy mają sześć rozegranych meczy. W sumie jest 16 kolejek, każdy zespół ma cztery kolejki wolne (przypomnę, w NFL 17 kolejek, tylko jedna wolna). W zeszłym roku sytuacja była absolutnie wyjątkowa. W BCS Championship Game zmierzyły się Alabama (#2) i LSU(#1). Wyjątkowość polegała na tym, że obie te uczelnie wywodzą się nie tylko z jednej konferencji, ale nawet z jednej dywizji. Alabama przegrała w sezonie zasadniczym i przez to nie wzięła udziału w finale konferencji SEC (wygrało go LSU). Jednak w rankingu obie te ekipy uznano za najlepsze, więc zmierzyły się w niewiarygodnym finale, w którym genialna obrona Alabamy nie pozwoliła rywalom przez trzy kwarty wyjść z własnej połowy. Ostatecznie Alabama wygrała 21:0.

Obecnie w NFL gra kilku zawodników mistrzowskiej ekipy, ale nie spowolniło to Alabamy, która w rankingu BCS jest na pierwszym miejscu. Prowadzi ją jak zwykle świetna obrona, która pozwala rywalom na zdobycie najmniejszej ilości punktów ze wszystkich ekip w FBS. Ważnym ogniwem jest też grupa running backów i QB A.J. McCarron, który świetną grą stał się jednym z kandydatów do Nagrody Heismana. Trzecioroczniak w sześciu meczach zanotował 12 TD i żadnego (!) INT. Uczciwie trzeba przyznać, że Geno Smith z West Wirginia ma jeszcze bardziej niesamowity bilans (25-0), ale Alabama to przede wszystkim gra biegowa, podczas gdy West Wirginia gra raczej górą. No i Alabama wygrywa, tymczasem WV ma na koncie już jedną porażkę.

Alabama może nie oddać prowadzenia już do końca, choć ma przed sobą jeden niezwykle trudny mecz. 3 listopada jedzie do odwiecznego rywala LSU, który pała rządzą rewanżu ze zeszłoroczne BCS Championship Game. Ten mecz w prime time (20.00 ET) nadawać będzie na cały kraj telewizja CBS. U nas będzie to 2 w nocy, ale poważnie zastanawiam się nad zarwaniem, zwłaszcza że następnego dnia niedziela.

Kontrowersje wzbudziło drugie miejsce w rankingu. Zajęła je Floryda, jednak niektórzy powątpiewają w ich talenty ofensywne, wskazując, że ekipa ta nie ma w ogóle gry podaniowej. Krytycy twierdzą, że trzeci Oregon to ekipa znacznie bardziej kompletna. Dyspozycja Florydy zostanie poważnie przetestowana w sobotę, gdy na Florydę przyjeżdża siódma w rankingu BCS ekipa Południowej Karoliny. Oregon wygrał łatwo wyjazdowy mecz przeciwko Arizona State w jedynej czwartkowej konfrontacji w FBS. Arizona State to dość silna ekipa i to zwycięstwo będzie poważnym argumentem na rzecz awansu Oregonu, zwłaszcza jeśli Floryda będzie męczyła się z Karoliną (jeśli przegrają spadną automatycznie).

 

Jak na razie wszystko wskazuje na to, że w BCS Chamionship Game zagra Alabama przeciwko Florydzie albo Oregonowi, ale akademicki football jest jeszcze bardziej nieprzewidywalny niż NFL, a do dogrania pozostało pół sezonu.

 

Patriots przegrywają na własne życzenie

Tak jak pisałem wczoraj, po podsumowaniu kolejki nadszedł czas na dokładniejsze opisanie meczów moich ulubionych Patriots i Packers. Oba zespoły zakończyły weekend w diametralnie odmiennych nastrojach.

Patriots at SeahawksPatriots pojechali na trudny teren do odrodzonych Seattle Seahawks. Stadion w stanie Waszyngton to jedna z najgłośniejszych aren w lidze, a twarda obrona i młody mobilny QB Russel Wilson okazały się wielkim wyzwaniem dla przeciwników w tym sezonie. Pierwsza kwarta pokazała, że łatwo nie będzie. Ofensywy wymieniały cios za cios, a  defensywy nie mogły sobie poradzić. Jednak w drugiej kwarcie obrona Patriots stanęła wreszcie na wysokości zadania i goście wyszli na prowadzenie 17:10. Wówczas miało miejsce kilkadziesiąt sekund, które było moim zdaniem przełomową chwilą w tym spotkaniu.

Na 48 sekund przed końcem pierwszej połowy Seattle wykonywało punt z własnego 38 jarda. Na stadionie cały czas padało i wiało. Wydawało się, że Seahawks odkopną piłkę, Tom Brady klęknie i oba zespoły udadzą się do szatni. Jednak punter gospodarzy nie zdołał złapać snapu i Patriots mieli 40 sekund i piłkę 24 metry od pola punktowego rywali. Nie zdołali jednak zdobyć touchdownu, a idiotyczne przewinienie Brady’ego pozbawiło ich nawet szans na field goal. Zemściło się też złe zarządzanie zegarem. Patriots pozwolili uciec kilkunastu sekundom nie biorąc czasu, a  w końcówce zabrakło im jednej przerwy na żądanie, by zatrzymać zegar. Przerwy, którą zużyli, bo dwie minuty wcześniej w obronie mieli 12 zawodników na boisku (gdyby nie wzięli czasu zostaliby cofnięci o 10 jardów).

W drugiej połowie obrona Patriots kontrolowała sytuację, ale ofensywa była cieniem samej siebie. Najlepszy atak ligi bił głową w mur najlepszej obrony ligi i zdołał zdobyć tylko dwa field goale. Brady znów popełniał zbyt dużo błędów, posyłając kilka niecelnych podań w prostych sytuacjach. Dwa razy przechwycili je obrońcy Seahawks. Dwa field goale to wszystko na co było stać ofensywę Patriots w drugiej połowie, ale obrona gości dzielnie trzymała się przez półtorej kwarty. Wówczas Seattle wróciło do sprawdzonego sposobu z pierwszej kwarty – dalekich podań za całą linię obrony. Okazało się, że secondary Patriots wciąż sporo brakuje, by dotrzymać kroku rywalom, którzy zdołali odrobić straty i wygrać jednym punktem.

Z pozytywów należy odnotować powrót Aarona Hernandeza, który chyba jeszcze nie jest w 100% zdrowy, ale i tak stanowił spore zagrożenie dla obrony rywali. Niestety w końcówce kontuzji barku doznał Brandon Lloyd i na razie nie wiadomo na ile jest ona poważna.

Najgorsze, że sporo winy za porażkę należy złożyć na barkach Toma Brady’ego i sztabu szkoleniowego. O błędach tego pierwszego już pisałem. Ale kilkukrotne złe zarządzanie zegarem i czasami obciąża rozgrywającego w takim samym stopniu jak sztab szkoleniowy. Ponadto w footballu zagrywki najczęściej są podawane zza linii bocznej. Oczywiście QB może zmienić zagrywkę, jeśli widzi coś niepokojącego na boisku, ale taktykę wytyczają trenerzy. I w tej sytuacji pytam się jak to możliwe, że Pats, mający jeden z najlepszych ataków biegowych w lidze w tym roku (wciąż nie mogę wyjść ze zdziwienia) posłali górą 58 (!) piłek, jednocześnie grając tylko 26 akcji biegowych. Przy prowadzeniu! Przy deszczu i wietrze! Aż się prosiło, by spowalniać mecz grając dołem. Fakt, że Ridley nie był najlepiej dysponowany, a Bolden odniósł kontuzję, ale w końcówce naprawdę należało grać przez nieźle spisującego się Woodheada.

Wciąż słabym punktem drużyny jest secondary, czyli ostatnia linia obrony. Defensywni liniowi i linebackerzy spisują się świetnie. Marshawn Lynch, jeden z najlepszych RB ligi w pięciu pierwszych meczach zgromadził przeszło 500 jardów dołem. Z Patriots ledwo przekroczył 40. Średnio  przebiegał 4.5 jarda w jednej próbie, z Patriots zaledwie 2.7. Zasłony, krótkie i średnie podania, to wszystko obrona Pats z łatwością powstrzymywała. Ale gdy tylko Russel Wilson posyłał długie, kilkudziesięciojardowe podania, cornerbackowie i safety bostońskiej ekipy byli jak dzieci we mgle. Niestety ten problem będzie powracał. Bill Belichick musi coś wymyślić, w przeciwnym wypadku każdy QB mający dobre długie podania będzie w ten sposób karcił drużynę Patriots. Na szczęście nie grozi im to w arcyważnym niedzielnym meczu z Jets. To drużyna, która lubi grać po ziemi, a na to Pats są gotowi.

 

W odmiennych nastrojach są Packers. Niestety nie miałem okazji oglądać ich wyjazdowego meczu z Houston Texans, bo zaczął się o 2.30 w nocy naszego czasy, ale same statystyki robią kolosalne wrażenie. Aaron Rodgers, który po słabym początku zaczyna się rozkręcać, wreszcie zagrał jak zeszłoroczny MVP. Po jego podaniach Green Bay zaliczyło aż 6 TD i niepokonana do tej pory ekipa z Houston została kompletnie rozbita. Niezły dzień miała również obrona, która zdołała ograniczyć teksańską koalicję running backów do zaledwie 90 jardów, jednocześnie notując 3 przechwyty i 3 sacki. Po drugiej stronie na swoim poziomie zagrał jedynie siejący spustoszenie drugoroczny DL J.J. Watt, który staje się coraz poważniejszym kandydatem do nagrody defensywnego gracza roku, a nawet MVP.

Packers to w tym roku ekipa wyjątkowo nierówna i chimeryczna. Meczem w Houston pokazali swój potencjał. Jeśli będą grali tak dalej, to mogą jeszcze zawalczyć o Super Bowl. Jednak na razie muszą wejść do play-offów. Czyżby Mike McCarthy miał problemy ze zmotywowaniem swoich graczy?

W tym tygodniu Packers jadą do St. Louis na mecz z Rams. Mecz z gatunku tych, które zespół chcący się liczyć w walce o tytuł po prostu musi wygrywać.

Falcons jedyni niepokonani

Od tego tygodnia postanowiłem nieco zmienić formę podsumowań kolejki. Najpierw będę pisał notkę o całej kolejce, a następnego dnia, w osobnym tekście omawiał mecze moich ulubionych Patriots i Packers. Zapraszam do lektury!

 

Julio JonesAtlanta Falcons pozostają jedyną niepokonaną drużyną w NFL. W niedzielę męczyli się okrutnie z Oakland Raiders, a Matt Ryan posłał aż trzy piłki w ręce obrońców rywali. Zaciął się ten zabójczy atak, napędzany przez Ryana oraz reciverów: Tony’ego Gonzaleza, Roddy’ego White’a i Julio Jonesa.

W ogóle Falcons to dość nietypowy lider NFL. Ich wygrane są często wymęczone, jak z Raiders, czy wygrane dość szczęśliwie po głupich błędach rywali, jak z Panthers. Statystycznie na tle ligi wypadają dość przeciętnie. Mają 15. atak i dopiero 21. obronę w lidze. Zaledwie dwie z sześciu wygranych były bardziej okazałe niż 8 punktów (tyle można odrobić w jednym posiadaniu piłki). Nawet ich świetny atak podaniowy jest dopiero 10. w lidze. Są na szóstym miejscu od końca jeśli chodzi o ilość punktów, na zdobycie których pozwalają rywalom. Właściwie wszystkie statystyki sytuują ich gdzieś w środku. Więc jakim cudem są jedynym zespołem w NFL, który po sześciu kolejkach ma komplet zwycięstw?

Na pewno część z tego można przypisać dość łatwemu kalendarzowi. Żaden z zespołów, z którymi grali Falcons, nie ma obecnie dodatniego bilansu. Ponadto znajdują się w dywizji, która w tym roku jest wyjątkowo słaba. Pogrążeni w kryzysie Saints, Panthers, których drugoroczny QB ma problemy z wejściem na „następny poziom” oraz Buccaniers, którzy nie potrafią się otrząsnąć od dziesięciu lat, czyli od swojego ostatniego mistrzostwa.

Jednak trzeba też wyraźnie powiedzieć, że Falcons mają po prostu wolę walki. Wygrywanie wyrównanych meczy nie jest prostą sztuką. Do tego ich defensywa wymusiła na rywalach 10 strat więcej niż popełniła ich ofensywa. Są na trzecim miejscu jeśli chodzi o ilość przechwytów i na drugim pod względem wymuszonych fumble. To właśnie te pozornie drobiazgi okazują się decydujące. W końcu gdyby nie fumble Cama Newtona w końcówce, Falcons przegraliby mecz z Panthers.

Niemal do końca sezonu Falcons mają bardzo łatwy terminarz. Teraz czeka ich bye week, czyli wolna niedziela. Za dwa tygodnie jadą do Filadelfii na mecz z nieprzewidywalnymi Eagles. Tak naprawdę do końca sezonu czekają ich tylko 2-3 mecze, w których nie będą oczywistymi faworytami. Dopiero play-off będą mogły powiedzieć coś więcej o realnej sile tej ekipy. A w postseason Matt Ryan przegrał 3 z 3 meczy, w których występował.

 

W skrócie:

1. Tegoroczna liga jest nadzwyczaj wyrównana. Zaledwie dziewięć zespołów ma na koncie więcej zwycięstw niż porażek. Aż 11 ma bilans 3-3. Zupełnie wyjątkowa sytuacja jest w AFC East, gdzie wszystkie drużyny mają bilans 3-3. Z kolei NFC West może pochwalić się trzema drużynami 4-2 i jedną 3-3.

2. Pierwszą porażkę ponieśli Houston Texans. Po pięciu meczach byli typowani na faworytów do wygrania Super Bowl. Jednak gdy do Texasu zawitał Aaron Rodgers w zeszłorocznej formie, Houston zostało rozbite. O tym meczu więcej napiszę jutro.

3. Z kolei w Cleveland radość z pierwszego zwycięstwa Browns, którzy dość niespodziewanie powstrzymali Cincinnati Bengals. Sprawili tym prezent swojemu QB Brandonowi Weedenowi, który w niedzielę skończył 29 lat.

4. Powtórka zeszłorocznego finału NFC znowu dla Giants. Tym razem jednak obrońcy mistrzowskiego tytułu kompletnie rozbili San Francisco 49ers, a rozgrywający Kalifornijczyków, Alex Smith, znów wyglądał na chłopca zagubionego w świecie dorosłych. Jeszcze kilka takich meczy i odżyją dyskusje o wyrzuceniu Smitha, które uciszyła jego niezła gra w zeszłym roku.

5. Czarne chmury nad Ravens. Jeszcze przed sezonem kontuzja wyłączyła z gry Terella Suggsa. W ostatnim meczu z  Cowboys poważnych urazów nabawiło się dwóch kluczowych graczy: Lardarius Webb i Ray Lewis. Poważnym problemem jest zwłaszcza strata tego drugiego, który od 17 lat jest symbolem drużyny z Baltimore. Ravens mają bilans 5-1 i do tej pory byli uznawani za poważnych kandydatów do mistrzostwa, bo wreszcie mają atak, który jest w stanie nadążyć za tradycyjnie rewelacyjną obroną. Jednak wobec urazów kluczowych graczy, obrona powoli zaczyna się rozsypywać i gra na znacznie słabszym poziomie niż przez ostatnią dekadę.

Trzy zespoły niepokonane po pierwszej ćwiartce sezonu

Witam po dłuższej przerwie spowodowanej problemami sprzętowo-internetowymi. W międzyczasie skończyliśmy pierwszą ćwiartkę sezonu zasadniczego. Co prawda sezon zasadniczy ma 17 kolejek, ale wszystkie drużyny poza Steelers i Colts rozegrały już 4 z 16 meczów, więc właściwie możemy mówić o zakończeniu pierwszego kwartału.

Jak wiadomo ćwiartka to dopiero początek zabawy, ale pewne trendy w tym sezonie możemy już dostrzec:

Patrick Peterson

1. Największa niespodzianka: Arizona Cardinals

Zespół z pustyni w lecie był pośmiewiskiem. Owszem, wszyscy doceniali dobrą obronę, ale sytuacja na rozegraniu gdzie słaby John Skelton rywalizował z żałosnym Kevinem Kolbem była dyżurnym żartem przez cały preseason. Tymczasem okazało się, że Cardinals potrafią użyć dobrej obrony jako odskoczni do niezłej gry. Kevin Kolb ma najlepszy statystycznie sezon w karierze, choć nie dokonuje rzeczy wielkich, a jedynie unika błędów. Atak nie jest zabójczy, ale przy świetnej dyspozycji obrony, napędzanej przez drugorocznego CB Patricka Petersona, taka forma ofensywy wystarcza. Cardinals zapewne nie wejdą do Super Bowl, a i o play-offy nie będzie tak łatwo, ale ten zespół ma naprawdę solidne fundamenty na których można budować przyszłość.

Tuż za zwycięzcą: Minnesota Vikings

Kto by się spodziewał, że Wikingowie zanotują tak dobry start? Na pewno nie ja. Wydawało się, że z Christianem Ponderem na rozegraniu, który miał katastrofalny debiutancki sezon i powracającym po długiej kontuzji Adrianem Petersonem, ekipa z Minnesoty będzie chłopcem do bicia. Tymczasem Ponder jest na najlepszej drodze, by wyrobić sobie markę solidnego gracza, a Peterson biega jakby zerwane więzadła przydarzyły się jego bratu-biźniakowi. Czy to nowy LT Matt Kalil był kluczem? Jak na razie ofensywny liniowy spisuje się znakomicie. Dzięki niemu Ponder nie musi tak się bać obrońców rywala, a Peterson ma wyczyszczone przedpole. Po pierwszych dwóch kolejkach nic nie wskazywało na zmartwychwstanie Vikings, ale ostatnie dwa zwycięstwa z 49ers i Lions udowodniły, że na tą ekipę trzeba w tym sezonie uważać.

 

2. Największy zawód: New Orleans Saints

Ile dla tej ekipy znaczył charyzmatyczny trener Sean Payton widać dopiero teraz, gdy został zawieszony przez ligę. Saints wciąż dysponują bardzo mocnym składem, na czele z jednym z najbardziej produktywnych QB ligi Drew Breesem. A mimo to przegrali wszystkie swoje cztery mecze. Nastroje w Nowym Orleanie mogłyby być inne, gdyby wygrali niedzielny mecz w Green Bay (wówczas z bólem serca w tej rubryce umieściłbym właśnie Packers), ale mimo pomocy sędziów przegrali jednym punktem. Czy brakuje im Seana Paytona czy jest to jakiś inny czynnik? Trudno powiedzieć. Na pewno swoje robi kompletny brak gry biegowej czy dziurawa obrona przeciwko podaniom. Swoje dołożyła też nieco słabsza niż w zeszłym roku forma Breesa. Jeśli Saints wkrótce nie zaczną seryjnie wygrywać, to ten sezon mogą spisać na straty.

 

3. Niepokonani

Poza wspomnianymi na początku Cardinals komplet zwycięstw odnieśli jedynie Atlanta Falcons i Houston Texans. Ci pierwsi korzystają ze świetnego ataku podaniowego, napędzanego przez Matta Ryana. Przyznaję, że nigdy nie przekonywała mnie jego gra, ale w lecie faktycznie zrobił ogromny krok naprzód. Falcons będą musieli jednak udowodnić, że potrafią wygrywać również w play-offach, żeby uznano ich za klasowy zespół.

Texans wyglądają na wschodzącą potęgę ligi. Choć stracili w lecie Mario Williamsa, którego skusiły monstrualne pieniądze w Bufflo (na razie wygląda, że na nie nie zasługiwał), to obrona wciąż należy do najlepszych w lidze. Atak, nietypowo jak na współczesną NFL, napędzają dwaj running backowie, Arien Foster i Ben Tate, choć i rozgrywający, Matt Schaub, ma niebagatelny wkład w zwycięstwa. Jeśli tę ekipę ominą kontuzje, to do końca sezonu będzie bardzo groźna.

 

4. Bez zwycięstwa

Jak na razie poza Saints tylko jedna ekipa nie zaznała jeszcze smaku zwycięstwa: Cleveland Browns. Nie żeby było to dla kogoś wielkim zaskoczeniem.

 

5. Ciężki początek Packers

Ekipa z Green Bay była uważana za głównego faworyta do zwycięstwa w Super Bowl. Była, bo po kiepskim starcie już nie jest. Co prawda potrafili wygrać ważny mecz z Chicago, a w niedzielę pokonali Saints, ale bilans 2-2 jest dla nich wysoce niezadowalający. Jasne, można mówić, że w meczu z Seahawks zwycięstwo odebrali im sędziowie, ale trzeba zauważyć, że gdyby Packers zagrali na swoim poziomie, to to ostatnie rozpaczliwe podanie ekipy z Seattle byłoby bez znaczenia. Aaron Rodgers dopiero w ostatni weekend przypomniał sobie, że jest aktualnym MVP ligi, gra biegowa nie istnieje, a obrona przeciwko podaniom to jakiś żart. W tym kontekście cieszyć może powrót do formy sprzed dwóch sezonów Claya Matthewsa, który ma już więcej sacków niż w całym zeszłym roku i jest w tej kategorii drugim najlepszym graczem w lidze. Na szczęście Packers mogą już iść tylko w górę, ale w tej formie trudno im będzie pokonać 49ers czy Falcons.

 

6. Rollercoaster Patriots

Drugi z moich ulubionych zespołów również nie może zaliczyć początku sezonu do udanych, jednak bilans 2-2 w ich przypadku wygląda lepiej niż u Packers. Niewiele zabrakło, by w Bostonie cieszyli się niepokonaną drużyną. Oba zwycięstwa były nader przekonujące, a porażki to przegrane o field goal. W meczu z niepokonanymi Cardinals Patriots grali słabo, ale byli o precyzyjny strzał Stephena Gostkowskiego od zwycięstwa. Z kolei z Ravens przegrali na wyjeździe zaledwie jednym punktem, a w tym meczu spotkały się dwie z trzech najsilniejszych ekip AFC.

Patriots już nie opierają się na podaniach Brady’ego do Welkera, Hernandeza i Gronkowskiego. Do celów Brady’ego doszedł Brandon Lloyd, a dodatkowo Pats zyskali niebywale groźną broń w postaci dwugłowego potwora na pozycji running backa. W niedzielnym meczu z Bufflo Bills Steven Ridley i Brandon Bolden przekroczyli 100 jardów w grze dołem (obaj), a dodatkowo Rob Gronkowski i Wes Welker zanotowali ponad 100 jardów złapanych podań (też obaj). To dopiero drugi taki przypadek w historii ligi i sporo mówi o wielowymiarowości ataku New England. Nieco gorzej jest w obronie. Co prawda pierwsze dwie linie trzymają się świetnie, ale ostatnia linia wciąż ma problemy z zatrzymaniem długich podań.

 

7. Wrócili sędziowie

Czwarta kolejka to zakończenie lockoutu sędziów. Po licznych błędach popełnianych przez ich zastępców, arbitrzy wkroczyli na boiska witani przez widzów owacyjnie. Ale miesiąc miodowy skończył się błyskawicznie. Oglądałem mecz Packers – Saints, w którym błędy sędziów niemal kosztowały Green Bay zwycięstwo. I o ile rozumiem błędy popełniane przy ocenie zderzenia kilku chłopa o masie 150 kg. każdy, kiedy decyzję trzeba podjąć w ułamku sekundy, to naprawdę trudno mi zrozumieć jakim cudem na powtórce telewizyjnej sędziowie zobaczyli co innego niż komentatorzy, kibice, trenerzy, zawodnicy (od tego sezonu powtórki puszczane są na telebimach) i moja skromna osoba przed monitorem.

Wszystkie oczy na RG3

Wreszcie! Pierwszy tydzień prawdziwego footballu za nami. A w nim kilka niespodzianek, ale tylko jedna prawdziwa sensacja. Robert Griffin III spisał się zdecydowanie najlepiej z pierwszorocznych debiutantów i poprowadził swoich Redskins do nieoczekiwanego wyjazdowego zwycięstwa w Nowym Orleanie. Ponadto w podsumowaniu kolejki niespodziewanie kompletni Patriots, porażka mistrzów na inaugurację, kiepski początek Packers i problemy QB debiutantów. Zapraszam!

 

RG31. RG3 is for real

Washington Redskins zapłacili Rams królewski okup za drugie miejsce w drafcie, które spożytkowali na rozgrywającego Roberta Griffina III. Ten odpłacił im fenomenalną grą w debiucie. Podał na 320 jardów, 2 TD, nie popełnił żadnej straty i bardzo niewiele błędów, a jego Redskins sensacyjnie wygrali na trudnym terenie w Nowym Orleanie 40:32.

Inna sprawa, że Saints nie byli w stanie wygenerować żadnej presji na QB rywali. Wygląda na to, że obrona Saints nie uległa poprawie, a nieobecność charyzmatycznego trenera Seana Paytona (zawieszony na cały sezon) jeszcze pogarsza sprawę. W tej sytuacji znów cały ciężar drużyny na barkach dźwigać będzie Drew Breese, który akurat na inaugurację miał nieco słabszy dzień. Oczywiście jak na niego, bo wielu innych rozgrywających byłoby dumnych z takiego występu.

 

2. Wyjątkowo nieskoordynowane podania

W zeszłym roku w obliczu braku offseason z powodu lockoutu, obrona, zwłaszcza przeciw podaniom, nie stała na najwyższym poziomie, co pozwoliło wyprodukować cała masę rekordów. Jednak w tym roku część rozgrywających boleśnie się przekonała, że formacje defensywne wróciły do dawnej formy. Nie licząc debiutantów (o nich osobno za chwilę) najciężej przyswojenie tej prawdy poszło Michaelowi Vickowi z Eagles, który rzucił cztery piłki w ręce rywali oraz Mathewowi Staffordowi z Lions, który zaliczył 3 INT. Co ciekawe obaj zdołali wygrać swoje mecze, podając na touchdown w ostatnich minutach.

 

3. NFL to nie NCAA

A przekonali się o tym boleśnie wszyscy debiutujący QB, za wyjątkiem wspomnianego wcześniej RG3. Andrew Luck, Ryan Tannehill i Brandon Weeden posłali w sumie w ręce rywali aż dziesięć podań. Najlepiej z tej trójki wypadł Luck, który oprócz 3 INT posłał jedno podanie na TD i zaliczył ponad 300 jardów górą (choć na kiepskiej skuteczności). Tannehill z Weedenem wypadli fatalnie. Zwłaszcza Weeden, który posłał do celu jedynie nieco ponad 1/3 podań, zaliczył 4 INT i ogólnie miał katastrofalny dzień. A gdyby był w stanie wygenerować cokolwiek pozytywnego w ataku, to świetna obrona Browns wygrałaby mecz za niego.

Na tym tle stosunkowo dobrze spisał się Russel Wilson, niespodziewany podstawowy QB Seattle Seahawks. Co prawda ekipa ze stanu Waszyngton przegrała z Cardinals, ale Wilson miał niezłe momenty przeciwko naprawdę solidnej obronie Arizony. Oczywiście miał też momenty słabsze, ale u debiutanta to nie do uniknięcia.

Jednak oceniając debiutantów trzeba pamiętać, ze Griffin z Wilsonem mają zdecydowanie silniejsze drużyny, zwłaszcza w obronie, niż pozostała trójka, choć i obrona Browns pokazała, że jest niczego sobie.

 

4. Payton kontratakuje?

Payton Manning w swoim debiucie w barwach Broncos pokazał wszystkim niedowiarkom (w tym mi), że wciąż jest w nim życie. Poprowadził swoją ekipę do pewnego zwycięstwa nad twardą defensywą Pittsburgh Steelers, wyglądając momentami jak ten stary Manning, MVP ligi i Super Bowl. Zobaczymy co będzie po kilku tygodniach, ale jak na razie akcje Denver Broncos skoczyły gwałtownie w górę.

 

5. Mistrzowie polegli na inaugurację

W pierwszym, rozegranym jeszcze w środę spotkaniu, New York Giants przegrali u siebie z Dallas Cowboys. Jak na razie to właśnie Cowboys sprawiają najlepsze wrażenie ze wszystkich ekip w NFC East. Dobry mecz rozegrał QB Cowboys Tony Romo i to mimo że jego O-line uparła się, że potrzeba mu trochę bliskiego kontaktu z obrońcami rywala. Z kolei pierwsza linia obrony Giants po staremu siała spustoszenie, póki nie zabrakło im sił. Mistrzowie mają zdecydowanie zbyt krótką ławkę w tej formacji.

 

6. Patriots załatali dziury

Z ogromną radością obejrzałem pierwszy mecz Patriots z Tennessee Titans. W porównaniu z zeszłym sezonem drużyna jest o niebo lepsza. Brady, jak to Brady robił swoje, choć w jednej akcji rywale rozbili mu nos. A miałby jeszcze lepsze statystyki, gdyby nie upuszczone na początku meczu dwa podania.

Brandon Lloyd jest zdecydowanie lepszym WR od Deiona Brancha i to mimo paskudnie upuszczonego podania, które złapane dałoby mu pierwsze TD w barwach Patriots. Nieco niewidoczny był Wes Welker, ale ten zawodnik na pewno zrobi swoje. Jak zwykle największe zagrożenie nadchodziło ze strony duetu Rob Gronkowski – Aaron Hernandez. Obaj bostońscy TE złapali po jednym podaniu na TD i mieli najwięcej jardów w akcjach podaniowych ze wszystkich reciverów.

Niespodziewanie dobrze wypadła O-line, która całkiem nie najgorzej chroniła Brady’ego (choć kilka razy się zachwiała), a także torowała drogę Stevenowi Ridleyowi. Drugoroczny RB może nie ma tak pewnych rąk jak BenJarvus Green-Ellis, ale za to jest zdecydowanie szybszy i dynamiczniejszy, co pozwoliło mu na zdobycie 125 jardów. Na pewno będzie w tym roku jednym z kluczowych ogniw ofensywy.

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie nowa obrona. Obawiałem się o jej kondycję po odejściu Andre Cartera i Marka Andersona. Niepotrzebnie. Dwaj debiutanci, Chandler Jones i Dont’a Hightower zastępują ich więcej niż godnie. W drugiej kwarcie ten pierwszy wymusił fumble, które ten drugi odzyskał i doniósł do pola punktowego rywali. Ponadto obaj odgrywali niezwykle istotną rolę w obronie przeciwko akcjom biegowym. Pierwsza linia obrony Patriots pozwoliła rywalom na przebiegnięcie, uwaga, 20 jardów w całym meczu. Chris Johnson, jeden z najlepszych RB w lidze w 11 próbach przeszedł 4 (słownie: cztery) jardy. Większość jego biegów kończyła się wręcz stratą jardów.

Nieco słabiej wyglądała secondary, która popełniła kilka błędów na początku meczu, ale potem dopasowała się poziomem do D-line i linebackerów. Jednak to właśnie tu jest potencjalny słaby punkt tej drużyny, która poza tym wygląda na gotową do ponownego marszu do Super Bowl.

Oczywiście Titans nie byli najmocniejszym przeciwnikiem, jednak nie należą też do słabeuszy i mają realne szanse na włączenie się do walki o play-off. Przekonujące zwycięstwo na wyjeździe to bardzo dobry prognostyk na resztę sezonu.

 

7. Falstart Packers

Moja druga ekipa zainaugurowała sezon dość kiepsko, przegrywając u siebie mecz, który może się powtórzyć w finale NFC. San Francisco 49ers nie stracili nic ze swoich atutów z zeszłego roku, kiedy niespodziewanie wdarli się do finału NFC, a do tego poprawili grę podaniową i ofensywę w Red Zone.

Packers mieli nieco słabszy dzień w ataku. Aaron Rodgers zagrał dobrze, ale już nie na tym niebotycznym poziomie, który zapewnił mu tytuł MVP w zeszłym sezonie. Przede wszystkim zawiódł, nie potrafiąc poprowadzić wyrównującego drive’u w końcówce, gdy dostał taką okazję. Martwi słaba dyspozycja ataku biegowego. Cedrick Benson walił głową w mur, pozostali gracze nie spisywali się lepiej. Fakt, że przeciwko obronie 49ers każdy RB wygląda jakby walił głową w mur, więc z ferowaniem ostatecznych wyroków watro poczekać przynajmniej do drugiego meczu.

Niezbyt podobała mi się dyspozycja obrony, zwłaszcza podaniowej. Alex Smith nie jest rozgrywającym tej klasy, by mieć z nim takie kłopoty. Dodatkowo WR Michael Crabtree i Randy Moss zdecydowanie za łatwo uciekali swoim obrońcom. Duża w tym „zasługa” Nicka Perry’ego. Debiutant został przesunięty z pozycji DE na linebackera i tak jak gra przeciwko biegowi i wywieranie presji na Smitha szły mu nawet nieźle, tak w sytuacjach gdy musiał wesprzeć obronę podaniową gubił się zupełnie, pozwalając na łatwe podania na krótkie i średnie dystanse. Perry odciążył nieco Claya Matthewsa, który zanotował aż 2,5 sacka, jednak większość w końcówce. Przez trzy kwarty Matthews był niemal niewidoczny.

Za wcześnie jeszcze by bić na alarm, ale w drugiej kolejce na Lambou Field przyjeżdżają Chicago Bears. Jeśli tego meczu Packers nie zdołają wygrać, Mike McCarthy będzie musiał rozważyć głębsze zmiany.

Zawieszeni gracze Saints będą mogli zagrać od pierwszego tygodnia

W piątek specjalny mieszany trybunał, na który składają się przedstawiciele ligi i zawodników, zajął się apelacją Jonathana Vilmy i trzech innych byłych i obecnych graczy Saints. Przypomnijmy, czterech zawodników, którzy grali w  Saints w latach 2009-2011 zostało zawieszonych na różne ilości meczów w związku z udziałem w nielegalnym programie, podczas którego dodatkowo płacono za tzw. „big hits” czyli ostre zagrania w obronie oraz inne osiągnięcia w defensywie.

Liga uznała, że linebacker Jonathan Vilma, defensywny kapitan i jeden z liderów Saints był jednym z głównych koordynatorów programu i zawiesiła go na jeden rok. Pozostali gracze dostali kary od trzech do ośmiu meczy. Byli to DE Will Smith, LB Scott Fujita (obecnie w Browns) i DE Anthony Hargrove (pod koniec sierpnia zwolniony z Packers, szuka klubu).

Decyzja komitetu odwoławczego oznacza, że wszyscy ci gracze mogą zagrać w pierwszej kolejce meczów. Jednocześnie w wyroku zastrzeżono, że komisarz NFL Roger Goodell może ponownie zawiesić graczy jeśli udowodni, że celem programu nie było płacenie za dobre zagrania, tylko za celowe robienie krzywdy przeciwnikom.

Green Bay Packers przed sezonem 2012

W zeszłym roku Packers jak burza przeszli przez sezon zasadniczy, przegrywając tylko jeden mecz. Kiedy wszyscy szykowali się już na wielką fetę z okazji obronienia tytułu mistrzowskiego, New York Giants po mistrzowsku obnażyli wszystkie słabości Packers i po jednym meczu play-off wysłali ich na wakacje.

 

Green Bay Packers logoPacks wyciągnęli wnioski z nieudanego poprzedniego sezonu. Ofensywa funkcjonowała znakomicie, więc jej nie ruszali. Na rozegraniu pozostał Aaron Rodgers. Trudno zresztą pomyśleć, że aktualny MVP ligi i jeden z najwybitniejszych graczy na tej pozycji mógłby zostać przez Packers wypuszczony. Do dyspozycji ma całą plejadę fenomenalnych reciverów, lepszą nawet od ekipy, którą dysponuje Tom Brady. Na jej czele stoją Jordy Nelson i Greg Jennings, a wspierają ich weteran Donald Driver, młody zdolny Randall Cobb i wszechstronny TE Jermichael Finley.

Nieco większe problemy są w O-line. Jeszcze w kwietniu zwolniony został jej filar Chad Clifton, który nie przeszedł testów medycznych – po 165 meczach i 11 latach organizm odmówił wreszcie posłuszeństwa. W tej sytuacji bezcennym wzmocnieniem jest Jeff Saturday, doświadczony center, który do tej pory współpracował z Paytonem Manningiem w Colts. Jednak wciąż w O-line brakuje dobrych rezerwowych i w przypadku (tfu, tfu) kontuzji mogą być problemy ze złożeniem dobrze współpracującej piątki.

Na pozycji running backa jest James Starks, o tyle zdolny o ile nie potrafiący ustabilizować formy. Wydaje się więc, że podstawą gry biegowej będzie weteran Cedric Benson, pozyskany przed sezonem z Bengals. Pytanie jednak na ile zostało mu pary w nogach.

 

Dużo gorzej było w obronie. Ostatnia linia obrony na papierze jest jedną z najmocniejszych w NFL, ale nie funkcjonowała tak dobrze, jak oczekiwali trenerzy. W składzie wciąż są Charles Woodson, Tramon Williams czy Morgann Brunette, którzy jeśli tylko są w formie, stanowią śmiertelne zagrożenie dla każdego recivera. Naciska na nich trzech debiutantów, z których klub może mieć pożytek. Podobno trenerzy chcą częściej grać w ustawieniu „nickel” czyli z pięcioma graczami w ostatniej linii zamiast tradycyjnych czterech. W tej sytuacji jeszcze więcej zależeć będzie od tej grupy.

Linia obrony to przede wszystkim wielki B.J. Raji, który znany jest m.in. jako „zamrażarka” bo potrafi zamrozić grę biegową rywala. Obok niego może zagrać debiutant Jerel Worthy, który uznawany jest za duży talent, choć są wątpliwości co do jego zaangażowania.

Jeszcze kilka tygodni temu znakomicie wyglądał korpus linebackerów. Do Claya Matthewsa dołączył wybrany w pierwszej rundzie draftu Nick Perry. Wygląda na to, że w tym roku wreszcie zagrożenie sackiem będzie nadciągało z dwóch stron. W zeszłym roku samotnie szalejący Matthews był często podwajany, co uniemożliwiało mu tak skuteczną grę jak w kampanii 2009 zakończonej mistrzostwem. Niestety kontuzji nie wyleczył Frank Zombo, który zaczyna sezon na liście kontuzjowanych, a poważnego urazu nabawił się Desmond Bishop i nie wiadomo czy zobaczymy go w ogóle w tym roku na boiskach. W normalnych warunkach Bishop grałby w pierwszym składzie, a Zombo zapewne walczyłby o miejsce w wyjściowej jedenastce z Perrym. W tej sytuacji ogromna odpowiedzialność spocznie na A.J. Hawku, który wspólnie z (zapewne)  Robertem Francoisem będzie tworzył na środku pola zaporę przeciwko akcjom biegowym rywali.

 

Tak naprawdę dla powodzenia tego sezonu kluczowe będą dwie kwestie: uniknięcie kontuzji w O-line i na pozycji rozgrywającego oraz postawa Nicka Perry’ego i Jerela Worthy’ego. Jeśli ta dwójka zdoła wywrzeć presję na O-line rywali, to spuszczony ze smyczy Clay Matthews będzie siał spustoszenie wśród rozgrywających rywali. A to powinno ułatwić robotę drugiej linii obrony.

Packers uchodzą za faworytów nie tylko w NFC, ale i do końcowego triumfu w lidze. Jednak najpierw muszą uporać się z Bears i Lions we własnej dywizji. A i w ramach NFC, która w tym roku będzie wyjątkowo mocna, jest kilka innych zespołów, które mają chrapkę na Super Bowl.

Już w niedzielę do Green Bay przyjeżdżają San Francisco 49ers. Ten mecz powinien odpowiedzieć na kilka pytań, zwłaszcza o kondycję O-line i obronę przeciwko grze biegowej.

 

A jeszcze przed niedzielą na blogu przewodnik kibica na pierwszą kolejkę, czyli jaki mecz i dlaczego warto oglądać, a który można odpuścić.

New England Patriots przed sezonem 2012

Dziś w nocy meczem Cwobooys @ Giants startuje NFL. Ten mecz jednak opiszę po weekendzie w podsumowaniu kolejki, a na razie obiecane informacje o stanie moich dwóch ulubionych klubów przed sezonem. Na początek New England Patriots.

 

New England Patriots logoW zeszłym roku Pats byli o krok od tytułu. Przegrali Super Bowl o maślane ręce Wesa Welkera i nieprawdopodobny chwyt Mario Manninghama, a ich pogromcami po raz drugi w ciągu czterech lat okazali się New York Giants.

Od początku dekady Patriots są dyżurnym faworytem właściwie w każdym sezonie. Jednak od sezonu 2004 nie udało im się zdobyć tytułu, choć dwa razy dotarli do Super Bowl, a raz nawet otarli się o perfekcyjny sezon (w sezonie 2007 wygrali 18 meczów, przegrali dopiero w Super Bowl).

W zeszłym roku do tytułu zabrakło głównie godnej zaufania defensywy, więc to na jej wzmocnieniu skupił się trener Bill Belichick i jego ekipa.

W pierwszej rundzie draftu Patriots wybierali dwa razy. Do drużyny trafili DE Chandler Jones oraz LB Dont’a Hightower. Obaj powinni być ogromnym wzmocnieniem i wspólnie z Vincem Wilforkiem, Robem Ninkovichem, Brandonem Spikesem i Jarrodem Mayo stworzyć naprawdę solidne dwie pierwsze linie obrony. Presja na dwóch debiutantach jest tym większa, że muszą zastąpić Andre Cartera i Marka Andersena, którzy w zeszłym roku zapewnili Pats około połowy sacków.

Nieco gorzej ma się sytuacji w ostatniej linii obrony, kluczowej przeciwko grze górą. W Bostonie liczą, że formę z debiutanckiego sezonu przypomni sobie Devin McCourty, w przeciwnym wypadku Pats mogą mieć problemy. W drafcie formację tę wzmocniło trzech graczy, ale Tavon Wilson potrzebuje nieco czasu i ogrania, Nate Ebner to wielka niewiadoma, a Alfonzo Dennard to gracz o ogromnym potencjale, ale i problemach z zachowaniem spokoju na boisku. Po żadnym z tej trójki nie spodziewam się przełomowego sezonu.

 

W ataku jest oczywiście Tom Brady i już samo to stawia Pats w gronie faworytów. Legendarny QB ma już 35 lat, ale póki co (tfu, tfu) nie zwalnia i wciąż jest jednym z trzech najlepszych rozgrywających w lidze. Nieco gorzej przedstawia się sytuacje przed nim. Do drużyny nie wrócił po kontuzji guard Brian Waters (jeden z dwóch graczy, którzy ustawiają się po bokach centra), świeżo po urazie jest Sebastian Vollmer, który gra najbardziej po prawej O-line, a LT (czyli odpowiednik Vollmera z lewej strony), młody Nate Solder, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. W tej sytuacji kibice modlą się, by nic nie stało się pozostałym dwóm filarom OL czyli centrowi Danowi Conolly’emu i guardowi Loganowi Mankinsowi. Niemniej jednak O-line pozostaje największym problemem drużyny.

Z tyłu formacji ofensywnej zniknął BenJarvus Green-Ellis, z powodu swojego przydługiego nazwiska zwany „Kancelarią Prawną” („Lawfirm”), którego przed sezonem skusiły większe pieniądze w Cincinnati. Jego miejsce zajmie najprawdopodobniej drugoroczniak Stevan Ridley, który w preseason pokazał, że może się sprawdzić jako podstawowy RB. Oczywiście w Pats gra biegowa to tylko uzupełnienie dla Toma Brady’ego i jego reciverów, ale dobry RB zmusi obronę by poświęcili mu więcej uwagi, co ułatwi grę podaniową. Co ciekawe przed sezonem Pats podpisali kontrakt z Jeffem Dempsem, który na Olimpiadzie w Londynie zdobył srebro jako członek sztafety 4×100 metrów. Demps nieźle spisywał się w preseason, jednak drużyna umieściła go na liście kontuzjowanych z jakimś wydumanym urazem, co znaczy że nie zobaczymy go w tym roku na boisku.

Jeśli chodzi o reciverów to w Bostonie został fenomenalny duet młodych Tight Endów: Rob Gronkowski i Aaron Hernandez. Obaj są potężni, dynamiczni i świetnie łapią podania, pozwalając Brady’emu gnębić obronę przeciwnika krótkimi podaniami posyłanymi na środek boiska. Choć obu do zakończenia debiutanckich kontraktów pozostało jeszcze parę lat, Patriots już podpisali z nimi długoterminowe umowy, zapewniając sobie ich usługi do 2017 r.

Nowe kontrakty dla tego duetu oznaczają najprawdopodobniej, że nadchodzący sezon jest ostatnim rokiem Wesa Welkera w barwach Pats. Ten specjalista od znajdowania wolnego miejsca w samym środku obrony rywala miał znakomity poprzedni sezon, w którym złapał podania na ponad 1,5 tys. jardów (poza tym jednym nieszczęsnym podaniem w Super Bowl, które w normalnych okolicznościach złapałby 99 razy na 100). Jednak jego dość zaawansowany jak na tę pozycję wiek sprawił, że Patriots nie przedłużyli z nim kontraktu, a jedynie nałożyli na niego roczny franchise tag.

Do grona WR dołączył Brandon Lloyd, który powinien dać Brady’emu to, czego mu brakowało w zeszłym sezonie – szybkiego recivera zasuwającego przy linii bocznej, jakby gonił go sam Ray Lewis. Nowym celem dla Brady’ego będzie też doświadczony TE, który ostatnich kilka sezonów spędził w Minesocie – Visanthe Shiancoe.

Jednocześnie w piątek dość niespodziewanie zwolniony został inny doświadczony WR – Deion Branch, który w zeszłym roku zagrał 18 meczów w pierwszym składzie Patriots i ma na koncie między innymi nagrodę dla MVP Super Bowl XXXIX. Branch słyną zresztą z tego, że najlepszy football gra właśnie w play-offach. Może jednak Pats uznali, że po 11 latach kariery nie zostało w nim już za dużo do wyciśnięcia?

 

W tym sezonie Patriots nie powinni mieć problemów z wygraniem dywizji, bo rywale są wyjątkowo słabi. Także w całej AFC to Pats są głównymi faworytami i drużyną, przez którą trzeba przejść, by wejść do Super Bowl. Jeśli będą potrafili załatać dziury w O-line i ostatniej linii obrony, Tom Brady może wreszcie zdobyć swój upragniony czwarty tytuł. Z ostatniej mistrzowskiej drużyny Pats zostali  już tylko on, Vince Wilfork i trener Belichick.

 

Jeszcze w tym tygodniu artykuł o Green Bay Packers oraz co oglądać w pierwszej kolejce NFL.